15.07.2026, 09:25 ✶
12 października, późny wieczór
Galeria OdNowa
Galeria OdNowa
Deszcz bębnił o wysokie, półokrągłe okna pracowni konserwatorskiej Astorii, zlewając się w jedno z monotonnym, uspokajającym sykiem palnika spirytusowego i zapachem terpentyny, werniksu oraz starego pergaminu. Nagle ciszę rozbiło gwałtowne, ciężkie pukanie do drzwi wejściowych. Nie było w nim nic z eleganckiego, rytmicznego stukania, do jakiego przywykli czystokrwiści. Brzmiało jak desperackie żądanie wpuszczenia do środka.
Gdy Astoria otworzyła drzwi, na progu stanął Rodolphus.
Wyglądał nienagannie, jak zawsze, ale jego postawa zdradzała absolutny, wewnętrzny chaos. Kołnierz jego wełnianego płaszcza był postawiony, ciemne włosy lekko wilgotne od deszczu, a na policzkach malowały się rzadko spotykane u niego, gniewne rumieńce. Wszedł do środka, zanim Astoria zdążyła go w ogóle zaprosić, i natychmiast zatrzasnął za sobą drzwi, ryglując je trzema zaklęciami obronnymi z rzędu. Dopiero wtedy odwrócił się do niej, kurczowo zaciskając dłonie na rękojeści swojej różdżki ukrytej w rękawie. Jego spojrzenie było rozbiegane, nieobecne.
– Nie pytaj mnie o nic – wydusił przez zaciśnięte gardło, a jego głos brzmiał nienaturalnie sztywno, jakby każda sylaba kosztowała go ogromny wysiłek fizyczny. – Na Merlina, Astorio, błagam cię. Ani słowa o tym, jak się czuję, kogo lubię, ani co sądzę o kimkolwiek. Po prostu… milcz.
Zrobił dwa ciężkie kroki w głąb pracowni, omijając sztalugi, i oparł się ciężko o krawędź jej dębowego biurka. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Zapach werniksu, ciepłe, przytłumione światło i absolutna cisza tego miejsca… Z zaskakującą, niemal bolesną jasnością dotarło do niego, że po raz pierwszy od wielu godzin jego ramiona opadły, a oddech stał się spokojniejszy. Tutaj, pośród zakurzonych ram i starych woluminów, czuł się bezpiecznie. Bezpieczniej niż we własnym rodowym dworku, bezpieczniej niż wśród ludzi, którzy mienili się jego sprzymierzeńcami.
Ta myśl była jednak śmiertelnie groźna pod wpływem klątwy, która tylko czekała na najmniejsze potknięcie jego języka.
Rodolphus zawahał się. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął, a na jego skroni pulsowała napięta żyła. Walczył z własnym umysłem, który podsuwał mu słowa, jakich za nic w świecie nie chciał wypowiedzieć na głos. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na Astorię, jakby szukał w jej twarzy ratunku, a jednocześnie panicznie bał się tego, co jego usta mogą jej zaraz wyjawić.
– Przeklęte… słodycze – wycedził w końcu z ogromnym trudem, starannie dobierając każde słowo, jakby stąpał po lodzie. – Poltergeist. Głupi żart, który miał uderzyć w kogoś innego. Przez moją własną nieuwagę… trafiło na mnie.
Opuścił dłonie i spojrzał na nią z powagą, w której duma mieszała się z bezsilnością. Była jedyną osobą, którą mógł w tej chwili poprosić o pomoc. Czy to wykorzysta w przyszłości? Być może, lecz nikogo innego nie miał, a jej zemsta wydawała mu się tylko drobną niedogodnością w porównaniu do zemsty tych, z którymi współpracował.
– Nie mogłem iść do Świętego Munga. Ani do nikogo z naszych. Rozumiesz to, prawda? Twoja pracownia to jedyne miejsce, gdzie… – ugryzł się w język tak mocno, aż syknął, a jego szczęka zacisnęła się z bólu. Kolejne słowo mogło zrujnować wszystko. Przełknął ślinę i dokończył znacznie chłodniej, choć wciąż z wyraźnym wysiłkiem: – Gdzie nikt mnie nie będzie szukał. Masz tu na pewno stare księgi o zdejmowaniu uroków z przedmiotów. Cokolwiek. Powiedz mi, że masz tu coś, co potrafi to zneutralizować, zanim nastanie jutro.
Spoiler