16.10.2026, 20:15 ✶
Musiałem przyznać, że obserwowanie tego procesu, jakim było pozwalanie sobie przez Prue na trochę więcej swobody niż zazwyczaj w mojej obecności, sprawiało mi niemałą przyjemność, zwłaszcza że sam również wcale nie byłem trzeźwym uosobieniem właściwego osądu względem wspólnego bawienia się z nią na weselu, na które nikt nas nie zaprosił, więc także dawałem się ponieść chwili i po prostu płynąłem z falą pijanych ludzi dookoła nas. Było w tym wszystkim coś znajomego, coś, za czym zdążyłem się stęsknić, chociaż nigdy nie przyznałbym tego na głos, ponieważ wolałem zachować pozory, że nasz obecny rozejm był zwyczajnym zrządzeniem losu, a nie czymś, na czym zaczęło mi jakkolwiek zależeć - okropne słowo, aż przesadne - i to nie dlatego, rzecz jasna, że na co dzień brakowało mi okazji do podziwiania Prudence, tylko dlatego, że zazwyczaj należało najpierw przetrwać kilka rund słownych przepychanek, aby później móc ignorować konieczność przebywania w jednym pomieszczeniu. Było mi zatem naprawdę przyjemnie, gdy tego nie robiliśmy, ale na szczęście w moim przypadku należało mówić o wieloletnim treningu w sprawianiu wrażenia niewzruszonego na jakiekolwiek czynniki zewnętrzne, nie zamierzałem też, oczywiście, wyciągać z tego żadnych daleko idących wniosków, ponieważ jeden udany wieczór nie naprawiał wszystkiego, co zdążyliśmy zepsuć przez ostatnie lata, lecz jednocześnie nie widziałem powodu, by odbierać sobie przyjemność z tego, że akurat teraz było nam ze sobą dobrze.
- Pijane, Pr–Cia, są przede wszystkim pijane. - Objaśniłem, resztę wniosków pozostawiwszy samej zainteresowanej. Na większości spędów, na których bywałem, zwykle panowała atmosfera tak napięta od wzajemnych spojrzeń, czujnych obserwacji, rodzinnych oczekiwań i subtelnych prób ustalenia, kto właśnie popełnił towarzyskie faux pas, że czasem łatwiej było mi oddychać podczas kilkugodzinnego meczu quidditcha niż przy stole zastawionym srebrną zastawą. Tutaj natomiast nikt nie interesował się tym, czy odpowiednio długo rozmawiałem z właściwą osobą, czy moja towarzyszka pasowała do nazwiska, które nosiłem, ani czy przypadkiem nie spojrzałem na kogoś w sposób, który mógłby zostać uznany za obrazę całego jego drzewa genealogicznego - mogłem jeść, pić, tańczyć oraz spędzać czas z Bletchley bez konieczności udawania, że każda z tych czynności miała jakieś szczególne znaczenie, co stanowiło luksus, którego nie zamierzałem lekkomyślnie zmarnować - kiedy więc odwróciła się w moją stronę z tym swoim pytaniem, czy naprawdę uważałem, że miała sobie poradzić, nie podpuszczałem jej. Owszem, miałem naturalną skłonność do zachęcania Prudence do rzeczy, które mogły wywołać u niej charakterystyczny błysk irytacji, ale tym razem naprawdę sądziłem, że mogła spróbować, skoro sama wykazywała zainteresowanie, nawet jeśli nie miała pojęcia, jakie zasady obowiązywały w tej konkretnej konkurencji, zawsze przecież potrafiła uczyć się przez obserwację, wychwytywać drobne szczegóły i nadrabiać brak doświadczenia spostrzegawczością, zaś skoro dotąd udało jej się przeżyć moje towarzystwo bez poważniejszych strat moralnych, kilka kobiet walczących o uwagę nie powinno stanowić szczególnie wielkiego zagrożenia.
- A czemu miałbym nie? - Odparłem, zanim zdążyła ostatecznie przekonać samą siebie, że powinna jednak wrócić do bezpiecznej pozycji obserwatorki, po czym ponownie zlustrowałem potencjalne grono rywalek mojej narzeczonej - jedna z nich zatoczyła się na bok, podtrzymana przez koleżankę, inna z uporem przesuwała się do przodu, podczas gdy jej nogi zdawały się mieć nieco odmienne zdanie na temat kierunku, w którym powinny podążać, jeszcze kilka kolejnych stało z czerwonymi, rozpromienionymi twarzami, gotowe rzucić się na bukiet z energią, której nie powstydziłby się żaden zawodnik podczas meczu o puchar.
- Dobra. Umowa stoi. Trzy mrugnięcia i ruszam ci na ratunek. - Uniosłem dwa palce, pokiwałem głową, po czym nachyliłem się nieco w stronę Prue, podnosząc głos na tyle, by usłyszała mnie ponad narastającym szmerem podekscytowanych rozmów. - Poślij je w piach.
Wodzirej znów zabrał głos, objaśniając zgromadzonym, że panna młoda zamierzała rzucić bukiet, który powinien trafić w ręce jednej z niezamężnych kobiet, co według tradycji miało zwiastować rychłe zamążpójście szczęśliwej zdobywczyni, w tej chwili wszystko stało się dla mnie znacznie bardziej zrozumiałe i nie mniej zabawne, bo skrycie tym bardziej liczyłem, iż Prudence odkryje w sobie pokłady zdrowej rywalizacji i tym samym dostarczy mi powodów do uciechy. Tylko brakowało, bym zaczął traktować nasze spotkania jak początek nowej, cudownie zgodnej epoki, niemniej musiałem przyznać, że widok Bletchley podejmującej wyzwanie wyłącznie dlatego, że miała na nie ochotę, był wart znacznie więcej niż kolejny kawałek tortu, szczególnie że ten ostatni okazał się wyjątkowo nieudany, bo paskudnie owocowy. Nie zamierzałem spuszczać mojej partnerki z oczu, zwłaszcza że sama wyraźnie liczyła na moje wsparcie, chociaż kiedy znalazła sobie miejsce nieco z boku, zrozumiałem, że jej pierwszym odruchem nadal było unikanie tłumu, nawet jeśli ciekawość ostatecznie okazała się silniejsza od niechęci do przepychania się między obcymi. Niektóre z kobiet wyglądały zresztą, jakby zamiast skupić się na nadlatującym bukiecie, musiały najpierw przypomnieć sobie, gdzie właściwie kończył się parkiet, a gdzie zaczynała się reszta sali, w tym stoły i stoliki, miałem jednak przeczucie, że w chwili, gdy panna młoda wykona rzut, cała ta chwiejna zbieranina nagle odzyska refleks godny najlepszych ścigających, choć niekoniecznie zdolność do bezpiecznego lądowania. Przez jedną krótką chwilę wszystko zdawało się rozgrywać w zwolnionym tempie, nawet jeżeli doskonale wiedziałem, że za moment bukiet miał wylądować w czyichś rękach albo na podłodze, zaś ja miałem przekonać się, czy moja narzeczona postanowiła zaufać własnemu refleksowi, czy jednak rozsądek znów wygrał z ciekawością.
- Pijane, Pr–Cia, są przede wszystkim pijane. - Objaśniłem, resztę wniosków pozostawiwszy samej zainteresowanej. Na większości spędów, na których bywałem, zwykle panowała atmosfera tak napięta od wzajemnych spojrzeń, czujnych obserwacji, rodzinnych oczekiwań i subtelnych prób ustalenia, kto właśnie popełnił towarzyskie faux pas, że czasem łatwiej było mi oddychać podczas kilkugodzinnego meczu quidditcha niż przy stole zastawionym srebrną zastawą. Tutaj natomiast nikt nie interesował się tym, czy odpowiednio długo rozmawiałem z właściwą osobą, czy moja towarzyszka pasowała do nazwiska, które nosiłem, ani czy przypadkiem nie spojrzałem na kogoś w sposób, który mógłby zostać uznany za obrazę całego jego drzewa genealogicznego - mogłem jeść, pić, tańczyć oraz spędzać czas z Bletchley bez konieczności udawania, że każda z tych czynności miała jakieś szczególne znaczenie, co stanowiło luksus, którego nie zamierzałem lekkomyślnie zmarnować - kiedy więc odwróciła się w moją stronę z tym swoim pytaniem, czy naprawdę uważałem, że miała sobie poradzić, nie podpuszczałem jej. Owszem, miałem naturalną skłonność do zachęcania Prudence do rzeczy, które mogły wywołać u niej charakterystyczny błysk irytacji, ale tym razem naprawdę sądziłem, że mogła spróbować, skoro sama wykazywała zainteresowanie, nawet jeśli nie miała pojęcia, jakie zasady obowiązywały w tej konkretnej konkurencji, zawsze przecież potrafiła uczyć się przez obserwację, wychwytywać drobne szczegóły i nadrabiać brak doświadczenia spostrzegawczością, zaś skoro dotąd udało jej się przeżyć moje towarzystwo bez poważniejszych strat moralnych, kilka kobiet walczących o uwagę nie powinno stanowić szczególnie wielkiego zagrożenia.
- A czemu miałbym nie? - Odparłem, zanim zdążyła ostatecznie przekonać samą siebie, że powinna jednak wrócić do bezpiecznej pozycji obserwatorki, po czym ponownie zlustrowałem potencjalne grono rywalek mojej narzeczonej - jedna z nich zatoczyła się na bok, podtrzymana przez koleżankę, inna z uporem przesuwała się do przodu, podczas gdy jej nogi zdawały się mieć nieco odmienne zdanie na temat kierunku, w którym powinny podążać, jeszcze kilka kolejnych stało z czerwonymi, rozpromienionymi twarzami, gotowe rzucić się na bukiet z energią, której nie powstydziłby się żaden zawodnik podczas meczu o puchar.
- Dobra. Umowa stoi. Trzy mrugnięcia i ruszam ci na ratunek. - Uniosłem dwa palce, pokiwałem głową, po czym nachyliłem się nieco w stronę Prue, podnosząc głos na tyle, by usłyszała mnie ponad narastającym szmerem podekscytowanych rozmów. - Poślij je w piach.
Wodzirej znów zabrał głos, objaśniając zgromadzonym, że panna młoda zamierzała rzucić bukiet, który powinien trafić w ręce jednej z niezamężnych kobiet, co według tradycji miało zwiastować rychłe zamążpójście szczęśliwej zdobywczyni, w tej chwili wszystko stało się dla mnie znacznie bardziej zrozumiałe i nie mniej zabawne, bo skrycie tym bardziej liczyłem, iż Prudence odkryje w sobie pokłady zdrowej rywalizacji i tym samym dostarczy mi powodów do uciechy. Tylko brakowało, bym zaczął traktować nasze spotkania jak początek nowej, cudownie zgodnej epoki, niemniej musiałem przyznać, że widok Bletchley podejmującej wyzwanie wyłącznie dlatego, że miała na nie ochotę, był wart znacznie więcej niż kolejny kawałek tortu, szczególnie że ten ostatni okazał się wyjątkowo nieudany, bo paskudnie owocowy. Nie zamierzałem spuszczać mojej partnerki z oczu, zwłaszcza że sama wyraźnie liczyła na moje wsparcie, chociaż kiedy znalazła sobie miejsce nieco z boku, zrozumiałem, że jej pierwszym odruchem nadal było unikanie tłumu, nawet jeśli ciekawość ostatecznie okazała się silniejsza od niechęci do przepychania się między obcymi. Niektóre z kobiet wyglądały zresztą, jakby zamiast skupić się na nadlatującym bukiecie, musiały najpierw przypomnieć sobie, gdzie właściwie kończył się parkiet, a gdzie zaczynała się reszta sali, w tym stoły i stoliki, miałem jednak przeczucie, że w chwili, gdy panna młoda wykona rzut, cała ta chwiejna zbieranina nagle odzyska refleks godny najlepszych ścigających, choć niekoniecznie zdolność do bezpiecznego lądowania. Przez jedną krótką chwilę wszystko zdawało się rozgrywać w zwolnionym tempie, nawet jeżeli doskonale wiedziałem, że za moment bukiet miał wylądować w czyichś rękach albo na podłodze, zaś ja miałem przekonać się, czy moja narzeczona postanowiła zaufać własnemu refleksowi, czy jednak rozsądek znów wygrał z ciekawością.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)