— Jak to kto? — obruszył się, prawie pytając jej, czy się na rozumy nie pozamieniała z tym zdrajcą Rosierem. — Twój kochaś, a kto inny? Skarżypyta, jakbyśmy co najmniej byli w szkole i trzeba było polecieć do prefekta, żeby nie oberwać za swój bajzel — sarknął, bo jego zdaniem to było absolutnie nieśmieszne, to co postanowił odwalić Christopher. On się nikomu nie skarżył (może trochę), a nawet jeśli to nie na niego, tylko to co nagadały te durne kapłanki!
— Niesamowite, to brzmi co najmniej tak, jakbyśmy brali udział w zupełnie innej sytuacji. Ale pewnie go złość zaślepiła, bo nie powiem kto mnie zaczął szarpać, kiedy pierwsze słowa to były że mi mordę obije — wypuścił gwałtownie powietrze nosem, wyraźnie oburzony. — Ależ oczywiście. Swoich drogich kolegów pytam zawsze — odparł z przekąsem, bo jak kogoś nie lubił, albo nie znał, to oczywiście, bardzo chętny był do poniewierania nimi. Ale trochę też Chrisa nie chciał uszkodzić za nic, więc się musiał zorientować w problemie. — Szczerze? Ja też nie wiem. Jeśli mu to dało spokój ducha, to niech mu będzie — machnął ręką, na nowo opierając się o ścianę.
— O wypraszam sobie bardzo. Walnął mnie akurat, jak się go zapytałem o którą Avery mu chodzi, bo zaczął mną tarmosić i zarzekać się, że któraś z nich na pewno mnie przyjmie! A ja sobie takich insynuacji nie życzę, bo mojej DZIEWCZYNIE, jak ją zdążyłaś nazwać, pewnie by się nie spodobały, nawet jeśli twierdzi że jest ponad to — prychnął. — Porządne dziewczyny, według standardów naszego społeczeństwa, siedzą w domach i czekają aż będą mogły wychowywać dzieci, taka smutna prawda. Ale równa z Ciebie babka, Lestrange, jeśli o to ci chodzi.