16.10.2026, 19:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2026, 19:14 przez Helloise Rowle.)
— I niezamężna — zauważyła czarownica, jakby tą uwagą objaśniła Hestii wszystko, co dziewczyna winna wiedzieć o wyprawach na mugolskie targi.
Rodzina Helloise była bowiem bardzo zainteresowana tym, co wiedźma robi, w szczególności gdy obok pojawiało się słowo mugole. Potępienie korzystania z mugolskich sklepów i usług było jedną z tych rzeczy, których słuszności kobieta nigdy nie podważała. Nadmierne zbliżanie się do mugoli rodziło niebezpieczne pokusy i nie chodziło wyłącznie o złe romanse. Chodziło o niebezpieczeństwo zasymilowania całości ich stylów życia tak drastycznie oddalających od natury.
Jednego dnia Hestia będzie kupowała jeansy na Petticoat Lane Market, a drugiego dnia zapragnie zainstalować w domu kablówkę. Rzeczy potrafiły eskalować szybko.
— Nie musisz pić, słonko, skoro nie chcesz — zapewniła łagodnie czarownica, nie dociskając więcej swojego gościa.
Nie był to problem, lecz Helloise wolałaby Hestię widzieć zrelaksowaną i ufną. Młoda brygadzistka wydawała się tak pospinana i nerwowa, a przecież nie było po temu najmniejszych powodów.
— Pierwszy rok? Aż tak nisko zaczniemy? — zdziwiła się wiedźma, lecz zaraz wymazała owo zdziwienie subtelnym uśmiechem. Nie była tu, aby oceniać obecny stan wiedzy Bletchley. Liczyły się jej chęci. — Nie marnujmy zatem czasu na czcze gadanie. Jako pierwszy przygotujesz eliksir siły.
Helloise dopiła wino, po czym przeszła pod drzwi niewielkiej spiżarenki i otwarła jej drewniane wrota. W środku na podniszonych regałach stała moc słoiczków, woreczków i torebek pełnych substancji różnych konsystencji, barw i zapachów. Zza szkieł spoglądały na brygadzistkę zakonserwowane ropusze oczy, lśniły szczelnie zakręcone flakony z jadami, w zakurzonym kącie szafy czekały ususzone skrzydełka muszek. Czarownica przesunęła kilka słojów, nucąc pod nosem kowenową pieśń. Wybrała ze swoich zasobów pojemnik białego proszku oraz słoiczek wypełniony wężowymi kłami. Uniosła go do światła; zęby zagrzechotały, gdy kobieta potrząsnęła nimi lekko.
— Będziemy potrzebowały również zębatego geranium. Myślisz, że będziesz umiała je rozpoznać sama? — Helloise odwróciła się na Hestię, wyczekując odpowiedzi. Niezależnie od tego, jaka ona była, czarownica zapewniła: — Sprawdzimy.
Trzykrotnie zastukała piętą o podłogę. Dom opadł gwałtownie w dół, gdy kurza stopa przyklękła do ziemi. Wiedźma powiodła Bletchley korytarzem w głąb chaty, do tylnych drzwi, które wychodziły na podwórze, a następnie wprowadziła ją do swojej szklarni. Z zewnątrz niepozorna, wewnątrz kryła bogactwo gatunków magicznych roślin, które upodabniały miejsce do miniaturowego magicznego lasu. Szklarnia zdawała się żywa. Wiły się po ziemi pnącza magicznych roślin, inne rozdziawiały roślinne szczęki pełne zębów (a było wśród nich i owo poszukiwane geranium). Dziwaczne bulwy pulsowały w donicach. Głębokie mroki roślinnej puszczy rozjaśniały fluorescencyjne kwiaty. Helloise wmaszerowała tam płynnym krokiem i czule przyglądała się swoim podopiecznym. Tu i tam palcem zbadała glebę czy odchyliła listek, aby sprawdzić, czy radzi on sobie z chorobą, a łamały jej serce choroby roślin. Mimo że trwał październik, magiczna szklarnia miała własny, zaklęty klimat, który pozwalał na hodowanie roślin sezonowych przez cały rok.
— I cóż? Czy widzisz zębate geranium? — zapytała po dłużej chwili obchodu wiedźma, jakby wybudzona z hipnotycznego snu. Wkroczywszy do swojego królestwa, zapomniała, że ma towarzystwo.
Rodzina Helloise była bowiem bardzo zainteresowana tym, co wiedźma robi, w szczególności gdy obok pojawiało się słowo mugole. Potępienie korzystania z mugolskich sklepów i usług było jedną z tych rzeczy, których słuszności kobieta nigdy nie podważała. Nadmierne zbliżanie się do mugoli rodziło niebezpieczne pokusy i nie chodziło wyłącznie o złe romanse. Chodziło o niebezpieczeństwo zasymilowania całości ich stylów życia tak drastycznie oddalających od natury.
Jednego dnia Hestia będzie kupowała jeansy na Petticoat Lane Market, a drugiego dnia zapragnie zainstalować w domu kablówkę. Rzeczy potrafiły eskalować szybko.
— Nie musisz pić, słonko, skoro nie chcesz — zapewniła łagodnie czarownica, nie dociskając więcej swojego gościa.
Nie był to problem, lecz Helloise wolałaby Hestię widzieć zrelaksowaną i ufną. Młoda brygadzistka wydawała się tak pospinana i nerwowa, a przecież nie było po temu najmniejszych powodów.
— Pierwszy rok? Aż tak nisko zaczniemy? — zdziwiła się wiedźma, lecz zaraz wymazała owo zdziwienie subtelnym uśmiechem. Nie była tu, aby oceniać obecny stan wiedzy Bletchley. Liczyły się jej chęci. — Nie marnujmy zatem czasu na czcze gadanie. Jako pierwszy przygotujesz eliksir siły.
Helloise dopiła wino, po czym przeszła pod drzwi niewielkiej spiżarenki i otwarła jej drewniane wrota. W środku na podniszonych regałach stała moc słoiczków, woreczków i torebek pełnych substancji różnych konsystencji, barw i zapachów. Zza szkieł spoglądały na brygadzistkę zakonserwowane ropusze oczy, lśniły szczelnie zakręcone flakony z jadami, w zakurzonym kącie szafy czekały ususzone skrzydełka muszek. Czarownica przesunęła kilka słojów, nucąc pod nosem kowenową pieśń. Wybrała ze swoich zasobów pojemnik białego proszku oraz słoiczek wypełniony wężowymi kłami. Uniosła go do światła; zęby zagrzechotały, gdy kobieta potrząsnęła nimi lekko.
— Będziemy potrzebowały również zębatego geranium. Myślisz, że będziesz umiała je rozpoznać sama? — Helloise odwróciła się na Hestię, wyczekując odpowiedzi. Niezależnie od tego, jaka ona była, czarownica zapewniła: — Sprawdzimy.
Trzykrotnie zastukała piętą o podłogę. Dom opadł gwałtownie w dół, gdy kurza stopa przyklękła do ziemi. Wiedźma powiodła Bletchley korytarzem w głąb chaty, do tylnych drzwi, które wychodziły na podwórze, a następnie wprowadziła ją do swojej szklarni. Z zewnątrz niepozorna, wewnątrz kryła bogactwo gatunków magicznych roślin, które upodabniały miejsce do miniaturowego magicznego lasu. Szklarnia zdawała się żywa. Wiły się po ziemi pnącza magicznych roślin, inne rozdziawiały roślinne szczęki pełne zębów (a było wśród nich i owo poszukiwane geranium). Dziwaczne bulwy pulsowały w donicach. Głębokie mroki roślinnej puszczy rozjaśniały fluorescencyjne kwiaty. Helloise wmaszerowała tam płynnym krokiem i czule przyglądała się swoim podopiecznym. Tu i tam palcem zbadała glebę czy odchyliła listek, aby sprawdzić, czy radzi on sobie z chorobą, a łamały jej serce choroby roślin. Mimo że trwał październik, magiczna szklarnia miała własny, zaklęty klimat, który pozwalał na hodowanie roślin sezonowych przez cały rok.
— I cóż? Czy widzisz zębate geranium? — zapytała po dłużej chwili obchodu wiedźma, jakby wybudzona z hipnotycznego snu. Wkroczywszy do swojego królestwa, zapomniała, że ma towarzystwo.
dotknij trawy