Secrets of London
[07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B (/showthread.php?tid=6522)

Strony: 1 2


[07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Benjy Fenwick - 14.10.2026

Jakim cudem dotarliśmy od pierwszych prób utrzymania pozorów do wspólnego kosztowania kolejnych deserów przy słodkim stole, wymieniania uwag na temat weselnych napojów oraz podkradania sobie nawzajem tych kąsków, które drugie zdążyło już upatrzyć, pozostawało zagadką, której nie zamierzałem rozwiązywać, skoro jej nierozwiązanie przynosiło nam całkiem wymierne korzyści. Taka okazja nie zdarzała się bowiem zbyt często, nawet w moim życiu, przez co musiałem przyznać, że spędy rodzinne może miały jednak w sobie pewien potencjał, którego wcześniej nie doceniałem - o ile ta rodzina nie była, rzecz jasna, moja, to było osobne spostrzeżenie - szczególnie jeśli nikt nie zadawał sobie trudu, żeby sprawdzić, czy imię gościa rzeczywiście figurowało na liście zaproszonych, zanim wpuścił go na salę, zaś on sam wykazał dostatecznie dużo pewności siebie, by wejść między biesiadników jak ktoś, kto od początku miał pełne prawo znaleźć się w tym miejscu.
Nikt oficjalnie nie zapraszał mnie na to wesele, nie otrzymałem eleganckiej koperty z moim nazwiskiem wypisanym ozdobnym pismem, nie miałem pojęcia, kto właściwie odpowiadał za rozmieszczenie wujków przy stołach ani komu powinienem był podziękować za zaproszenie, którego przecież nie dostałem, lecz zdecydowanie zdążyłem na tyle płynnie wtopić się w tłum, by nikt chociażby przez moment nie kwestionował mojej obecności ani związanych z nią przywilejów. Może tego nie dostrzeżono, może nie śmiano tego robić, tym bardziej że przecież pojawiłem się w towarzystwie narzeczonej, co stanowiło wystarczająco przekonujące wyjaśnienie, by uzasadnić obecność nie jednej, lecz dwóch nieproszonych osób - jedną nieznajomą twarz pośród znanych oblicz można było jeszcze zakwestionować w taki sposób, aby nie popełnić towarzyskiego samobójstwa, ale dwie?!, na Morganę z Merlinem, tak się nie godziło - najwyraźniej znaleźliśmy lukę w systemie, o której istnieniu wcześniej nie wiedzieliśmy i musiałem przyznać, że jak na wieczór rozpoczęty od bezczelnego wtargnięcia na cudze wesele, bawiłem się z tą myślą całkiem wybornie. Bez tej całej analitycznej nadgorliwości, którą Prudence traktowała niemal jak główny cel własnego życia, oraz bez mojego zwyczaju szukania okazji do wbicia szpili w jej podejście do życia, wpasowywaliśmy się w otoczenie z wręcz nieprzyzwoitą łatwością, niczym para, która naprawdę miała prawo tu być i nie musiała nikomu niczego udowadniać - teraz pozostawało jedynie utrzymać ten stan rzeczy tak długo, jak tylko pozwalała na to muzyka, alkohol oraz nasza wyjątkowo nieoczekiwana kompatybilność we wspólnym udawaniu, że wszystko przychodziło nam zupełnie naturalnie.
Byliśmy więc całkiem zgrabną częścią tego weselnego zamieszania, kołysząc się na parkiecie między innymi ludźmi, gdzie również znaleźliśmy się w ramach przypadku, ale… to działało - naprawdę - przynajmniej dopóki żadne z nas nie zaczynało przyglądać się sytuacji zbyt uważnie, ponieważ gdzieś tam zapewne oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wystarczyłaby dosłownie chwila, by pod pozorem dobrze odegranej roli znów wychynęły wszystkie powody, dla których rozsądniej byłoby trzymać się od siebie z daleka, zamiast pozwalać muzyce decydować za nas, jak blisko siebie powinniśmy się znaleźć.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]


RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Prudence Fenwick - 14.10.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3cQcjNO.jpeg[/inny avek]

Prudence wbrew swojemu bardzo, ale to bardzo sceptycznemu nastawieniu na samym początku do tego przyjęcia bawiła się na nim całkiem nieźle. Nie dało się tego nie zauważyć. W pewnym momencie po prostu odpuściła, przestała się zaciekle przed tym bronić, nie zastanawiała się tylko po prostu pozwoliła sobie korzystać z tych wszystkich rzeczy które znajdowały się na wyciągnięcie ręki. Tak właściwie to nie miała przecież pewności, że szybko pojawi się na podobnej imprezie. Szkoda by było nie spróbować wszystkich słodkości, czy posmakować alkoholi, które były dostępne - oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku, pilnowała się, żeby przypadkiem nie skończyć jak jedna z osób o których wcześniej niespecjalnie miło się wypowiadała, bo to byłoby czystą hipokryzją. Prudence mimo wszystko miała swoje zasady. Niby nikt ich tutaj nie znał, ale wolała nie ryzykować, że coś na temat tego, co robiła dzisiejszego wieczora dotarłoby do jej rodziców. Na pewno nie byliby z niej szczególnie dumni.

Jak w ogóle udało im się wytrwać tu przez tyle czasu nie rzucając się w oczy? Nie miała pojęcia. Nikt jednak nie negował ich obecności na tym weselu, nikt nie zwracał na nich uwagi, dzięki czemu faktycznie mogli całkiem nieźle się bawić. Tak właściwie to nie sądziła, że aż tak jej się to spodoba. Był tort, a więc jeden z elementów umowy został odhaczony, ku jej zadowoleniu okazał się być dokładnie taki, na jaki miała ochotę - wciągnęła nawet dwa kawałki. Była zadowolona z tego, jak toczył się ten wieczór.

Parkiet okazał się być również całkiem atrakcyjny, zwłaszcza, gdy nie myślała o tym z kim się na nim znajdowała. Pozwalała się ponieść muzyce, emocjom i bawiła się przy tym całkiem nieźle. Nie miała pojęcia ile to jeszcze potrwa, ale w sumie nie odliczała już każdej minuty, tak właściwie to nie miałaby nic przeciwko temu, aby trwało to jak najdłużej. Rzadko kiedy miała możliwość, aż tak sobie odpuścić, nie przejmować się otaczającym ją światem. To było naprawdę przyjemnym uczuciem.

W pewnym momencie muzyka ucichła, jakiś mężczyzna wszedł na scenę, pojawiło się też światło, które spowodowało, że zrobiło się jakby bardziej rzeczywiście. Najwyraźniej wybiła północ, przesunęła się odrobinę do Aloysiusa i odezwała do niego cicho. - To najwyraźniej są te całe oczepiny. - Przynajmniej tak się jej wydawało, bo co innego miało się teraz wydarzyć? Nie do końca wiedziała, na czym właściwie to miało polegać, ale jak i reszta gości nadal stała na parkiecie czekając na rozwój sytuacji, była nawet nieco zaciekawiona tym, co na nich czekało.




RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Benjy Fenwick - 14.10.2026

Dopóki nie zastanawiałem się za bardzo nad tym, co właściwie robiliśmy, dopóty było przyjemnie, naprawdę przyjemnie, do tego stopnia, że zdążyłem niemal zapomnieć o całej niedorzeczności naszego położenia, o tym, że nikt nie wysłał mi zaproszenia, nikt nie oczekiwał mojego przybycia, zaś Prudence Bletchley, która jeszcze kilka godzin wcześniej najchętniej uciekłaby z tego przyjęcia przy pierwszej nadarzającej się okazji, zjadła dwa kawałki tortu, spróbowała weselnych przysmaków i tańczyła ze mną z taką swobodą, jakbyśmy naprawdę przyszli tutaj świętować czyjeś szczęście, zamiast wykorzystać cudzą nieuwagę do spędzenia wieczoru na koszt gospodarzy. Nie planowałem przyznawać tego na głos, bo i bez podobnych rewelacji miała wystarczająco dużo powodów, żeby uważać mnie za osobnika o wyjątkowo irytującym charakterze, co wielokrotnie mi wytykała, jednak jej przemiana na przestrzeni ostatnich godzin stanowiła całkiem miłe dla oka widowisko, zwłaszcza że jeszcze niedawno sprawiała wrażenie gotowej wycofać się chyłkiem tylnymi drzwiami, najlepiej pociągając mnie za sobą za kołnierz, żebym przypadkiem nie wpadł na pomysł zrobienia czegoś, co zmusiłoby nas oboje do pozostania tu dłużej. Odpuściła, co za ulga, zważywszy na to, że miałem już na głowie wystarczająco wiele problemów, nie potrzebowałem jeszcze jednego, szczególnie takiego, który mógłby z przyjemnością wypominać mi każdy szczegół mojego zachowania. Nie zamierzałem oczywiście wyciągać z tego pochopnych wniosków, ponieważ miałem wystarczająco dużo wcześniejszych doświadczeń, by nie ufać własnym obserwacjom, ilekroć dotyczyły tej konkretnej panny, niemniej trudno było nie zauważyć, że zniknęła gdzieś jej początkowa niechęć do weselnego klimatu, podobnie jak podejrzliwa czujność, z którą na początku rozglądała się po sali, najwyraźniej spodziewając się, że lada chwila ktoś przyjdzie nas stąd wyrzucić. Tymczasem zdążyliśmy skosztować tylu słodkości i zakosztować tak wielu doświadczeń, że zaczynałem podejrzewać, iż nasze zachowanie stanowiło doskonale przygotowaną zasłonę dymną, mającą odwrócić uwagę od prawdziwego celu naszej wizyty, czyli bezkarnego opróżniania półmisków i, niewątpliwie w moim przypadku trochę bardziej, butelek pełnych całkiem smacznych napitków. Możliwość, że ktoś w końcu zapyta nas o nazwiska, pokrewieństwo z młodą parą albo powód naszej obecności, zdążyła już stracić na znaczeniu, ponieważ przez cały ten czas nikt nie wykazywał najmniejszego zainteresowania tym, kim byliśmy, skąd przyszliśmy ani dlaczego zachowywaliśmy się tak swobodnie. Wystarczyło przestać liczyć minuty, pilnować każdego gestu i rozważać, co wypadało, czego zaś nie należało robić, żeby wieczór nabrał zupełnie innego smaku, wolnego od tej nieznośnej potrzeby kontrolowania wszystkiego, która zwykle towarzyszyła nam obojgu, choć każde z nas radziło sobie z nią na własny, równie specyficzny sposób.
Na parkiecie szło nam równie dobrze, przynajmniej dopóki nie przypominałem sobie, z kim właściwie tańczyłem, ponieważ wtedy w mojej głowie pojawiały się rozmaite niepotrzebne uwagi, wspomnienia oraz pytania, których nie miałem ochoty roztrząsać podczas obracania dziewczyny w rytm muzyki, więc po prostu je od siebie odsuwałem, w czym zdecydowanie pomagało mi picie. Przez kilka utworów niemal zapomniałem, że nasza obecność tutaj opierała się na kłamstwie, które wymyśliliśmy naprędce - łatwiej było skupić się na melodii, na dłoni spoczywającej w mojej, na tym, by nie nadepnąć jej na stopę i nie dać tym samym pretekstu do wygłoszenia kolejnego oskarżenia pod moim adresem - była w tym pewna przyjemna prostota, której nie zamierzałem poddawać przesadnie dokładnej analizie, zwłaszcza że rzadko zdarzało się nam spędzać tyle czasu razem bez konieczności udowadniania sobie nawzajem, kto miał ostatnie słowo. Z narzeczoną u boku mogłem najwyraźniej uchodzić nawet za statecznego mężczyznę, co było dość zabawną perspektywą, zważywszy na to, że jeszcze niedawno próbowała przekonać mnie, iż nie mieściłem się w żadnych normach, zaś ja nie widziałem powodu, by się z nią w tej kwestii spierać - no innego niż „dla zasady”.
Muzyka urwała się nagle, pozostawiając po sobie krótką ciszę, przy której wyraźniej usłyszałem szuranie butów po parkiecie oraz szmer rozmów dobiegający zebranych z dalszych części sali, po czym na scenę wszedł mężczyzna, rozjaśniono światła i cała uroczystość nabrała nieco bardziej oficjalnego charakteru. Zerknąłem na niego z umiarkowanym zainteresowaniem, zastanawiając się, czy właśnie nadeszła chwila, w której ktoś odkryłby naszą obecność i poprosiłby o opuszczenie sali, czy też wesele miało jeszcze kilka atrakcji, które moglibyśmy bezpłatnie skonsumować, zanim nadeszłaby pora na dyskretne zniknięcie.
„Oczepiny”, przesunąłem spojrzeniem po zgromadzonych gościach, próbując ustalić, czy powinienem spodziewać się czegoś nieszkodliwego, czy też za moment przyjdzie nam uczestniczyć w obrzędzie, którego zasady znały wszystkie obecne tu osoby poza nami dwojgiem, co byłoby wprawdzie kompromitujące, lecz zarazem na tyle zabawne, że trudno byłoby mi uznać to za powód do ucieczki, a gdy Prue przesunęła się do mnie odrobinę bliżej, automatycznie objąłem ją ramieniem w talii, zupełnie nie zwróciwszy na to uwagi. Było miło, więc dlaczego miałbym?
- No, zobaczmy, co takiego przygotowali. - Pozwoliłem sobie na całkiem niewymuszony uśmiech, po czym ponownie przyjrzałem się zgromadzonym, próbując wywnioskować z ich zachowania, co właściwie miało się wydarzyć, ponieważ moja wiedza na temat weselnych zwyczajów była zdecydowanie mniej imponująca niż ta dotycząca sposobów wymykania się z miejsc, w których nie powinienem przebywać. Wychwyciłem kilka podekscytowanych spojrzeń, czyjeś rozbawienie oraz grupkę kobiet, które zaczęły poprawiać włosy, co mogło oznaczać niemal wszystko, od zwyczajnej próby zachowania przyzwoitego wyglądu po rychłe nadejście wydarzenia, w którym fizyczne aspekty wyglądu miały odegrać rolę większą, niż bym sobie tego życzył po paru godzinach w dusznej sali. Nie zamierzałem jednak zdradzać się z niewiedzą, szczególnie przy Prudence, której dostarczyłoby to materiału do docinków na co najmniej kilka następnych spotkań, więc przyjąłem postawę kogoś doskonale zorientowanego w sytuacji, jak przystało na dżentelmena prowadzącego narzeczoną przez cudze wesele. I, Merlin mi świadkiem, nie miałem zamiaru samodzielnie psuć sobie tak udanego wieczoru.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]


RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Prudence Fenwick - 14.10.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3cQcjNO.jpeg[/inny avek]

Wieczór był intensywny, szybki, pełen emocji, ale dobrze było raz na jakiś czas pozwolić sobie na odrobinę luzu. Nie spodziewała się, że kiedyś podobne przemyślenia się u niej pojawią, jak widać jednak niezbadane były boskie wyroki. Bawiła się naprawdę nieźle, wyciągnęła kij ze swojego tyłka po kilku wypitych kieliszkach i wcale tego nie żałowała. Nie skupiała się zbytnio na ich sytuacji. Kiedy przestała się przejmować tym, że ktoś może przyłapać ich na kłamstwie wszystko wydawało się być łatwiejsze. Zresztą niby dlaczego miało się to wydarzyć. Nie robili niczego nietypowego, nie zwracali na siebie uwagi, bawili się tak jak zaproszeni goście, a może nawet i lepiej?

Najwyraźniej byli w stanie znieść swoje towarzystwo zdecydowanie lepiej niż rysowało się to na co dzień. Potrafili wymienić się trafnymi spostrzeżeniami na temat słodkości, które próbowali, dyskutować o tym, co działo się na parkiecie bez wbijania sobie przy tym szpilek. No, może pojawienie się tortu wprowadziło nieco zamieszania, bo na jego temat mieli zdecydowanie odmienne zdanie, ale szybko przestali się na tym skupiać, tyle się działo wokół, że nie było sensu o tym dywagować.[/s]
[a]Kiedy znaleźli się na parkiecie, również okazało się, że potrafią się do siebie dopasować. Aloysius całkiem nieźle prowadził w tańcu, nie deptał jej stóp, do tego potrafił zapanować nad tym swoim wielkim ciałem. Uznała to za spory wyczyn, w sumie powinna się tego spodziewać, na pewno przygotowywano go odpowiednio do reprezentowania swojej rodziny podczas podobnych uroczystości. Prudence starała się za nim nadążyć, chociaż nie miała zbyt wielkiego doświadczenia, jednak jej mózg całkiem szybko łapał to, co działo się wokół, już wcześniej zapamiętała kroki, które widziała u innych na parkiecie, próbowała jakoś je wprowadzić w życie i chyba nie wychodziło jej to jakoś najgorzej. Aloysius nie narzekał - przynajmniej w głos, co sugerowało, że może faktycznie nie było tak źle. Nie wątpiła w to, że gdyby zrobiła coś nie tak to na pewno nie miałby problemu z tym, aby dyskretnie zwrócić jej uwagę.

Wydawało jej się, że wcale nie trudno było ich wziąć teraz za narzeczeństwo. Faktycznie całkiem dobrze się razem bawili, wydawali się zupełnie nikim, ani niczym przejmować, nie potrzebowali żadnego towarzystwa poza swoim. Z boku naprawdę można było by uznać, że są w siebie wyjątkowo wpatrzeni, gdyby tylko wiedzieli jak to naprawdę między nimi wyglądało. Co dosyć istotne, z jej strony nie była to żadna gra, nie ma co się oszukiwać Prue nie była wybitną aktorką, dało się z niej czytać niczym z otwartej księgi, tego wieczora po prostu się dobrze bawiła i niczym nie przejmowała. Było to na swój sposób wyjątkowe.

Ich zabawę przerwało jednak nagłe ucichnięcie muzyki i pojawienie się na środku mężczyzny. Zrobiło się jasno, zmrużyła oczy, aby przyzwyczaić je do światła. Zdecydowanie wolała ciemność, ona powodowała, że to co się działo można było wziąć trochę za sen. Nie odsunęła się jednak od Rookwooda, wręcz przeciwnie, przesunęła bardziej do jego boku, bo w końcu nadal byli partnerami w zbrodni.

- Jestem ciekawa, nigdy nie uczestniczyłam w czymś takim. - Przyznała zupełnie szczerze. Może to było głupie, ale naprawdę nie miała wcześniej okazji przeżywać czegoś podobnego, czuła więc jakąś dziwną ekscytację, bo nie miała zielonego pojęcia, czego powinna się spodziewać. Wydawało jej się, że jej partner miał dużo większe doświadczenie, na pewno bywał na podobnych imprezach częściej. Zresztą wyglądał, jakby wiedział, czego powinni się spodziewać w przeciwieństwie do niej.

W ludziach obecnych na parkiecie było widać ekscytację, najwyraźniej ta część wieczoru miała być jedną z ważniejszych, skoro wszyscy tak na nią czekali.

- To jest moment, w którym na parkiecie powinny zostać same panny… - Odezwał się wodzirej. Prudence mrugnęła nie miała pojęcia, co się szykowało i czy właściwie chciała być tego częścią. Dziewczęta, ale nie tylko, starsze kobiety zaczęły przepychać się do przodu, nie zważając na ludzi obecnych obok, jakby było to bardzo ważne.




RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Benjy Fenwick - 14.10.2026

Nie mogłem powiedzieć, żebym szczególnie często trafiał na wesela, na które nikt mnie nie zaprosił, po czym spędzał na nich kilka godzin w towarzystwie dziewczyny, z którą na co dzień łatwiej było mi wszcząć kłótnię, niż zgodnie wybrać deser, niemniej musiałem przyznać, że wieczór rozwijał się naprawdę przyjemnie. Nie miałem pojęcia, czy należało przypisać ten sukces alkoholowi, zawartości słodkiego stołu, muzyce, czy też mojemu niewątpliwemu urokowi osobistemu, lecz skoro wszystkie te elementy wystąpiły jednocześnie, nie widziałem potrzeby przeprowadzania szczegółowego dochodzenia, szczególnie że wreszcie mogliśmy porozmawiać o czymś innym niż o tym, jak bardzo nie powinniśmy znajdować się w swoim towarzystwie. W dodatku Prudence całkiem sprawnie radziła sobie na parkiecie, przyswajając kolejne kroki z zadziwiającą szybkością - nie musieliśmy nawet przesadnie się starać, co stanowiło chyba najbardziej osobliwy aspekt całej mistyfikacji, bo gdyby ktoś rzeczywiście przyjrzał nam się uważniej, mógłby dojść do wniosku, że dobrze się znamy, rozumiemy bez słów i potrafimy przewidzieć swoje reakcje, co było prawdą w stopniu zdecydowanie bardziej prawdziwym i przez to irytującym, niż miałem ochotę przyznać.
Kiedy przesunęła się bliżej mojego boku, nie uznałem za stosowne odsuwać się tylko po to, by przypomnieć jej, że przecież nie przepadała za bliskością, przynajmniej nie taką, i że jeszcze kilka godzin temu prawdopodobnie wymyśliłaby trzy różne sposoby na uniknięcie podobnej sytuacji. Zamiast tego spojrzałem na nią z ukosa, dostrzegając w jej twarzy szczere zaciekawienie, które pojawiło się na chwilę przed tym, jak przyznała, że nigdy wcześniej nie uczestniczyła w oczepinach - to akurat odrobinę mnie zaskoczyło, choć nie na tyle, bym pozwolił sobie na otwarte okazanie zdziwienia, ponieważ Prudence potrafiła zaskakiwać mnie znacznie bardziej, niż byłbym skłonny jej wyjawić, zaś brak doświadczenia w jednej weselnej tradycji nie wydawał się szczególnie poważnym uchybieniem - sam miałem wrażenie, że w wielu innych sprawach mógłbym wyrokować o tym, czego należało się spodziewać, lecz moja wiedza opierała się w znacznej mierze na obserwacjach poczynionych podczas uroczystości, na których obecność młodego Rookwooda była obowiązkowa, i gdzie moje zainteresowanie tym, co działo się na parkiecie, zwykle kończyło się w chwili, gdy można było wymknąć się do stołu z alkoholem lub znaleźć kogoś bardziej interesującego do rozmowy.
Otworzyłem już usta, aby coś powiedzieć, ale ledwie moja towarzyszka skończyła wypowiedź, wodzirej oznajmił, że na parkiecie powinny pozostać same panny, co natychmiast wywołało poruszenie wśród zgromadzonych kobiet. Patrzyłem z rosnącym rozbawieniem, jak młodsze dziewczęta przepychały się do przodu w towarzystwie starszych uczestniczek zabawy, robiąc to z determinacją godną pojedynku o ostatnie miejsce w pociągu do Londynu.
-No proszę, Bletchley, wygląda na to, że właśnie nadeszła twoja chwila. - Skinąłem głową w stronę zbierających się panien. - Nie wiem, co dokładnie planują, ale skoro tyle osób jest gotowych walczyć o miejsce w pierwszym rzędzie, przypuszczam, że nagroda musi być znacząca. - Spojrzałem na Prue z uśmiechem, po czym zerknąłem na tłum kobiet, które coraz śmielej zajmowały środek parkietu - wieczór nauczył mnie już, że nie należało zbyt pochopnie zakładać, co miała zrobić, szczególnie kiedy przestawała myśleć o każdym swoim ruchu, więc nie zamierzałem podpowiadać jej żadnego rozwiązania. Zamiast tego cofnąłem się o krok, zwalniając jej miesce, chociaż nie odchodziłem za daleko, bo przecież wciąż byliśmy narzeczeństwem, partnerami w zbrodni i, jak się okazywało, całkiem udanym duetem weselnych intruzów.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]


RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Prudence Fenwick - 14.10.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3cQcjNO.jpeg[/inny avek]

Prue nie bywała często na weselach. Na takich na które ją ktoś zaprosił, ani na takich na które nie dostała zaproszenia. Na ostatnim była kilka lat temu, jeszcze jako dzieciak, więc w sumie było to dla niej całkiem nowym doświadczeniem. Przebywanie na takim przyjęciu jako osoba praktycznie dorosła wiązało się z przeżywaniem tego w zupełnie inny sposób. Jako dzieciak zostawała usadzona przy stole z innymi podobnymi do jej rozmiarów i to by było na tyle. Jako młoda dorosła, cóż - mogła kręcić się między innymi ludźmi, obserwować ich, kosztować wszystkich rarytasów jakie przygotowała dla gości para młoda, a tych było tutaj naprawdę wiele. Nie miała oporów nawet przed spróbowaniem niektórych trunków, co mogło nieco zaskoczyć. Starała się jednak nie spoglądać w stronę młodego małżeństwa, bo wydawało jej się, że kiedy razem na nią spojrzą, to znaczy na nich spojrzą, bo Aloysius ciągle był u jej boku to od razu się zorientują, że wcale nie powinno ich tutaj być. Na szczęście mieli sporo innych rzeczy na głowie, a przede wszystkim świętowanie ich wielkiego dnia. Nikt więc nie zwrócił uwagi na nią i jej partnera w zbrodni.

Bawiła się z nim zaskakująco dobrze, nie próbował podstawiać jej nogi, nie negował jej wyboru słodkości, razem z nią przetrwał ten wieczór, wydawało się jej również, że tak jak i ona nieźle się przy tym bawił. Czy wesela czystokrwistych na których bywał wyglądały podobnie? Pewnie nie, podejrzewała, że brakowało tam swobody. Zapewne niektóre elementy wieczoru musiały być bliźniacze, jednak nie wydawało jej się, aby tam panowała taka lekka atmosfera. Ludzie na pewno patrzyli sobie na ręce, aby wyciągnąć każdy, najdrobniejszy szczegół do którego można by się przyczepić. Być może więc i dla niego było to poniekąd coś zupełnie innego, niż to do czego przywyknął.

Przesunęła się bliżej, tak właściwie bez zastanowienia, to był odruch. Cały wieczór to robiła, bo mieli udawać narzeczeństwo, w końcu weszło jej to w nawyk, pewnie szybko się go pozbędzie, ale tego wieczora, na tej sali nie miała zamiaru się od niego odsuwać. Zresztą całkiem dobrze czuła się u jego boku, o czym oczywiście nie miał się nigdy dowiedzieć. To miało pozostać jedną z jej wielu tajemnic.

Była szczerze zaciekawiona tym, co właśnie działo się na parkiecie. Nie zdążyła do końca tego przegadać ze swoim towarzyszem, gdyż wodzirej bardzo szybko przeszedł do działania. Prue obserwowała jak kobiety wyrwały do przodu wywołane przez niego. Ona jednak nie ruszyła się nawet o krok, bo nie miała pojęcia, co się właśnie działo.

- Moja chwila? - Powtórzyła jeszcze za nim. Fakt, też była panną, raczej jeszcze długo miała nią pozostać, bo raczej nie interesowało ją zamążpójście.

- Myślisz, że mogłam przegrać na starcie przez swoją niewiedzę? - Zapytała jeszcze, bo faktycznie kobiety pędem ruszyły przed siebie, jakby od tego czy znajdą się w pierwszym rzędzie miało zależeć co najmniej ich życie, ona nadal tkwiła w miejscu. - W sumie, to może, jeśli faktycznie gra jest warta świeczki? - Zadała na głos to pytanie. Powinna odpuścić, bo przecież nie wiedziała, co się właściwie działo, ale alkohol krążył jej w żyłach, powodował, że pojawiła się spontaniczność, która na co dzień raczej jej nie towarzyszyła. - Właściwie to chyba szkoda byłoby nie spróbować. - Zrobiła krok w przód, odwróciła się jeszcze na krótką chwilę. - Będziesz mi kibicować? a jak coś pójdzie nie tak, to mnie stąd wyciągniesz? - Wolała mieć pewność, że nadal pozostawali partnerami w zbrodni.




RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Benjy Fenwick - 14.10.2026

Nie miałem pojęcia, czy bardziej zaskakiwał mnie jej nagły przypływ spontaniczności, czy też fakt, że zamiast od razu doszukiwać się ukrytego podstępu w całej tej sytuacji, rzeczywiście rozważała udział w czymś, o czym nie wiedziała absolutnie nic, niemniej uznałem, że nie powinienem marnować tak rzadkiej okazji do zobaczenia Prudence Bletchley z radością podejmującej decyzję pod wpływem zwykłej ciekawości, bez uprzedniego przesłuchania samej siebie w charakterze świadka, oskarżyciela oraz sędziego. Jako jedyny w pełni świadomy obserwator stopniowego porzucania przez nią ostrożności uważałem, że miałem pełne prawo czerpać z tego pewną satysfakcję, sam zresztą też bawiłem się znacznie lepiej, niż przewidywałem, kiedy przekraczałem próg sali, na której nie powinno mnie być. Musiałem przyznać, że ta weselna swoboda miała w sobie coś odświeżającego, szczególnie w porównaniu z uroczystościami, w których zwykle uczestniczyłem, gdzie nawet niewłaściwie dobrany krawat potrafił stać się tematem rozmów.
- Popatrz na nie. - Stwierdziłem po prostu, krótko pokręciwszy głową. - Poradzisz sobie.
Niektóre otaczające nas wcześniej panny zdążyły już zająć dogodne miejsca, inne próbowały wyminąć rywalki, jak gdyby od kilku dodatkowych cali przestrzeni zależało ich powodzenie w najbliższej przyszłości, musiałem więc przyznać, że przedstawienie nabierało tempa, chociaż nadal nie wiedziałem, na czym dokładnie polegała właściwa część zabawy, więc nie zamierzałem jeszcze nic zakładać z góry. Nie miałem pojęcia, co dokładnie zamierzano zrobić z pannami, które zdecydowały się wziąć udział w tej części uroczystości, ale skoro żadna z obecnych nie wyglądała na szczególnie zaniepokojoną czekającą je perspektywą, uznałem, że ryzyko nie mogło być aż tak wielkie, chyba że weselne zwyczaje w tej części społeczeństwa obejmowały rzeczy, o których w moim „dobrym” domu woleliby nawet nie wspominać. „Zabawy” znałem z rodzinnych uroczystości, lecz w moich wspomnieniach stanowiły one raczej jeden z tych punktów programu, podczas których należało zachować odpowiedni wyraz twarzy, udawać zainteresowanie, obserwować otoczenie i jednocześnie nie dać się pochopnie wciągnąć w nic, co mogłoby później posłużyć za anegdotę przy kolejnym salonowym spotkaniu - tutaj atmosfera była jednak zupełnie inna, pozbawiona sztywności, którą pamiętałem z wesel czystokrwistych rodów, gdzie każdy gest mógł zostać zapamiętany przez ciotkę, kuzynkę, matkę, babcię lub przypadkowego obserwatora, gotowego wykorzystać go w odpowiednim momencie.
- Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz. Najwyżej zdecydujemy się ewakuować. - Uniosłem brwi, spoglądając na coraz gęstszy tłum kobiet, po czym wróciłem wzrokiem do niej, bo chociaż mogłem udzielić typowej dla siebie uszczypliwej odpowiedzi i tym samym ponownie skruszyć mur naszego sojuszu, przewidywalność nigdy nie była moim ulubionym narzędziem w rozmowach z Prue, szczególnie kiedy nadarzała się wręcz idealna sposobność, by czymś ją zaskoczyć.
- Będę stał tutaj i trzymał za ciebie kciuki. A jeśli okaże się, że zasady tego konkursu są szczególnie bezlitosne, nawet posunę się do głośnego dopingu. - Nie była to deklaracja, którą składałem lekkomyślnie, wyłącznie z powodu alkoholu płynącego mi we krwi, nawet jeśli cała nasza obecność na weselu opierała się na kłamstwie i improwizacji, w końcu od początku wieczoru stanowiliśmy całkiem zgrany duet, więc nie widziałem powodu, by miało się to zmienić akurat teraz. - Jak w Quidditchu, co nie? Nie chciałbym, żebyś kiedykolwiek miała wątpliwości, po czyjej stronie stoję. - Nieznacznie uniosłem kącik ust, jedynie odrobinę krzywiej niż powinienem, ale nie czekałem, aż zdążyła odpowiedzieć, tylko skinąłem zachęcająco głową, dając do zrozumienia, że naprawdę nie zamierzałem jej powstrzymywać - niech spróbuje - niech przekona się, co kryło się za tym całym zamieszaniem, skoro ciekawość wreszcie okazała się silniejsza od ostrożności. Sam zaś pozostałem nieco z tyłu, gotów obserwować rozwój wydarzeń i, w razie potrzeby, wkroczyć do akcji, chociaż miałem szczerą nadzieję, że Prudence nie miała dać mi okazji do demonstrowania swoich umiejętności ratowniczych przed całym weselnym towarzystwem, wystarczyło mi bowiem, że przez ten wieczór udawałem jej narzeczonego, rola wybawcy mogła już niepotrzebnie skomplikować sprawę…
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]


RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Prudence Fenwick - 16.10.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3cQcjNO.jpeg[/inny avek]

Prudence nie była sobą. No, nadal nie zachowywała się jakoś bardzo lekkomyślnie, jednak nie dało się nie zauważyć, że trochę odpuściła. Nie analizowała każdej swojej decyzji, każdego kolejnego kroku. Pozwalała się odrobinę ponieść, może dlatego, że dotarło do niej, że taka okazja szybko się nie powtórzy. Kto wie bowiem, kiedy znajdzie się na kolejnym weselu? Uważała więc, że warto było skorzystać z każdej możliwości, która się pojawiała.

Czekała na te całe oczepiny, z początku przez to, że Aloysius powiedział, że po nich będą mogli się rozejść każde w swoją stronę, później zaś dlatego, że była dość mocno zainteresowana tym, czym właściwie były. Ciekawił ją ten cały koncept, bo wcześniej nie miała szansy jeszcze zobaczyć czegoś podobnego na oczy.

Jak powiedział tak też zrobiła, popatrzyła na nie. Kobiety wydawały się być bardzo zdeterminowane, ale przede wszystkim wyglądało na to, że wiedziały, co się teraz szykuje. W przeciwieństwie do niej, a więc miały podwójną przewagę. - Patrzę i nie wiem. - Nie była pewna, czy w ogóle był jeszcze sens, aby się w to zaangażować, ale z drugiej strony, jeśli nie dzisiaj to kiedy? Zazwyczaj nie myślała w taki sposób, ale ten wieczór był inny od wszystkich.

- Naprawdę tak myślisz? - Nie wydawało jej się, że ją podpuszczał, nie zabrzmiało to w ten sposób, raczej faktycznie po prostu sugerował, że da sobie radę. Cóż, nie mogła go zawieść, czyż nie? Musiała chociaż podjąć próbę w tej nierównej walce, o której nic nie wiedziała.

- Niech będzie, tylko musisz czuwać. Jeśli mrugnę trzy razy to będzie oznaczało, że czas na ewakuację, dobra? - Musieli mieć jakiś znak, cokolwiek, żeby mogli to sobie przekazać bez słów. Mrugnięcie wydawało jej się być całkiem nieszkodliwe. O ile się na zawiesi… ale tym będzie się martwić, jeśli faktycznie dojdzie do takiej sytuacji.

- Przekonałeś się, mam nadzieję, że to nie będzie nic skomplikowanego. - Teraz to już nie było odwrotu, skoro miał jej głośno dopingować… w sumie chciała sprawdzić, czy faktycznie umie to robić, bo raczej to on był osobą, której się kibicowało. W końcu od lat grał w quidditcha, Prue nie ominęła nawet jednego jego meczu nawet kiedy ich przyjaźń przestała istnieć, być może nie krzyczała już tak na boisku jak na początku ich znajomości, ale nadal się tam pojawiała. Dlaczego? Sama nie do końca wiedziała dlaczego, a może nie chciała po prostu tego powiedzieć w głos.

- Doskonale, to idę. - Odwróciła się w końcu na pięcie, aby dołączyć do tłumu zbierających się na parkiecie kobiet. Przystanęła sobie nieco z boku, nie chciała wchodzić w tłum, chociaż najwyraźniej miało to nieco pomóc w tym, czym miały się zajmować wszystkie obecne na sali panny. Inaczej przecież nie pchałyby się tak przed siebie.

Obserwowała uważnie wodzireja, który ponownie zaczął mówić. Wspomniał o tym, że panna młoda będzie rzucała swój bukiet. Teraz nieco jej się rozjaśniło co właściwie miało się wydarzyć. Jasne, bukiet, trzeba było go złapać, tyle, że jej w sumie na tym nie zależało, jakby nie patrzeć była bardzo młoda, a mężczyzna sugerował coś o tego symbolicznym znaczeniu.

Po chwili pojawiła się przed nimi panna młoda, wyglądała kwitnąco, policzki miała różane, a na twarzy uśmiech, widać było, że cieszy się tym dniem. Być może byli właśnie na jednym z nielicznych ślubów, które brały się z miłości, kto wie.

Kobieta odwróciła się do tłumu stojących przed nią panien i zamachnęła bukietem, ten poszybował w powietrzu. Prue patrzyła jak leciał bardzo uważnie, jednak póki co nie ruszyła się do przodu.



Czy Prue przypadkiem złapie bukiet?
[roll=TakNie]


RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Benjy Fenwick - 16.10.2026

Musiałem przyznać, że obserwowanie tego procesu, jakim było pozwalanie sobie przez Prue na trochę więcej swobody niż zazwyczaj w mojej obecności, sprawiało mi niemałą przyjemność, zwłaszcza że sam również wcale nie byłem trzeźwym uosobieniem właściwego osądu względem wspólnego bawienia się z nią na weselu, na które nikt nas nie zaprosił, więc także dawałem się ponieść chwili i po prostu płynąłem z falą pijanych ludzi dookoła nas. Było w tym wszystkim coś znajomego, coś, za czym zdążyłem się stęsknić, chociaż nigdy nie przyznałbym tego na głos, ponieważ wolałem zachować pozory, że nasz obecny rozejm był zwyczajnym zrządzeniem losu, a nie czymś, na czym zaczęło mi jakkolwiek zależeć - okropne słowo, aż przesadne - i to nie dlatego, rzecz jasna, że na co dzień brakowało mi okazji do podziwiania Prudence, tylko dlatego, że zazwyczaj należało najpierw przetrwać kilka rund słownych przepychanek, aby później móc ignorować konieczność przebywania w jednym pomieszczeniu. Było mi zatem naprawdę przyjemnie, gdy tego nie robiliśmy, ale na szczęście w moim przypadku należało mówić o wieloletnim treningu w sprawianiu wrażenia niewzruszonego na jakiekolwiek czynniki zewnętrzne, nie zamierzałem też, oczywiście, wyciągać z tego żadnych daleko idących wniosków, ponieważ jeden udany wieczór nie naprawiał wszystkiego, co zdążyliśmy zepsuć przez ostatnie lata, lecz jednocześnie nie widziałem powodu, by odbierać sobie przyjemność z tego, że akurat teraz było nam ze sobą dobrze.
- Pijane, Pr–Cia, są przede wszystkim pijane. - Objaśniłem, resztę wniosków pozostawiwszy samej zainteresowanej. Na większości spędów, na których bywałem, zwykle panowała atmosfera tak napięta od wzajemnych spojrzeń, czujnych obserwacji, rodzinnych oczekiwań i subtelnych prób ustalenia, kto właśnie popełnił towarzyskie faux pas, że czasem łatwiej było mi oddychać podczas kilkugodzinnego meczu quidditcha niż przy stole zastawionym srebrną zastawą. Tutaj natomiast nikt nie interesował się tym, czy odpowiednio długo rozmawiałem z właściwą osobą, czy moja towarzyszka pasowała do nazwiska, które nosiłem, ani czy przypadkiem nie spojrzałem na kogoś w sposób, który mógłby zostać uznany za obrazę całego jego drzewa genealogicznego - mogłem jeść, pić, tańczyć oraz spędzać czas z Bletchley bez konieczności udawania, że każda z tych czynności miała jakieś szczególne znaczenie, co stanowiło luksus, którego nie zamierzałem lekkomyślnie zmarnować - kiedy więc odwróciła się w moją stronę z tym swoim pytaniem, czy naprawdę uważałem, że miała sobie poradzić, nie podpuszczałem jej. Owszem, miałem naturalną skłonność do zachęcania Prudence do rzeczy, które mogły wywołać u niej charakterystyczny błysk irytacji, ale tym razem naprawdę sądziłem, że mogła spróbować, skoro sama wykazywała zainteresowanie, nawet jeśli nie miała pojęcia, jakie zasady obowiązywały w tej konkretnej konkurencji, zawsze przecież potrafiła uczyć się przez obserwację, wychwytywać drobne szczegóły i nadrabiać brak doświadczenia spostrzegawczością, zaś skoro dotąd udało jej się przeżyć moje towarzystwo bez poważniejszych strat moralnych, kilka kobiet walczących o uwagę nie powinno stanowić szczególnie wielkiego zagrożenia.
- A czemu miałbym nie? - Odparłem, zanim zdążyła ostatecznie przekonać samą siebie, że powinna jednak wrócić do bezpiecznej pozycji obserwatorki, po czym ponownie zlustrowałem potencjalne grono rywalek mojej narzeczonej - jedna z nich zatoczyła się na bok, podtrzymana przez koleżankę, inna z uporem przesuwała się do przodu, podczas gdy jej nogi zdawały się mieć nieco odmienne zdanie na temat kierunku, w którym powinny podążać, jeszcze kilka kolejnych stało z czerwonymi, rozpromienionymi twarzami, gotowe rzucić się na bukiet z energią, której nie powstydziłby się żaden zawodnik podczas meczu o puchar.
- Dobra. Umowa stoi. Trzy mrugnięcia i ruszam ci na ratunek. - Uniosłem dwa palce, pokiwałem głową, po czym nachyliłem się nieco w stronę Prue, podnosząc głos na tyle, by usłyszała mnie ponad narastającym szmerem podekscytowanych rozmów. - Poślij je w piach.
Wodzirej znów zabrał głos, objaśniając zgromadzonym, że panna młoda zamierzała rzucić bukiet, który powinien trafić w ręce jednej z niezamężnych kobiet, co według tradycji miało zwiastować rychłe zamążpójście szczęśliwej zdobywczyni, w tej chwili wszystko stało się dla mnie znacznie bardziej zrozumiałe i nie mniej zabawne, bo skrycie tym bardziej liczyłem, iż Prudence odkryje w sobie pokłady zdrowej rywalizacji i tym samym dostarczy mi powodów do uciechy. Tylko brakowało, bym zaczął traktować nasze spotkania jak początek nowej, cudownie zgodnej epoki, niemniej musiałem przyznać, że widok Bletchley podejmującej wyzwanie wyłącznie dlatego, że miała na nie ochotę, był wart znacznie więcej niż kolejny kawałek tortu, szczególnie że ten ostatni okazał się wyjątkowo nieudany, bo paskudnie owocowy. Nie zamierzałem spuszczać mojej partnerki z oczu, zwłaszcza że sama wyraźnie liczyła na moje wsparcie, chociaż kiedy znalazła sobie miejsce nieco z boku, zrozumiałem, że jej pierwszym odruchem nadal było unikanie tłumu, nawet jeśli ciekawość ostatecznie okazała się silniejsza od niechęci do przepychania się między obcymi. Niektóre z kobiet wyglądały zresztą, jakby zamiast skupić się na nadlatującym bukiecie, musiały najpierw przypomnieć sobie, gdzie właściwie kończył się parkiet, a gdzie zaczynała się reszta sali, w tym stoły i stoliki, miałem jednak przeczucie, że w chwili, gdy panna młoda wykona rzut, cała ta chwiejna zbieranina nagle odzyska refleks godny najlepszych ścigających, choć niekoniecznie zdolność do bezpiecznego lądowania. Przez jedną krótką chwilę wszystko zdawało się rozgrywać w zwolnionym tempie, nawet jeżeli doskonale wiedziałem, że za moment bukiet miał wylądować w czyichś rękach albo na podłodze, zaś ja miałem przekonać się, czy moja narzeczona postanowiła zaufać własnemu refleksowi, czy jednak rozsądek znów wygrał z ciekawością.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tmo7cCP.jpeg[/inny avek]


RE: [07/57] Something borrowed, something blue, something I would blame on you | A.R&P.B - Prudence Fenwick - 16.10.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=3cQcjNO.jpeg[/inny avek]

Miała wrażenie, że nie tylko ona się tutaj dzisiaj dobrze bawiła. Aloysius również odpuścił, okazał się być naprawdę świetnym kompanem do zabawy, w sumie powinna o tym pamiętać, że przy nim było jakoś tak weselej. No - przynajmniej wtedy, kiedy nie próbowali się pozabijać, co ostatnio stało się ich normą. Podczas tego wieczora jednak topór wojenny został zakopany, nie dogryzali sobie, nie strzelali piorunami z oczu po prostu wykorzystywali tę okazję, która pojawiła się zupełnie przypadkowo na wspólną zabawę. Wypili nieco alkoholu, skosztowali chyba każdej słodkiej przekąski jaka znajdowała się na stole, tańczyli, tak właściwie to bardzo lekko im przyszła ta zmiana nastawienie. Nie wydawało jej się, aby on również specjalnie to analizował. Zgodzili się spędzić razem czas i okazało się to być słusznym pomysłem. Niedługo pewnie wszystko między nimi wróci do normy, a póki co warto było po prostu korzystać z tego, co miała do zaoferowania ta noc - póki trwała.

- Ach, prawda! - Odparła z entuzjazmem, najwyraźniej akurat ten czynnik zignorowała w swoich kalkulacjach, nie brała go w ogóle pod uwagę. Tutaj miała drobną przewagę, one były pijane, ona lekko wstawiona, więc nie było tak źle. Dzięki temu faktycznie mogła coś wygrać. Może jeszcze nie wiedziała co, ale to nie było istotne. Prue lubiła rywalizację, skoro już zamierzała się angażować w te całe oczepiny, to oczywiście, że chciałaby je zakończyć z sukcesem na swoim koncie.

- No nie wiem, czemu nie, ale skoro mówisz, że tak, to nie mogę Cię teraz rozczarować. - Uśmiechnęła się jeszcze do niego zupełnie szczerze. Był jedyną osobą, którą tutaj znała, mimo, że na co dzień za sobą nie przepadali to tak naprawdę był jedynym wsparciem, na które w tej chwili mogła liczyć. Zapewnił ją, że będzie jej kibicował, więc nie widziała innej opcji jak zaangażować się faktycznie w to, co miało się wydarzyć.

- Czyli plan awaryjny istnieje, teraz to w ogóle wszystko brzmi dobrze. - Jeśli coś pójdzie nie tak da mu znak i będą mogli się stąd bardzo dyskretnie ewakuować. To brzmiało jak plan, może nie do końca dopracowany, ale był. Mogła więc bez stresu ruszyć na parkiet.

Ustawiła się nieco z boku, niekoniecznie chcąc wchodzić między pijane panny, kto wie bowiem, co może strzelić im do głowy. Wyglądały, jakby faktycznie bardzo zależało im na tym, aby to one zgarnęły ten nieszczęsny bukiet, jakby naprawdę od tego mogło zależeć, czy szybko wyjdą za mąż. Co za bujda. Nie mogła jednak pokazywać swojego nastawienia do tego przedsięwzięcia, bo przecież też stała na środku tej sali, gotowa go złapać.

Z początku nie wydawała się być jakoś specjalnie zainteresowana tym całym łapaniem bukietu, gdy jednak panna młoda się zamachnęła i go podrzuciła, przypomniała sobie, co powiedział jej Aloysius - Poślij je w piach. W sumie dlaczego miałaby tego nie zrobić? Jej atutem była trzeźwość, no może nie pełna, ale alkohol tylko odrobinę szumiał jej w głowie. W końcu więc podjęła decyzję, aby nieco przesunąć się w bok, wyminąć jakąś wielką ciotkę panny młodej, która zajmowała sporo przestrzeni (tak właściwie to przemknęła tuż pod jej ramieniem), aż w końcu wyciągnęła dłonie do góry i złapała ten nieszczęsny bukiet. Uśmiechnęła się sama do siebie, gdy jej się to udało. Niestety zapomniała o tym, że znajdowali się na środku parkietu, przez co nagle wszystkie spojrzenia skierowały się na nią. Kobiety które stały wokół niej spoglądały na nią nie do końca przyjemnym wzrokiem, jakby odebrała im coś ważnego. Przełknęła głośno ślinę i próbowała znaleźć w tym tłumie Rookwooda, patrzyła na niego, aż w końcu mrugnęła trzy razy. Zdecydowanie nie chciała być w centrum zainteresowania.