![]() |
|
[12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria (/showthread.php?tid=6212) Strony:
1
2
|
[12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 15.07.2026 12 października, późny wieczór
Galeria OdNowa Deszcz bębnił o wysokie, półokrągłe okna pracowni konserwatorskiej Astorii, zlewając się w jedno z monotonnym, uspokajającym sykiem palnika spirytusowego i zapachem terpentyny, werniksu oraz starego pergaminu. Nagle ciszę rozbiło gwałtowne, ciężkie pukanie do drzwi wejściowych. Nie było w nim nic z eleganckiego, rytmicznego stukania, do jakiego przywykli czystokrwiści. Brzmiało jak desperackie żądanie wpuszczenia do środka. Gdy Astoria otworzyła drzwi, na progu stanął Rodolphus. Wyglądał nienagannie, jak zawsze, ale jego postawa zdradzała absolutny, wewnętrzny chaos. Kołnierz jego wełnianego płaszcza był postawiony, ciemne włosy lekko wilgotne od deszczu, a na policzkach malowały się rzadko spotykane u niego, gniewne rumieńce. Wszedł do środka, zanim Astoria zdążyła go w ogóle zaprosić, i natychmiast zatrzasnął za sobą drzwi, ryglując je trzema zaklęciami obronnymi z rzędu. Dopiero wtedy odwrócił się do niej, kurczowo zaciskając dłonie na rękojeści swojej różdżki ukrytej w rękawie. Jego spojrzenie było rozbiegane, nieobecne. – Nie pytaj mnie o nic – wydusił przez zaciśnięte gardło, a jego głos brzmiał nienaturalnie sztywno, jakby każda sylaba kosztowała go ogromny wysiłek fizyczny. – Na Merlina, Astorio, błagam cię. Ani słowa o tym, jak się czuję, kogo lubię, ani co sądzę o kimkolwiek. Po prostu… milcz. Zrobił dwa ciężkie kroki w głąb pracowni, omijając sztalugi, i oparł się ciężko o krawędź jej dębowego biurka. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Zapach werniksu, ciepłe, przytłumione światło i absolutna cisza tego miejsca… Z zaskakującą, niemal bolesną jasnością dotarło do niego, że po raz pierwszy od wielu godzin jego ramiona opadły, a oddech stał się spokojniejszy. Tutaj, pośród zakurzonych ram i starych woluminów, czuł się bezpiecznie. Bezpieczniej niż we własnym rodowym dworku, bezpieczniej niż wśród ludzi, którzy mienili się jego sprzymierzeńcami. Ta myśl była jednak śmiertelnie groźna pod wpływem klątwy, która tylko czekała na najmniejsze potknięcie jego języka. Rodolphus zawahał się. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął, a na jego skroni pulsowała napięta żyła. Walczył z własnym umysłem, który podsuwał mu słowa, jakich za nic w świecie nie chciał wypowiedzieć na głos. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzył na Astorię, jakby szukał w jej twarzy ratunku, a jednocześnie panicznie bał się tego, co jego usta mogą jej zaraz wyjawić. – Przeklęte… słodycze – wycedził w końcu z ogromnym trudem, starannie dobierając każde słowo, jakby stąpał po lodzie. – Poltergeist. Głupi żart, który miał uderzyć w kogoś innego. Przez moją własną nieuwagę… trafiło na mnie. Opuścił dłonie i spojrzał na nią z powagą, w której duma mieszała się z bezsilnością. Była jedyną osobą, którą mógł w tej chwili poprosić o pomoc. Czy to wykorzysta w przyszłości? Być może, lecz nikogo innego nie miał, a jej zemsta wydawała mu się tylko drobną niedogodnością w porównaniu do zemsty tych, z którymi współpracował. – Nie mogłem iść do Świętego Munga. Ani do nikogo z naszych. Rozumiesz to, prawda? Twoja pracownia to jedyne miejsce, gdzie… – ugryzł się w język tak mocno, aż syknął, a jego szczęka zacisnęła się z bólu. Kolejne słowo mogło zrujnować wszystko. Przełknął ślinę i dokończył znacznie chłodniej, choć wciąż z wyraźnym wysiłkiem: – Gdzie nikt mnie nie będzie szukał. Masz tu na pewno stare księgi o zdejmowaniu uroków z przedmiotów. Cokolwiek. Powiedz mi, że masz tu coś, co potrafi to zneutralizować, zanim nastanie jutro. RE: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 16.07.2026 Stała pochylona nad XVII-wiecznym pejzażem, którego warstwa werniksu zżółkła do koloru starego miodu. Delikatnym ruchem prowadziła cienki pędzelek, niemal nie oddychając. W takich chwilach jej świat zwężał się do kilku centymetrów płótna. Do mikroskopijnych spękań farby. Do odcieni, których przeciętny człowiek nigdy by nie zauważył. Dlatego pierwsze uderzenie w drzwi zabrzmiało niemal brutalnie. Pędzel zamarł w powietrzu. Drugie uderzenie wyrwało ją już całkowicie z pracy. Poczuła to nieprzyjemne napięcie między łopatkami, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy rzeczywistość miała za chwilę skręcić w nieoczekiwanym kierunku. Odłożyła ostrożnie pędzel, zdjęła cienkie rękawiczki i ruszyła ku drzwiom. Gdy je otworzyła, zaskoczenie przemknęło przez jej twarz szybciej, niż zdążyła je ukryć. Rodolphus. Oczy zdradzały coś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziała. Nie zdążyła nawet zrobić kroku w bok, by zaprosić go do środka, kiedy minął ją szybkim, zdecydowanym krokiem. Odwróciła się natychmiast, obserwując, jak kolejne zaklęcia oplatają drzwi smugami magii. - Słucham? - wydusiła zdezorientowana. - Czy ty właśnie kazałeś mi milczeć w mojej własnej pracowni? - zmarszczyła brwi, obserwując jego niecodzienne zachowanie. Co on sobie wyobrażał, żeby nią tak dyrygować? Wyglądał osobliwie, jakby ktoś go gonił. Jej umysł zaczął podsuwać najgorsze scenariusze - zamach, pościg, kolejna katastrofa, która miała za moment wtargnąć również do jej spokojnej galerii. Chyba nie sprowadziłby na nią jakiegoś niebezpieczeństwa? Może to jakiś szczeniacki żart, jak za czasów Hogwartu? Stała naprzeciwko niego z lekko przekrzywioną głową, słuchając każdego słowa, nie odrywając od niego wzroku ani na moment. - Rodolphus, ostrzegam cię, jeśli to jakiś parszywy żart, to pożałujesz. Patrzyła uważnie, z zawodową drobiazgowością człowieka przyzwyczajonego dostrzegać szczegóły, które innym umykały. Żadnych śladów zatrucia. Żadnych charakterystycznych przebarwień skóry, oparzeń. A jednak zachowywał się tak, jakby jego własny umysł przestał być miejscem bezpiecznym. Zmarszczka pomiędzy jej brwiami pogłębiła się niemal niezauważalnie. - Możesz mówić jaśniej? Co to za urok? - zapytała zniecierpliwiona. Bez zewnętrznych objawów, problem musiał leżeć w środku. "Nie pytaj mnie o nic". Serum prawdy? To jedyne w miarę logiczne wytłumaczenie, ale wciąż nie rozumiała, dlaczego przyszedł właśnie do niej. Jej twarz pozostawała niemal idealnie spokojna, lecz w oczach zatańczyła ta charakterystyczna, figlarna iskra, którą zdążył już poznać. Naprawdę sądził, że będzie na tyle dobroduszna, by nie wykorzystać tej sytuacji? Może ich ostatnie spotkania uśpiły czujność mężczyzny, może poczuł się przy niej swobodnie, a może po prostu jej nie docenił. Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że nie musiała obawiać się żadnego ataku, no może poza paranoicznymi atakami Rodolphusa. - Cholera, przestraszyłeś mnie, ty dupku! - uniosła dłoń i bez większego zastanowienia szturchnęła go lekko w ramię, bardziej odruchowo niż z rzeczywistej złości. - Wparowałeś tutaj jakby gonił cię sam Merlin, pozamykałeś drzwi zaklęciami, patrzyłeś na mnie tak, jakby za chwilę miał runąć cały Londyn… - mówiła coraz żywiej, gestykulując przy tym z wyraźnym wzburzeniem. - Naprawdę myślałam, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Że ktoś stoi tuż za tobą. Albo że sprowadziłeś na moją galerię coś znacznie gorszego niż… - urwała, wykonując nieokreślony ruch dłonią w jego stronę. - siebie. - miała ochotę wyciągnąć różdżkę i poprawić kolejną klątwą, żeby już go dobić i skrócić męki. Westchnęła cicho. Im dłużej patrzyła na jego zmęczoną twarz, tym bardziej mieszały się w niej dwa zupełnie sprzeczne odruchy. Pod cienką warstwą ironii coraz wyraźniej dostrzegała prawdę. Nie przyszedł tutaj odgrywać sceny. Nie dramatyzował. Po prostu był zdesperowany. - Słuchaj, nie będę udawała, że rozumiem, ale postaram się pomóc - zdecydowała ostatecznie i skierowała się do biblioteczki w odległym kącie pomieszczenia. Opuszki palców sunęły po grzbietach kolejnych ksiąg, po czym delikatnie wysunęła jeden z ciężkich woluminów. - Skoro to zjadłeś, to może potrzebny będzie jakiś eliksir, no wiesz, antidotum? - zastanawiała się głośno, ostrożnie wertując pożółkłe strony. - Jak się właściwie czujesz? - RE: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 21.07.2026 Kiedy wysunęła księgę i zadała to jedno, absolutnie najgorsze z możliwych pytań, Rodolphus zamarł. Mięśnie jego twarzy natychmiast stwardniały, a w oczach pojawił się błysk kogoś, kto właśnie zobaczył zapalony lont. Gwałtownie odepchnął się od biurka, robiąc krok w jej stronę, ale nie po to, by zaatakować – po prostu jego ciało odruchowo chciało powstrzymać dźwięk, który już zaczynał formować się w jego gardle. Zaciął usta tak mocno, że aż pojaśniały mu wargi. Szczęka pulsowała bólem, gdy walczył z magią, która bezlitośnie przejmowała kontrolę nad jego aparatem mowy. – Powiedziałem… nie pytaj – wycedził przez zęby, a jego głos brzmiał jak kruszony żwir. Przegryzł wargę niemal do krwi, próbując zdusić słowa, ale klątwa uderzyła w niego pełną mocą. To nie była kwestia woli. To był fizyczny nakaz. Na czole pojawiły się drobne kropelki potu. Na moment przymknął oczy, próbując złapać oddech i uspokoić myśli. Po co tu w zasadzie przyszedł? – Czuję… – zaczął, a każda sylaba wyrywała mu się z gardła wbrew jego woli. Otworzył oczy, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbijały mu się w dłonie. – Czuję ulgę. Czuję się bezpieczny po raz pierwszy od całego dnia, bo jesteś jedyną osobą w tym mieście, przy której nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem. Słowa wyrwały się z niego jak woda spomiędzy skruszonych murów kamiennej tamy. Gdy tylko przebrzmiały, w pracowni zapadła głucha, wręcz ogłuszająca cisza, przerywana jedynie bębnieniem deszczu o szyby. Rodolphus skrzywił się. Na jego zwykle chłodnej, dymorficznej i opanowanej twarzy odmalowało się absolutne, śmiertelne przerażenie połączone z dziką wściekłością – głównie na samego siebie. Wyglądał, jakby przed chwilą ktoś zdarto z niego szaty na środku pokoju pełnego ludzi. Odetchnął gwałtownie, chwytając powietrze z trudem, i powoli odwrócił od niej wzrok, opierając się ciężko o regał z książkami. Sam nie wiedział, kiedy stało się tak, że przy Avery nie musiał udawać kogoś, kim nie jest. Być może dlatego, że ona tego nie zauważała i wciąż węszyła spisek? Dlatego nie musiał w nic grać - bo myślała, że udaje. To był komfort, na który rzadko kiedy mógł sobie pozwolić. I teraz już wiedział dlaczego. – Satysfakcjonuje cię ta odpowiedź, Astorio? – odezwał się znacznie ciszej, a w jego głosie, oprócz goryczy, brzmiała cicha, wyczerpana prośba. Nie patrzył na nią, uporczywie wpatrując się w grzbiety woluminów. – Słodycze od tego małego, złośliwego gówniarza z poltergeistem w tle. Żadnej czarnej magii Śmierciożerców, żadnego spisku. Zwykły, durny urok szczerości w sprawach… Nieważne. Nie mogę skłamać. Ani razu. Nie wiem jak długo. Nie patrzył na nią. Jego wzrok utkwiony był w ścianie, jakby obawiał się zobaczyć wyraz jej delikatnej twarzy. Zapewne zobaczyłby w jej oczach złośliwe błyski oraz kpiący uśmiech wyginający jej wargi. Nie chciał na to patrzeć. RE: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 25.07.2026 Przez kilka długich sekund nie wydarzyło się nic. Zastygła z dłonią opartą o ciężki wolumin, lecz nie widziała już pożółkłych stron. Litery rozmazywały się przed oczami, przestawały układać w słowa, bo całą uwagę pochłonęło jedno zdanie, które wciąż odbijało się echem od ścian jej świadomości. Jesteś jedyną osobą w tym mieście, przy której nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem. Przez ostatnie tygodnie przyzwyczaiła się traktować Rodolphusa jak zagadkę, której rozwiązanie wymaga cierpliwości, chłodnej analizy i odrobiny podejrzliwości. Rozbierała jego zachowania na części pierwsze z niemal zawodową skrupulatnością, dokładnie tak, jak badała stare obrazy. Każdy jego uśmiech wydawał się wyuczony. Każda uprzejmość mogła być narzędziem. Każde przypadkowe spotkanie kolejnym elementem układanki, której sens pozostawał przed nią ukryty. A teraz… Teraz sama nie wiedziała, czy właśnie zajrzała pod ostatnią warstwę werniksu. Doszukiwała się oszustwa, bo przecież nie mogła od ręki zweryfikować, czy mówi prawdę. Zdradzała go jedynie twarz. Nigdy wcześniej nie widziała u niego podobnego wyrazu. Wyglądał jak człowiek, któremu przypadkiem wyrwano z rąk maskę. Uporczywie wpatrywał się w regał pełen ksiąg, jakby grzbiety oprawionych tomów nagle stały się najciekawszym widokiem w całej pracowni. - Nie, nie satysfakcjonuje - odparła i powoli uniosła podbródek, odzyskując tę charakterystyczną dla siebie dumę, za którą zwykle chowała każdą rysę niepewności. Głos również odzyskał znajomą ostrość, choć tym razem podszyta była ona autentycznym zagubieniem. - Przecież to właśnie przy mnie udajesz najbardziej. Zmarszczyła lekko brwi, jakby sama próbowała uporządkować własne myśli, zanim wypowie je na głos. - Od samego początku miałam wrażenie, że każda rozmowa z tobą przypomina partię szachów. Że ważysz każde słowo, prowokujesz wtedy, kiedy masz na to ochotę, a kiedy indziej celowo milczysz tylko po to, żebym sama zaczęła dopowiadać sobie resztę. Nigdy nie wiem, czy rozmawiam z tobą… czy z wersją Rodolphusa, którą akurat postanowiłeś mi pokazać. Jej spojrzenie na moment uciekło ku oknu, gdzie strugi deszczu rozmywały londyńskie uliczki w szare smugi, po czym wróciło do niego z tą samą przenikliwością. Dopiero gdy usłyszała o słodyczach, poltergeiście i głupim, dziecięcym żarcie, który wymknął się spod kontroli, napięcie powoli zaczęło opuszczać jej ramiona. Wyjątkowo pechowy psikus. Magia, która odbierała człowiekowi możliwość zatajenia prawdy, nie była niewinna. Tym bardziej nie mogła się nadziwić, że spośród całego Londynu wybrał właśnie jej pracownię. Przez krótką chwilę próbowała dopatrzyć się w tym kolejnego ukrytego znaczenia, kolejnego ruchu w grze, którą zdawał się z nią prowadzić. Szybko jednak odrzuciła tę myśl. Wyglądał raczej jak człowiek, który instynktownie szukał miejsca, gdzie szkody okażą się najmniejsze. To właśnie było najbardziej prawdopodobne. Nie przybiegł tutaj dlatego, że szczególnie jej ufał. Przybiegł, ponieważ nie postrzegał jej jako zagrożenia. - I myślałeś, że nie wykorzystam takiej okazji? - prychnęła z niedowierzaniem. Wiedziała, że w jego świecie zwykła kustoszka sztuki mogła być najmniejszym złem. Dlatego czuł się bezpiecznie, to przecież logiczne. - Naprawdę uznałeś, że wystarczy poprosić mnie, żebym o nic nie pytała, a ja potulnie spełnię tę prośbę? Wysunęła ciężki wolumin w jego stronę i poczekała, aż przejmie księgę, po czym odwróciła się z powrotem do regału, by znaleźć kolejny tom. Od dawna wiedziała, że istnieje waluta znacznie cenniejsza od galeonów. Wiedza. Odpowiednio wykorzystana potrafiła kupić lojalność, zburzyć reputację, zmienić bieg negocjacji albo ocalić komuś życie. Tym gorzej dla niego, że jej nie doceniał. - Dlaczego musisz udawać? - pytanie padło ciszej, niż zamierzała. Bez kpiny czy zaczepki. Bo może gdzieś głęboko pod wszystkimi uprzedzeniami, ostrożnością i rozsądkiem pojawiła się myśl, której nie potrafiła już tak łatwo odrzucić. Może to była jedyna okazja, żeby poznać prawdziwego Rodolphusa Lestrange'a. RE: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 05.08.2026 Rodolphus zastygł na ułamek sekundy, a bolesny przymus klątwy czy co to było natychmiast wykręcił mu gardło, eliminując jakąkolwiek możliwość wymijającej odpowiedzi czy ironicznego żartu. Jego twarz, zazwyczaj stanowiąca nieprzeniknioną maskę chłodnej uprzejmości i doskonale wyreżyserowanych emocji, stężała w rysach czystej, nagiej prawdy. Zmarszczył brwi, wolno wypuszczając powietrze przez usta. Gdy odzyskał panowanie nad głosem, brzmiał on cicho, ale zadziwiająco surowo – pozbawiony jakiejkolwiek pozowanej czarującej nuty. – Myślałem… że w przeszłości wyraziłem się dostatecznie jasno – odezwał się, a jego spojrzenie wreszcie oderwało się od pożółkłych grzbietów i utkwiło bezpośrednio w oczach Astorii. – Myślałem, że zrozumiałaś, iż przy tobie nie udaję. Że ta gra, te szachy, o których mówisz, zostają za drzwiami twojej pracowni, domu czy kawiarni. Zrobił krok w jej stronę, chociaż postawa ciała wciąż pozostawała spięta, zmuszona do absolutnej szczerości przez działające zaklęcie. W jego oczach nie było gniewu, jedynie głębokie, dojrzałe rozczarowanie. – Skoro jednak to do ciebie nadal nie dociera… Skoro wciąż jesteś tu tylko po to, by doszukiwać się we mnie kolejnego podstępu, i co gorsza – skoro wolisz zastanawiać się, jak tę bezbronność wykorzystać… to być może przychodzenie tutaj było z mojej strony koszmarnym błędem - po raz kolejny wszystko wskazywało na to, że zaufanie było czymś, czym nie tyle co nie wolno było szafować, a nie wolno było dawać nikomu. Zamilkł na chwilę. Prawda parzyła jego przełyk, domagając się dokończenia myśli, odsłonięcia tego jednego fragmentu, którego pod żadnym pozorem nie zamierzał wyjawiać w normalnych okolicznościach. Rodolphus zacisnął szczęki, ale mięśnie twarzy odmówiły mu posłuszeństwa. – Udaję przed ludźmi, bo nie chcę, żeby mnie zranili – wyrzucił z siebie cicho, a każde słowo brzmiało dla niego jak ostateczna porażka. – Udaję przed całym światem, bo w przeszłości robiłem to zbyt wiele razy i zbyt wiele razy pozwolono mi zapłacić za to najwyższą cenę. Odwrócił wzrok, chwytając podany przez nią wolumin i opierając go ciężko o blat, jakby w ten sposób chciał zasygnalizować koniec tej rozmowy. Patrzył na drzwi i zrobił krok w ich stronę. Tak, to był błąd. RE: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 05.08.2026 Stała nieruchomo, z dłonią wspartą o wysoki regał, a drobiny kurzu, wzburzone przed chwilą ruchem wysuniętego woluminu, wirowały leniwie w smugach popołudniowego światła, jakby nawet one zwolniły swój taniec, pragnąc przysłuchać się temu osobliwemu wyznaniu. Nie spodziewała się tego. Nie dlatego, że nie wierzyła, iż Rodolphus zdolny był do podobnych uczuć. Raczej dlatego, że przez cały czas wygodniej było zakładać coś przeciwnego. Łatwiej było widzieć w nim człowieka utkanego z intryg, półprawd i wyrachowania niż dopuścić do siebie myśl, że pod chłodnym marmurem jego manier mogło od dawna bić serce równie zmęczone światem jak jej własne. Podejrzliwość była przecież zbroją. Ciężką, niewygodną, lecz skuteczną. Pozwalała nie ufać, a kto nie ufał, ten rzadziej krwawił. Czy człowiek, który przyszedł z własnej woli oddać w jej ręce najgroźniejszą broń - prawdę o sobie - naprawdę planował rozgrywać kolejną partię? Ta myśl, dotąd tak oczywista, nagle utraciła grunt pod nogami. Przyglądała mu się długo. Nie temu Lestrange'owi, którego znali salonowi plotkarze, nie temu, którego nazwisko wywoływało respekt lub niechęć. Patrzyła na mężczyznę, który stał kilka kroków od niej z ramionami napiętymi jak cięciwa łuku, jak gdyby każde kolejne słowo odrywało od niego fragment pancerza, pozostawiając nagie ciało na chłodzie. Wydał jej się dziwnie samotny. I właśnie ta samotność była najbardziej niepokojąca. Na krótką chwilę odwróciła wzrok. Nie chciała, by dostrzegł, że jego słowa nie rozbiły się o mur obojętności, lecz znalazły szczelinę. Zamiast tego przesunęła opuszkami palców po grzbietach ksiąg, choć nie widziała już zapisanych na nich tytułów. Powinna była odpowiedzieć ciętą uwagą. Powinna była przypomnieć sobie wszystkie chwile, gdy wyprowadzał ją z równowagi z tą swoją irytującą pewnością siebie. Powinna była triumfować. A jednak zwycięstwo smakowało dziś dziwnie gorzko. Kiedy uczynił krok ku drzwiom, coś ścisnęło ją pod żebrami z taką siłą, jakiej nie umiała nazwać. Było w tym geście coś ostatecznego; nie obraza, nie urażona duma, lecz ciche pogodzenie się z tym, że popełnił błąd, sądząc, iż znalazł przystań tam, gdzie w istocie był tylko kolejnym podejrzanym. - A więc uciekasz? - odezwała się cicho, lecz w jej głosie nie było już tej zwyczajowej zadziorności, która niemal zawsze towarzyszyła ich rozmowom. - Uspokój się, Lestrange. To, co dziś tu powiesz nie wyjdzie poza tę pracownię. - Słowa padły prosto, bez patosu i bez składania wielkich przysiąg. W jej ustach brzmiały właśnie dlatego wiarygodnie. Przez chwilę patrzyła mu w oczy, po czym kącik jej ust uniósł się odrobinę, jakby w obliczu tych osobliwych okoliczności, nie potrafiła zbyt długo pozostawać śmiertelnie poważną. - Chyba że… - zawiesiła głos z miną osoby głęboko rozważającej wyjątkowo doniosłą kwestię. - postanowię wykorzystać to wyłącznie dla własnej satysfakcji. W jej spojrzeniu zatańczył dobrze znany, zadziorny błysk. - Byłoby przecież ogromnym marnotrawstwem nie zadać choć kilku niewygodnych pytań człowiekowi, który nie potrafi skłamać. Nie codziennie los bywa dla mnie aż tak hojny - przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się z rozbawieniem, które nie miało w sobie ani krzty okrucieństwa. Przeciwnie - było niemal ciepłe. - Jestem pamiętliwa - oraz bezwzględna, chiałoby się dodać. - Ale czy naprawdę uważasz mnie za okrutną? W świecie, z którego oboje pochodzili, sekrety miały większą wartość niż złoto, a zaufanie kosztowało więcej niż rodowe majątki. Może właśnie dlatego nigdy nie zdradzało się kogoś lekką ręką. Nie z litości. Z szacunku dla ciężaru, jaki niosło każde niewypowiedziane słowo. Powoli ruszyła w jego stronę. Nie spieszyła się. Stare deski pracowni skrzypiały cicho pod jej stopami, a deszcz monotonnie uderzał o szyby. Zatrzymała się tuż obok. Przez moment przyglądała się jego dłoni, tej samej, która przed chwilą z taką siłą zaciskała się na woluminie, jak gdyby książka mogła utrzymać w ryzach wszystko to, co wymknęło się spod kontroli. Dopiero wtedy ostrożnie wyciągnęła własną. Nie uczyniła tego gwałtownie ani odruchowo. Jej palce zawahały się na ułamek sekundy, jakby pytały samą siebie, czy naprawdę chce przekroczyć granicę, której dotąd pilnowała z niemal nabożną konsekwencją. Potem delikatnie ujęła jego dłoń. Lekko. Bez śladu kokieterii. Bez gry. Jedynie z cichą, ludzką pewnością, że czasem obecność znaczy więcej niż najpiękniej ułożone zdania. Jej palce były chłodne, lecz uścisk zaskakująco stanowczy. Nie próbowała go zatrzymać siłą. Raczej dawała mu do zrozumienia, że nie musi już uciekać. - Kto aż tak cię zranił? RE: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 06.08.2026 Rodolphus zesztywniał w chwili, gdy jej chłodne palce zalały jego dłoń zaskakująco stanowczym ciepłem. Jego ciałem wstrząsnęła seria sprzecznych emocji. Duma nakazywała mu wyrwać dłoń i wyjść bez słowa w deszcz. Wyrachowanie żądało, by zagrał zimnego i niedostępnego. Wreszcie zranione zaufanie domagało się wzniesienia jeszcze wyższych murów. Jednak eliksir prawdy ukryty w czekoladce palił go w żyłach niczym żywe srebro, parząc gardło za każdym razem, gdy próbował oszukać usta, zmuszając go do absolutnej, bezlitosnej szczerości co do tego, co naprawdę czuje. Szczęki Rodolphusa zacisnęły się tak mocno, że na jego policzkach odznaczyły się twarde mięśnie. Z jego piersi wyrwało się ciche, chrapliwe wścieknięcie, a spojrzenie – ciemne, pociemniałe od wewnętrznej walki – utkwiono w Astorii. – Jesteś… wiedźmą, zdajesz sobie z tego sprawę? – wysyczał przez zęby. Słowa padły ostro, ale bez wulgarności, wyważone z właściwą mu klasą tak, by dotknąć jej prowokacji, ale nie przekroczyć granicy autentycznej obelgi. Zbudowana wokół nich atmosfera pracowni pękała od gęstego napięcia. Rodolphus nie cofnął dłoni, choć jego palce drgnęły pod jej dotykiem. Eliksir zaczął przejmować kontrolę nad jego strunami głosowymi, wypychając na wierzch niechcianą prawdę o jego uczuciach. – Tak. Uważam, że jesteś okrutna – wypowiedział te słowa cicho, choć z głębokim, gorzkim ciężarem w głosie. – Jesteś okrutna, skoro widząc mnie w tym stanie, bez zbroi i bez absolutnie żadnej możliwości obrony, rozważasz wykorzystanie tej sytuacji wyłącznie dla własnej uciechy. Dla paru niewygodnych pytań. Wstrzymał oddech, przymykając na ułamek sekundy oczy, bo pod wpływem jej pytania – „Kto aż tak cię zranił?” – w jego piersi wzbierała odpowiedź, której panicznie chciał uniknąć. Eliksir jednak pchał słowa ku jego wargom z siłą wodospadu, zmuszając go do odsłonięcia kolejnej warstwy serca. Jego serce, zamknięte w ciasnej klatce żeber, nie było zmęczone. Było strzaskane. Gdy znajdował kolejną osobę, która lała klej na szczeliny i powoli dociskała do siebie potłuczone kawałki, wierzył że tym razem będzie inaczej. A jednak klej puszczał, gdy kolejne osoby zostawiały go, uciekały, mówiły że posunęły się za daleko w czarnej magii i nie czują nic. W końcu te bezbronne kawałki skamieniały, odsunęły się od siebie na tyle, że ponowne zlepienie ich wydawało mu się niemożliwe. To samo lub prawie to samo mówił Cynthii, gdy przyrzekał, że będzie ją chronił. Była mu potrzebna. Ale ile można było mówić wszystkim wokół, że byli przydatni, gdy serce, stłamszone nienawiścią, rwało się by chociaż jedna osoba położyła na nim dłonie i zapewniła, że będzie dobrze? Plotki mówiły o Rodolphusie, który był niczym Louvain, jego kuzyn. Zimnym, wyniosłym, sarkastycznym, niedostępnym. W głębi tych kłamstw jednak ojciec Lestrange'a miał rację. Był żałosny. Te słowa wpiły się w jego pamięć jak cierń, którego nie dało się usunąć już nigdy. Wtedy, w posiadłości, gdy torturował go by przyspieszyć naukę oklumencji. Gdy Rodolphus ponownie otworzył oczy, patrzył na Astorię bez dawnego cynizmu. Był w tym spojrzeniu tylko człowiek poddany niszczycielskiemu działaniu magii, który z przerażającą dokładnością musi nazwać własny ból. – Ludzie, którym zaufałem – odpowiedział cicho, a jego uścisk wokół jej palców zaciągnął się o ułamek milimetra, w brew jego własnej woli. – Ludzie, którzy obiecywali ochronę, ci, którzy nosili to samo nazwisko, i ci, dla których oddałem wolność, myśląc, że czynię to w imię wyższych wartości. Każdy, komu pozwoliłem podejść zbyt blisko, w końcu znalazł sposób, by użyć mojej słabości przeciwko mnie. Albo zniknąć. Odetchnął ciężko, a palący posmak eliksiru na powrót osiadł w jego gardle. - Bellatrix Black - powiedział cicho, puszczając dłoń Astorii, by zrobić krok w tył. - Wybrała inną ścieżkę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego zaufałem komuś, kto był dla mnie wszystkim. Zniknęła z mojego mieszkania i się nie pojawiła. A osoba, przez którą to się zaczęło… Lestrange odwrócił wzrok. Patrzył na ciężkie krople deszczu, spływające po szybie. Ciekawe, która z tych dwóch, które obserwował, wygra? - Umarła. Tak po prostu, umarła i mnie zostawiła. Z planami, z brzemieniem wiedzy i notatkami o przyszłości. Kolejna po prostu uciekła - chciałby wzruszyć ramionami i przyjąć obojętny ton, lecz nie potrafił. Jak już jedno słowo wydostało się z jego ust, kolejne płynęły prawdziwym potokiem. Jak wodospad, którego nikt nie był w stanie powstrzymać. - A teraz stoję tu przed tobą, wciąż nie potrafiąc pojąć, dlaczego jesteś pierwszą osobą, której towarzystwo wydało mi się bezpieczne w takiej chwili. Szczególnie po tym, co powiedziałaś. Na moment jego stalowoszare oczy pochwyciły jej spojrzenie. Popełniłem błąd, zdawały się mówić. Wziąłem cię za kogoś innego. A jeśli teraz mnie odtrącisz - te strzępy które pozostały z serca, po prostu spłoną. Spłoną jak ciała w mauzoleum, w jego własnej głowie. RE: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 06.08.2026 Wiedźma w tym kontekście była ewidentnym przytykiem. W oczach innych ludzi podobne słowa mogłyby wzniecić gniew lub pozostawić po sobie rysę na dumie, lecz ona odnalazła w nich coś zgoła odmiennego. Nie obelgę, nie pogardę, lecz bezradność człowieka, któremu nagle odebrano wszystkie maski i pozostawiono jedynie twarz - nagą, zmęczoną, prawdziwą. A prawda, choć bywała okrutniejsza od najcięższych klątw, miała jedną właściwość: nie potrafiła już udawać. Kącik jej ust uniósł się ledwie dostrzegalnie. - Od urodzenia - odparła cicho z figlarną godnością, jakby przyjmowania nie zarzut, lecz tytuł, którego nikt przed nim nie odważył się wypowiedzieć na głos. Im dłużej patrzyła na Rodolphusa, tym wyraźniej docierało do niej, że cały ten obraz nosił w sobie osobliwą ironię. Przyszedł przecież dobrowolnie. Nie został tu zapędzony przez los ani zmuszony cudzą wolą. Wiedział, do kogo przychodził. Wiedział, że nie czeka tu na niego ani pobłażliwość, ani bezinteresowna łaskawość. A jednak przyszedł. I teraz zdumiewał się, że poczuł ukłucie. Przypominał człowieka, który bez namysłu wsunął dłoń do gniazda kobry, po czym z dziecięcym niemal niedowierzaniem spoglądał na dwa czerwone ślady pozostawione przez jej kły. Czy naprawdę spodziewał się, że drapieżnik zapomni o własnej naturze tylko dlatego, że zjawił się ktoś ranny? Że stworzenie, które od lat nauczyło się przetrwania dzięki ostrożności i gotowości do obrony, nagle złoży kaptur i pozwoli się pogłaskać obcej dłoni? Nie. Kobry nie oswajało się odwagą. Trzeba było cierpliwie odnaleźć rytm, przy którym przestawała dostrzegać zagrożenie, melodię cichszą od pychy i bardziej wytrwałą od uporu. Dopiero wtedy opuszczała kaptur, nie dlatego, że została pokonana, lecz dlatego, że sama uznała, iż nie musi już kąsać. - No dobrze, może jestem okrutna - przyznała po chwili milczenia, a palce, które wciąż spoczywały na jego dłoni, poruszyły się ledwie dostrzegalnie. - Jeśli liczyłeś, że szlachetnie odpuszczę ci wszystkie winy przeszłości, a potem bez jednego pytania rzucę się ratować cię z opresji… to przeceniłeś mnie. Na ułamek chwili zawiesiła głos, pozwalając, by znaczenie tych słów wybrzmiało pomiędzy nimi z całą swoją surowością. - Ale powiedziałam, że nie pozwolę, żeby ta rozmowa opuściła mury mojej pracowni. I to jest znacznie więcej, niż byłabym ci jeszcze niedawno gotowa ofiarować - przypomniała mu, unosząc lekko podbródek. Nie mógł oczekiwać cudów, ale fakt, że zgodziła mu się pomóc coś znaczył. Bo gdyby był jej całkowicie obojętny, wypędziłaby go bez wahania, by zaoszczęścić sobie trudności. Patrzyła na niego uważnie. Nie na człowieka, z którym od miesięcy prowadziła nieustanną grę pozorów, wymieniając kolejne uszczypliwości. Po prostu człowieka. I nagle przyszła jej do głowy myśl tak cicha, że niemal wstydliwa. Jakże osobliwy był los, skoro najłatwiej rozpoznawali się ci, którzy najstaranniej ukrywali własne rany. Nie trzeba było przecież opowiadać o wszystkich bliznach, aby dostrzec je u drugiego człowieka. Wystarczyło nosić podobne. Jego słowa poruszyły w niej struny, których od dawna nie pozwalała nikomu dotykać. W pamięci przemknęły cienie ludzi, których sama utraciła. - Przykro mi - wyszeptała szczerze. Naprawdę mu współczuła, bo nosiła własny bagaż doświadczeń, może częściowo podobny - nie potrafiła sobie odpowiedzieć na pytanie, czy kiedykolwiek tak naprawdę kochała. Może prawdziwa miłość nie kończyła się tragicznie? A może wcale nie istniała i w swojej koncepcji była jedynie złudzeniem. Uniósłszy oczy, odnalazła jego spojrzenie raz jeszcze. - Może właśnie dlatego przyszedłeś tutaj - na jej ustach pojawił się uśmiech ledwie dostrzegalny, bardziej smutny niż pogodny. - Nie dlatego, że uznałeś mnie za nieszkodliwą. Ani dlatego, że jestem najmniejszym zagrożeniem. Sądzę, że po prostu… rozpoznałeś coś znajomego. - Nie potrafiła się jeszcze otworzyć, a choć doceniała jego szczerość, to miała pełną świadomość, że została wymuszona. - Rozpoznaje się ludzi, którzy budują mury podobne do naszych. Nie dlatego, że są takie same, ale dlatego, że znamy ciężar każdej cegły. Nie potrzebowali o tym mówić. Nie musieli wypowiadać na głos, że oboje od lat zamykali przed światem własne serca. Że jedni ludzie uczą się bać burzy, inni ognia, a jeszcze inni - utraty. To podobieństwo przemknęło między nimi bezszelestnie, choć żadne z nich nie wskazało go palcem, żadne nie nazwało go imieniem. A jednak oboje je dostrzegli. Skupiła więc uwagę na słowach, które odbiły się echem w jej świadomości, niezrozumiałe. Astoria zmarszczyła lekko brwi, jak ktoś, kto odnalazł w starym obrazie detal wcześniej niezauważony i nie potrafi już odwrócić od niego wzroku. - Co to znaczy, że oddałeś wolność? - zawahała się ledwie na uderzenie serca. - Czy jest ktoś, komu zostałeś przyrzeczony? RE: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Rodolphus Lestrange - 07.08.2026 Czy przyrównałby Astorię do Kobry? Nie. Nie przyrównałby jej do drapieżnika, chociaż potrafiła kąsać. Nie po tym, co widział podczas spalonej nocy. Być może uważał, że ma wobec niego jakichś dług, chociaż w teorii spłaciła go kolacją, dlatego tu się znalazł. Ten, w którym uratował jej życie. Być może uznał, że tamten pocałunek na przyjęciu jednak coś znaczył. A być może po prostu był głupcem, chociaż każda jedna osoba w jego otoczeniu nigdy by go tak nie nazwała. Na pewno jej nie nie doceniał, ale żeby mówić o niej jako kobrze? Nie. Jego wzrok, na powrót zimny i beznamiętny, obserwował Astorię. Jeśli liczyłeś, że szlachetnie odpuszczę ci wszystkie winy przeszłości, a potem bez jednego pytania rzucę się ratować cię z opresji… to przeceniłeś mnie. Może właśnie na to liczył? Może jednak faktycznie był głupcem, naiwniakiem, kimś kto popełniał błędy? Przysiągł sobie, że już nigdy nie popełni tego błędu, nie po Robercie. A jednak wchodził w kolejne relacje, które kończyły się dramatycznie. Każda jedna. Lestrange zacisnął dłonie w pięści. Czy fakt, że nikomu o tym nie powie, to był akt łaski? Czy kolejna pułapka? - Znacznie więcej? - szepnął, wyciągając dłoń. Jego palce owinęły się wokół jej podbródka, tak dumnie uniesionego w wyzywającym geście. Delikatnie zmusił ją, by spojrzała mu w oczy. Oczy szaleńca, oczy kogoś, kto został złamany o raz za dużo. Balansował na przepaści i właśnie tracił równowagę. Ciemność zbyt kusząco go przyzywała. Wszystko to było widać jak na dłoni, gdy chłodna maska obojętności opadła z trzaskiem na podłogę i rozbiła się w drobny mak. - Nie przyszedłem tutaj, bo jesteś nieszkodliwa. Powiedział poważnie, zniżając głos do szeptu. Druga dłoń Rodolphusa spoczęła na talii Astorii tylko po to, by mogli zamienić się miejscami. Jeden szybki ruch i teraz to ona stała przy zamkniętych drzwiach, przez które planował wyjść. Opierała się plecami o twarde drewno, tak kontrastujące z dotykiem czarodzieja, którego wszyscy uważali za zimnego, chłodnego - za kogoś ponad to. Jego dłonie były zadziwiająco miękkie, ciepłe i złaknione dotyku innego ciała. Ciała, które nie tylko będzie na nie reagować, a ciała, które będzie chciało reagować na nie w kółko i w kółko, bez końca, dłużej niż potrwa świat. - Robiłem rzeczy, na które nie mogłem nic poradzić- powiedział cicho, odrobinę się nachylając w jej kierunku. - Rzeczy, do których zmuszono mnie podstępem i magią. Wieczysta przysięga jednak już nie działa, bo przerywa się w chwili, w której jeden z przysięgających umiera. W teorii znowu jestem wolny. A w praktyce… W praktyce znowu ugrzązł. Ugrzązł w bagnie, które roztaczało się wokół Astorii, która stała na skale na środku i odmawiała zejścia do niego. Lestrange mówił cicho, powoli. Pachniał świeżo, wodą kolońską, proszkiem do prania, nowością i deszczem, przez który szedł. - Być może ciągnie mnie do ciebie, bo faktycznie wyczuwam w tobie coś znajomego - przyznał w końcu. Żaden eliksir prawdy czy klątwa nie były w stanie sprawić, że nazwie uczucia, których sam nie rozumiał. Mogły zmusić go tylko do tego, żeby wypowiedział je na głos. - Oddawałem ludziom wolność zbyt często, pozwalając im zbliżyć się na odległość oddechu. A jednak… A jednak wciąż popełniam te same błędy. Musnął palcem linię jej żuchwy, na moment przymrużając oczy. Dłoń na talii zacisnęła się niekontrolowanie. Wyczuwał miękki materiał, idealną krzywiznę ciała. Ale wciąż pamiętał tamten pocałunek. Agresywny, zaborczy, niekontrolowany i… Nieprzemyślany. A może jednak? - Przychodząc tu, znowu popełniłem błąd. Powiedz tylko słowo, a stąd wyjdę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz - zmniejszył dzielący ich dystans i delikatnie oparł czoło o jej czoło. Zamknął oczy. - Jestem zmęczony. Zmęczony tym, że mi nie ufasz. Zmęczony tym, że patrzysz na mnie jak na partię szachów, na gracza który myśli tylko o tym, żeby przesunąć kolejny pionek i zaszachować przeciwnika. Stoisz naprzeciwko mnie przy tej szachownicy, a ja mam ochotę przewrócić wszystkie figury, żebyś tylko wygrała. RE: [12.10.1972] 1x1 | Rodolphus, Astoria - Astoria Avery - 09.08.2026 Bliskość, którą jeszcze przed chwilą można było złożyć na karb gniewu, napięcia czy przekory, teraz nabrała innego ciężaru. Astoria, ku własnemu zaskoczeniu, poczuła, że jej ciało zdradza ją szybciej, niż zdążył to uczynić rozum. Ciepło jego dłoni, dotykające jej talii, nie powinno mieć dla niej żadnego znaczenia; powinno być tylko kolejnym gestem w tej osobliwej rozmowie, podobnie jak palce na jej podbródku. A jednak pod skórą przebiegł jej drobny, prawie niedostrzegalny dreszcz, który natychmiast próbowała opanować, prostując ramiona i unosząc głowę z tą przesadną godnością, która zdradzała ją bardziej niż jakiekolwiek zakłopotanie. Najgorsze było to, że nie wiedziała, co właściwie chciała zrobić. Odsunąć go? Czy zostać jeszcze chwilę? Patrzyła w jego oczy i po raz pierwszy nie widziała w nich człowieka, który usiłował ją przechytrzyć. Widziała kogoś zmęczonego własną ostrożnością, kogoś, kto przez lata wznosił mur za murem, aż w końcu sam nie wiedział, czy jeszcze chroni się przed światem, czy już tylko więzi we własnej twierdzy. Różniły ich przyczyny, różniły ich drogi, różniły nawet sposoby, w jakie bronili tego, co pozostało z ich serc, lecz sama potrzeba była boleśnie podobna. Nie dopuszczać zbyt blisko. Nie przywiązywać się zanadto. Nie pozwolić, aby cudza obecność stała się koniecznością, bez której później nie sposób oddychać. Bo wszystko, co staje się konieczne, może pewnego dnia zostać odebrane. Nie odsunęła się. Nie uciekła również wzrokiem, choć jeszcze niedawno zapewne uczyniłaby jedno albo drugie, byle tylko odzyskać przewagę. Zamiast tego trwała nieruchomo przy zamkniętych drzwiach, czując za plecami twarde drewno, przed sobą zaś jego obecność, która nagle przestała przypominać zagrożenie, a zaczęła przypominać pytanie. Czy naprawdę był błędem? Wiedziała jedno - nie chciała, aby wyszedł. Mogła przecież pozwolić mu odejść. Wystarczyłoby jedno słowo. Jedno krótkie, chłodne zdanie, którym zamknęłaby drzwi nie tylko pracowni, lecz również tej osobliwej historii, jaka od pewnego czasu zaczynała wymykać się spod jej kontroli. Nie powiedziała go. Jej spojrzenie zsunęło się na chwilę z jego oczu, jakby potrzebowała zebrać myśli. Dostrzegła napięcie w jego szczęce, zmęczenie osiadłe pod oczami i coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać. Nie przestraszyło jej to, co powiedział o rzeczach, do których został zmuszony, o magii, o wolności oddanej komuś w zamian za obietnicę, której cenę najwyraźniej przyszło mu płacić długo po tym, jak przestała obowiązywać. Było w tym wiele, czego nie rozumiała, jeszcze więcej, o co chciałaby zapytać. Zamiast tego uniosła dłoń i ostrożnie położyła ją na jego mostku, która miała przecież być granicą, wyraźnym znakiem, że dystans między nimi należy do niej i że to ona zdecyduje, kiedy zostanie skrócony. Tymczasem pod palcami czarownicy biło jego serce - równe, lecz ciężkie; przyspieszone odrobinę, jakby i ono nie bardzo wiedziało, co począć z bliskością, której rozum nie potrafił już uporządkować. Czuła każde głębsze nabranie przez niego powietrza, lekkie napięcie mięśni pod materiałem szaty i ciepło, które przenikało przez jej palce, jakby między nimi nie istniała już żadna z tych warstw, za którymi oboje tak uparcie zwykli się chować. - Nie jestem pewna, czy powinnam była to usłyszeć - umilkła na moment, a w jej oczach pojawił się cień tej samej ostrożności, która od dawna strzegła jej własnych uczuć. - Chociaż przyznaję, że chętnie dowiedziałabym się, co dokładniej masz na myśli. Nie naciskała. Nie był jej winien odpowiedzi, przekonywała siebie samą. W tym momencie serce uderzyło jej mocniej, jakby nagle przypomniało sobie o własnym istnieniu i z przekorną gorliwością postanowiło oznajmić jej, że nie wszystko, co czuje, można uciszyć samym nakazem woli. - Mhm, tragiczny błąd - przymknęła powieki, gdy ich czoła zetknęły się ze sobą i jego oddech mieszał się z jej własnym. - A jednak nie chcę, żebyś wychodził tylko dlatego, że przestraszyłeś się własnej szczerości. Nie zwykła mówić rzeczy podobnych tak otwarcie - łatwiej przychodziło jej zasłaniać zainteresowanie ironią i udawać, że wszystko, co ją poruszało, było jedynie przedmiotem chłodnej obserwacji. - Więc zrób to. Przewróć szachownicę i pozwól mi wygrać. Może po raz pierwszy oboje stali po tej samej stronie szachownicy, patrząc na rozsypane figury i próbując zrozumieć, dlaczego przez tyle czasu byli przekonani, że muszą grać przeciwko sobie. |