Najpierw zobaczyła ciemność. Korytarz nieprzesadnie wysoki zwężał się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów, tak, że ciężko było nim przejść – bardziej to czuła, niż widziała. Panowała tam jakaś dziwna duszność i nie chodziło wcale o te diabelskie sidła, które rozpleniły się po podziemiach w różnych ich częściach, broniąc dostępu do przeróżnych miejsc. Zawalonych przejść, albo w jakiś sposób zazdrośnie ukrytych nawet przed światłem, które miało magicznie rozproszyć mrok… Zamiast tego w jakiś sposób częściowo je pochłaniało.
Kroki odbijały się echem od kamiennego sklepienia. Kroki więcej niż jednej pary stóp. Przynajmniej trzech osób. Woda skapywała skądś… Gdzieś w głębi. Kap. Jedna kropla. Kap. Druga i trzecia. Kap. I kolejne. Coś było nie tak. Ciemność pochłaniała nie tylko światło. Podniesione głosy zwiastowały nienajlepsze nastroje, jakąś kłótnię; to echo… coś zachrzęściło w oddali, a może całkiem blisko, dziwna akustyka nie pozwalała dobrze określić odległości. Kap. Do dziesięciu.
Kamień się roztrzaskał.
Obudziła się zlana potem.
Nie bardzo wiedziała, gdzie jest, ani kim jest. Przymknęła oczy, a pod powiekami zatańczyły jej kolorowe kropki, układające się w przedziwne kształty i zmieniające swoje położenie i kolory. W końcu odetchnęła, przetarła czoło i zaczęło to do niej wracać.
Nazywa się Ginny… Nie, wróć. Nazywa się Nefret Guinevere Akhenaten. McGonagall. Używała nazwiska ojca, nie matki, tak było tu przecież łatwiej. Mrugnęła jeszcze kilka razy, wpatrzona w sklepienie namiotu, który z wewnątrz był znacznie większy niż wydawałoby się od zewnątrz. Co to był za dziwaczny sen? Z jednej strony natężenie ostatnich emocji na pewno nie pomagało w zrelaksowaniu się, tak samo jak ta wczorajsza ognista, której wypiła chyba trochę za dużo, a z drugiej… Miała jakieś takie bardzo złe przeczucie, które nie opuściło jej, gdy w końcu się podniosła i poczuła na języku charakterystyczny, żelazisty posmak, ani się ogarnęła i ubrała, ani tym bardziej, gdy spojrzała na zegarek. Aż zrobiło jej się zimno.
Mieli skoro świt zejść do tej części kompleksu, który do tej pory był niedostępny, a wszystko opóźniało im się przez ten nieszczęsny wypadek z początku września. A ona sobie smacznie spała.
Dlaczego, do diabła, nikt jej nie obudził?
Ale najdziwniej zrobiło się, gdy już wypadła ze swojego namiotu, gotowa ruszyć do miejsca, które mieli zbadać i zorientowała się, że położenie słońca na niebie jest trochę inne jak na godzinę, którą wskazywał zegarek. Chyba – bo było to trochę trudno oszacować przez chmury, ale gdy stanęła przed zamkniętym wejściem, zorientowała się, że nikt wcale nie wlazł tam bez niej. W ogóle nikt tam jeszcze nie wszedł.
Ciaśniej opatuliła się grubym swetrem, pozwalając, by wiatr rozwiał jej długie włosy. Wzrok jakoś mimowolnie padł jej na wrzosowisko w oddali. Tak właśnie mogła ją zastać reszta, jakby nieco zagubioną. Wyglądała, jakby była co najmniej na kacu.