Ta scena rozgrywała się trochę za dużo razy, by mogła wzbudzić w Victorii jakieś większe wrażenie: skacowany Atreus siedzący sobie na ławeczce w szatni, najpewniej zastanawiający się nad swoimi niedawnymi wyborami życiowymi. Tym razem jednak Victoria mniej-więcej wiedziała o jego wczorajszych wyborach. Oraz z kim je przeżywał i jak. I chyba dlatego siniaki na jego twarzy nie zdziwiły jej aż tak bardzo.
Drgnęła i zamarła na ułamek sekundy zbyt długo, by można to było uznać za przypadek. A potem z trzaskiem zamknęła swoją szafkę, jednak gdy odwróciła się do Atreusa, jej twarz była niczym ta niezmącona tafla jeziora, spokojny nenufar coś tam, coś tam.
– Ach tak, mężu mój przyszły? – być może w jej słowach było trochę zbyt dużo jadu jak na to, jak odzywała się na co dzień, ale wszystko to było przekalkulowane, gdy patrzyła na Atreusa niemalże wyzywająco. – A przyszło ci do głowy na przykład, żeby go na wstępie poinformować, że nie będzie żadnego ślubu i że to wszystko bzdury, i że nigdy byś tego nie zrobił? – sama do końca nie wiedziała, jaki ma dokładnie status relacji z Rosierem, bo to nigdzie na głos nie padło, ale przynajmniej oboje wiedzieli, że randki są randkami i jakie są intencje. Poza tym słowa Victorii brzmiały jakoś tak, jakby zbyt dobrze wiedziała, co było powodem tegoż „bicia się”. – Dobrze się bawiłeś, co, Bulstrode? – Victoria miała wrażenie, że Atreus zabawił się kosztem Chrisa o raz za dużo, a o ile dobrze pamiętała, na ślubie u Blacków też się pobili, niby o dziewczynę… Nie zamierzała wnikać, czy to jakaś niedokończona sprawa z wtedy, bo teraz było teraz. Założyła ręce nie piersi. – Więc uważasz, że nie jestem porządną dziewczyną? A może to swoją dziewczynę uważasz za nieporządną? – syknęła i jeśli to drugie, to zaraz mogła mu poprawić tę buźkę z drugiej strony.