Secrets of London
[16.10.1972] Choinka to taki gatunek drzewa? | Hestia & Helloise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [16.10.1972] Choinka to taki gatunek drzewa? | Hestia & Helloise (/showthread.php?tid=6427)



[16.10.1972] Choinka to taki gatunek drzewa? | Hestia & Helloise - Hestia Bletchley - 15.09.2026

Hestia miała pewną refleksję, że przychodzenie do obcych kobiet, które mieszkały na skraju Kniei, aby uczyć się przyrody nie brzmiało, jak coś szczególnie rozsądnego. Albo nie, inaczej: Brzmiało jak coś z potencjałem na bycie nierozsądnym.

Szybko jednak załapała kto mieszkał w zaznaczonym na mapie domku i na ile kojarzyła Helloise to nie przypominała sobie, aby czarownica, nawet jeśli wydawała jej się nieco ekscentryczna, zrobiła komukolwiek krzywdę. Postanowiła więc zaryzykować, bo… No cóż… Jeśli miała pracować w specjalnej jednostce do polowania na Śmierciożerców to wypadałoby, aby coś tam jednak wiedziała o eliksirach.

Pewnego październikowego popołudnia po pracy Hestia po prostu przyszła we wskazane miejsce, zgrabnie pokonała prowizoryczne ogrodzenie, ostrożnie przeprawiła się przez morze polnych roślin i wreszcie zapukała do drzwi osobliwego domku.
– Halo? Pani Helloise? To ja. Hestia Bletchley. Z tego ogłoszenia – Rozejrzała się niepewnie po otoczeniu. Czarownica powiedziała w liście, że mogła przyjść o każdej porze. Co jeśli jednak akurat wybrała moment, w której nie było jej w domu? I czy była ubrana odpowiednio? Zerknęła na swój strój. Mugolskie jeansy, kolorowa bluzka w paski i zwykły brązowy płaszcz z wyszywanymi kwiatami na rękawach. Zanim tu przyszła nic sobie z tego ubioru nie robiła, ale teraz gdy tak stała pod drzwiami, młoda Bletchley zaczęła się zastanawiać, czy jej przyszła nauczycielka nie doceniłaby bardziej klasycznego stroju. Lub takiego bardziej związanego z przyrodą. – Tak jak pisałam, chciałabym się podszkolić w wiedzy przyrodnicznej. Wie pani, eliksiry i inne rośliny… – Płytki jej paznokci poczerwieniały z zażenowania. – Nie, że eliksiry to rośliny. Wiem, że nie. Ja tylko… Tak głupio powiedziałam, przepraszam.


RE: [16.10.1972] Choinka to taki gatunek drzewa? | Hestia & Helloise - Helloise Rowle - 18.09.2026

Helloise miała na myśli każde słowo, które przed paru tygodniami napisała w liście do Hestii. Prawdziwie pragnęła dzielić się pięknem przyrody z każdym, kto zechciał jej słuchać. Każdy powinien móc odnaleźć w sobie te zachwyty, a jeśli nie potrafił sam, dobrym uczynkiem było mu dopomóc. Sama czarownica zachwytów nad naturą doświadczała na każdym kroku. Umieranie przyrody wzruszało ją w równym stopniu, co jej odrodzenie. W tym czasie rozmakały na dzikich ścieżynach uschłe liście, tworząc miękkie, grząskie dywany, po których przyjemnością było przechadzać się w chłodniejące dni. Wiatr pachniał jesienią, ludzie cieszyli się ostatnim plonem przed nastaniem zimy — i bardziej Helloise ceniła te ostatki niż najsłodszy, soczysty letni owoc. Cieszyła się światem wokół, mimo że tak rozległe jego połacie pokrywała spalona ziemia i popioły. Smuciła się nad tym, co stracone podczas pożarów, a jednocześnie z ekscytacją wypatrywała tego, co wyrośnie tam w przyszłości.
To były dobre dni. Dobre, gdy Helloise zestawiała je z tym, co wcześniej, i z tym, co miało nadejść potem. Tych kilka dni zapamiętała jako spokojne, a przynajmniej relatywnie spokojne, bo wciąż nękał ją w domu pradawny demon, a z okna widziała las zajęty złowrogą obecnością widm. Perspektywa — to perspektywa czyniła owe dni spokojnymi.
Gdy więc zjawiła się w progach chaty na kurzej nodze Hestia, gospodyni była w dobrym nastroju. Drzwi ze skrzypnięciem otworzyły się przed młodą adeptką sztuk, dopuszczając ją do ciepłego wnętrza o zaparowanych oknach. Ogień trzaskał na palenisku zastawionym kilkoma kociołkami, nad którymi pochylała się wiedźma. Ubrana była, jak na czarownicę przystało: w obszerne szaty w ziemistych kolorach.
Drzwi zamknęły się za panną Bletchley, a Helloise odwróciła się przez ramię i obrzuciła gościa spojrzeniem. Jej brwi uniosły się lekko w wyrazie zdumienia, gdy ujrzała dziwaczny strój dziewczyny.
— Ależ co ty masz na sobie? Czy to jakieś mugolskie szkaradztwo? — dopytała, bardziej zdziwiona niż oburzona. — Ale tak, już cię pamiętam. Wejdź, wejdź. — Skinęła na Hestię dłonią, zachęcając, aby ta rozgościła się w środku.
Czarownica niespiesznie upewniła się, że w kotłach wszystko gra, i wtedy dopiero oddała uczennicy pełnię swojej uwagi.
— Nie przejmuj się, jeśli poczujesz się obserwowana. W domu mieszka tymczasowo pradawna, zła moc. Nie powinna ci przeszkadzać, jeśli nie będziesz jej zaczepiać — westchnęła niezadowolona wiedźma. Obracając w palcach smoczy kieł zawieszony na szyi jako wisiorek, rozejrzała się po kątach za wspomnianą przeciwniczką. Ta jednak jak zawsze pozostawała ukryta. Wobec tego ospała w ruchach Helloise, pogrążona w jakichś tajemniczych rozmyślaniach, sięgnęła do szafki po dodatkową czarkę, aby swojego gościa odpowiednio podjąć. — Jesteś wystarczająco duża. — Trudno było ocenić, czy pyta, czy stwierdza, ale na stole stało zaoferowane Bletchley wino, które przed jej przyjściem czarownica sączyła sama. Obok niego dostępne były również w miseczkach jabłka, gruszki i różne rodzaje orzechów. — Nie przepraszaj mnie za nic. Musisz mi powiedzieć, czego potrzebujesz się nauczyć, albo zdecyduję o tym za ciebie — pouczyła nie na żarty mistrzyni eliksirów.


RE: [16.10.1972] Choinka to taki gatunek drzewa? | Hestia & Helloise - Hestia Bletchley - 30.09.2026

A więc jednak Hestia nie była ubrana odpowiednia.
– Ja… Eee… To? To są spodnie. Oh, ale to pani wie. Spodnie pewnie są z nami od czasów antycznych. To znaczy eee nie, to to co mam na sobie to Petticoat Lane Market – wymamrotała, a jako że pytanie czarownicy tylko dołożyło ognia odczuwanej przez Hestię niezręczności, paznokcie młodej czarownicy zabarwiły się na szkarlatny kolor. Bletchley szybko schowała dłonie do kieszeni jeansów. Potem jednak jeszcze szybciej je wyjęła, mamrocząc pod nosem przepraszam. Nie chciała przecież wyjść na niegrzeczną. Weszła do środka. – To znaczy kupiłam je w Londynie. Na mugolskim targu. Było też kilka takich rzeczy bardziej w eee… Pani stylu?
Miała dziwne wrażenie, że chyba powinna przestać rozmawiać o swoim stroju. Zwłaszcza, że najwyraźniej miała na sobie coś znacznie bardziej niepokojącego niż jeansy. To znaczy spojrzenie prawdawnej istoty.
– Co tutaj zamieszkuje? – spytała, jakby w nadziei, że się przesłyszała. – Dlaczego? Zgłaszała to pani do Ministerstwa? Może da się coś tym zrobić? I jak… Co mam robić, aby jej nie zaczepić? – Spróbowała rozejrzeć się dyskretnie po otoczeniu, ale jak się można było spodziewać nigdzie nie zauważyła żadnego mrocznego cienia, czy wgapionych w nią mrocznych ślepi. Dostała zamiast tego czarkę i chyba została poczęstowana winem, ale na razie nie skorzystała z oferty, a zamiast tego zrobiła tylko kilka kroków w stronę stołu.
– Tak oczywiście, tak naprawdę to chciałabym tylko podszkolić się z eliksirów i może rozpoznawania roślin? Tak, by mieć wiedzę przeciętnego czarodzieja, który miał w Hogwarcie nieco bardziej przyzwoite oceny, niż ja. Wie pani jak to jest. Miłoby było mieć pewność, czy podejrzany ma przy sobie zioła halucynogenne, czy zwykłe liście na herbatę.


RE: [16.10.1972] Choinka to taki gatunek drzewa? | Hestia & Helloise - Helloise Rowle - 30.09.2026

Helloise również miała przecież spodnie. Całą jedną parę czarnych, wygodnych spodni materiałowych do prac, których w spódnicy nie sposób byłoby się podjąć. Znoszone już były i połatane, mimo że z rzadka widywały światło dzienne. To ich wiek robił swoje — były to bowiem spodnie, których Helloise używała jeszcze w nastoletniości do treningów latania na miotle. Przyjechały z nią do Doliny w kufrze zabranym ze Snowdonii. Poza tym spodnie czarownica pozostawiała mężczyznom.
Gdy Hestia wypowiedziała słowa: Petticoat Lane Market, Helloise popatrzyła na nią, jakby młoda adeptka sztuk rzucała zaklęcia w obcym języku. W oczach wiedźmy mieszała się szczypta podejrzliwości z głębokim niezrozumieniem. Zaraz jednak źródło nieznanej klątwy zostało objaśnione: mugolski targ.
— Rodzice cię puszczają w takie miejsca? — zapytała Helloise, ubierając swoje oburzenie w słowa słodkiego niepokoju o młodą duszę. — Nie przepraszaj.
Lecz mimo obrzydłych mugolskich wpływów, Hestia musiała być czarownicą z dziada pradziada. Nie mogło być o tym pomyłki, skoro jej palce rumieniły się, zdradzając genetykę. Ta manifestacja metamorfomagii przywołała nikły uśmiech na usta Helloise.
— Ależ nie wiem, dlaczego ona tu jest — odparła czarownica, wzruszywszy lekko ramionami. — Po co mi zgłaszać cokolwiek? Tylu zgłaszało widma — tęsknie wyjrzała przez okno na Knieję — i są, jak i były, mimo że Ministerstwo czuwa tu dzień i noc. Ten tu zalęgły byt zażądał, aby go nie podglądać, pod groźbą wyjęcia wróżbitce oczu. O ile nie zamierzasz wypędzać go, powinnaś zatem być bezpieczna. Uaktywnia się, gdy śpię. — Czarownica dolała sobie wina o podejrzanie gorzkawym posmaku. — Nie krępuj się. — Wskazała Bletchley butelkę.
Ruchy Helloise były ospałe, lecz pod tą warstwą sennej powolności czaiło się spojrzenie niepasująco bystrych oczu. Czarownica nawet w kuchni otaczała się roślinami: zarówno tymi doniczkowymi o soczyście zielonych liściach, jak i ususzonymi kiściami ziół, aby zawsze były pod ręką. Panował tu ogólny nieład, czego dopełniał wróbelek skaczący po blacie za plecami gospodyni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.
— Hogwart — powtórzyła z niesmakiem. — Czego więc was tam uczą? — Helloise nigdy szkoły nie skończyła i całkiem była z tego zadowolona. Z chęcią kreowała wrażenie, jakoby nigdy jej nawet nie widziała. — Antidota na trucizny? Eliksir wiggenowy? Podstawowe lecznicze? Mam świeże składniki na eliksir chroniący od ognia. Krew prawdziwej, dzikiej salamandry. Nie to, co w barbarzyńskich warunkach hodują w terrariach w Londynie na handel. — Helloise sama te salamandry ganiała i zbierała po górach Snowdonii, sama je zabiła i sama spuszczała krew.
Uwagę o ziołach halucynogennych pozostawiła bez komentarza. Na razie. Jak to policeman przeszukuje mnie? Przecież mam prawo nosić to, co chcę. To, co moje, jest moje, co jara mnie…


RE: [16.10.1972] Choinka to taki gatunek drzewa? | Hestia & Helloise - Hestia Bletchley - 07.10.2026

– Jestem dorosła? – spytała nie do końca rozumiejąc o co chodziło Helloise. Czemu mieliby nie puszczać jej na targ odzieżowy? Przecież o ile się orientowała nie było to miejsce ulicznego nieporządku, a kupowanie jeansów w tamtym miejscu nie zwiększało jej szans na przedwczesną śmierć. – Oczywiście, prze… Oczywiście.
Jak to było, że za każdym razem gdy ktoś mówił jej aby nie przepraszała, jej pierwszym odruchem było właśnie przepraszanie? Paradoks warty studiowania przez akademików zajmujących się skomplikowanymi dziedzinami wiedzy, które zapewne w niej samej wywołałyby bóle głowy.
– Ah no tak – wymamrotała nieprzekonana, ale bardzo szybko postanowiła, że nie będzie nawet w najmniejszym stopniu nękać dzikiego lokatora czarownicy. Co prawda mieszkania z czymś takim nie brzmiało bezpiecznie, ale Helloise chyba miała wszystko pod kontrolą. Zerknęła na wino i pokręciła głową z przepraszającym uśmiechem na ustach.
– Przep… Chyba wolałabym nie pić na razie alkoholu. Jeśli to nie problem.
Usiadła przy stole i zastanowiła się przez chwilę nad kolejną odpowiedzią.
– W Hogwarcie? Dużo rzeczy. Zależy od przedmiotu oczywiście – odpowiedziała na pytanie, uznając że na razie nie będzie się zastanawiała, jak to się stało, że Helloise nie wiedziała czego uczą w szkole. Może uczyła się w domu? Może… Zaraz. Przecież miała się nad tym nie zastanawiać. – Pamiętam, że na pierwszym roku uczyliśmy się prostych eliksirów. Na przykład na porost włosów. O, a na zielarstwie było coś o mandragorach.


RE: [16.10.1972] Choinka to taki gatunek drzewa? | Hestia & Helloise - Helloise Rowle - 16.10.2026

— I niezamężna — zauważyła czarownica, jakby tą uwagą objaśniła Hestii wszystko, co dziewczyna winna wiedzieć o wyprawach na mugolskie targi.
Rodzina Helloise była bowiem bardzo zainteresowana tym, co wiedźma robi, w szczególności gdy obok pojawiało się słowo mugole. Potępienie korzystania z mugolskich sklepów i usług było jedną z tych rzeczy, których słuszności kobieta nigdy nie podważała. Nadmierne zbliżanie się do mugoli rodziło niebezpieczne pokusy i nie chodziło wyłącznie o złe romanse. Chodziło o niebezpieczeństwo zasymilowania całości ich stylów życia tak drastycznie oddalających od natury.
Jednego dnia Hestia będzie kupowała jeansy na Petticoat Lane Market, a drugiego dnia zapragnie zainstalować w domu kablówkę. Rzeczy potrafiły eskalować szybko.
— Nie musisz pić, słonko, skoro nie chcesz — zapewniła łagodnie czarownica, nie dociskając więcej swojego gościa.
Nie był to problem, lecz Helloise wolałaby Hestię widzieć zrelaksowaną i ufną. Młoda brygadzistka wydawała się tak pospinana i nerwowa, a przecież nie było po temu najmniejszych powodów.
— Pierwszy rok? Aż tak nisko zaczniemy? — zdziwiła się wiedźma, lecz zaraz wymazała owo zdziwienie subtelnym uśmiechem. Nie była tu, aby oceniać obecny stan wiedzy Bletchley. Liczyły się jej chęci. — Nie marnujmy zatem czasu na czcze gadanie. Jako pierwszy przygotujesz eliksir siły.
Helloise dopiła wino, po czym przeszła pod drzwi niewielkiej spiżarenki i otwarła jej drewniane wrota. W środku na podniszonych regałach stała moc słoiczków, woreczków i torebek pełnych substancji różnych konsystencji, barw i zapachów. Zza szkieł spoglądały na brygadzistkę zakonserwowane ropusze oczy, lśniły szczelnie zakręcone flakony z jadami, w zakurzonym kącie szafy czekały ususzone skrzydełka muszek. Czarownica przesunęła kilka słojów, nucąc pod nosem kowenową pieśń. Wybrała ze swoich zasobów pojemnik białego proszku oraz słoiczek wypełniony wężowymi kłami. Uniosła go do światła; zęby zagrzechotały, gdy kobieta potrząsnęła nimi lekko.
— Będziemy potrzebowały również zębatego geranium. Myślisz, że będziesz umiała je rozpoznać sama? — Helloise odwróciła się na Hestię, wyczekując odpowiedzi. Niezależnie od tego, jaka ona była, czarownica zapewniła: — Sprawdzimy.
Trzykrotnie zastukała piętą o podłogę. Dom opadł gwałtownie w dół, gdy kurza stopa przyklękła do ziemi. Wiedźma powiodła Bletchley korytarzem w głąb chaty, do tylnych drzwi, które wychodziły na podwórze, a następnie wprowadziła ją do swojej szklarni. Z zewnątrz niepozorna, wewnątrz kryła bogactwo gatunków magicznych roślin, które upodabniały miejsce do miniaturowego magicznego lasu. Szklarnia zdawała się żywa. Wiły się po ziemi pnącza magicznych roślin, inne rozdziawiały roślinne szczęki pełne zębów (a było wśród nich i owo poszukiwane geranium). Dziwaczne bulwy pulsowały w donicach. Głębokie mroki roślinnej puszczy rozjaśniały fluorescencyjne kwiaty. Helloise wmaszerowała tam płynnym krokiem i czule przyglądała się swoim podopiecznym. Tu i tam palcem zbadała glebę czy odchyliła listek, aby sprawdzić, czy radzi on sobie z chorobą, a łamały jej serce choroby roślin. Mimo że trwał październik, magiczna szklarnia miała własny, zaklęty klimat, który pozwalał na hodowanie roślin sezonowych przez cały rok.
— I cóż? Czy widzisz zębate geranium? — zapytała po dłużej chwili obchodu wiedźma, jakby wybudzona z hipnotycznego snu. Wkroczywszy do swojego królestwa, zapomniała, że ma towarzystwo.