13.10.2026, 19:06 ✶
Drzwi sklepu ustąpiły pod naporem mojej dłoni, wydając z siebie przeciągły, nieprzyjemny zgrzyt, który kazał mi ukradkowo spojrzeć na zawiasy, odwracając wzrok już z podejrzeniem, że przy następnym otwarciu mogły zwyczajnie odmówić współpracy, co zresztą nie byłoby szczególnie zaskakujące, biorąc pod uwagę stan całego budynku. W powietrzu unosił się ciężar minionych wydarzeń, widoczny w przygaszonej, znacznie bardziej ponurej atmosferze na ulicy i w nieobecności zwyczajnego ruchu, którego można było spodziewać się o tej porze dnia, nie trzeba było zresztą szczególnej spostrzegawczości, żeby dostrzec braki na witrynach, puste miejsca po produktach, których nikt nie zdążył uzupełnić oraz kilka prowizorycznych napraw świadczących o tym, że niektóre sklepy oberwały rykoszetem przy pożarach stolicy, nawet jeśli sam ogień nie dotarł bezpośrednio do ich wnętrza.
Przepuściwszy Prudence w przejściu, wszedłem za nią do środka, pozwalając, by moje oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku, zanim rozejrzałem się po pomieszczeniu, którego wystrój pamiętałem w znacznie, ale to znacznie lepszej kondycji, przede wszystkim dostrzegalnie świadczącej o tym, iż prowadził go ktoś, komu zależało na utrzymaniu klientów - nie skwitowałem tego ani gestem, ani tym bardziej słowem, ograniczyłem się do krótkiego omiecenia wnętrza spojrzeniem, nie zamierzając chwilowo komentować sytuacji, która mówiła sama za siebie - zazwyczaj sklep prezentował się całkiem przyzwoicie, półki uginały się pod ciężarem towaru, przy ladzie nie brakowało drobiazgów, które można było dorzucić do zakupów, zaś właściciele i pracownicy dbali o to, by wszystko znajdowało się na swoim miejscu, jednak obecnie trudno było mówić o podobnym porządku, skoro spora część regałów świeciła pustkami, niektóre produkty leżały w przypadkowych miejscach, zaś za pustym kontuarem bez widocznego sprzedawcy panował bałagan świadczący o tym, że prawdopodobnie nikt nie miał ostatnio ani czasu, ani szczególnej ochoty, aby doprowadzić to miejsce do stanu, w jakim powinno było się znajdować.
Nie znałem sytuacji na tyle dobrze, żeby oceniać, czy chodziło o straty materialne, ludzkie, problemy z dostawcami, czy może o zwyczajne zmęczenie tym, co wydarzyło się w ostatnim czasie, ale widok wystarczył, bym zrezygnował z ewentualnych narzekań, zwłaszcza że nie przyszliśmy tutaj podziwiać wystroju ani szukać powodów do rozmowy o kondycji lokalnego handlu - musieliśmy zaopatrzyć się w coś do picia, więc ruszyłem w stronę najbliższych regałów, wsuwając dłonie do kieszeni i przyglądając się temu, co jeszcze pozostało w ofercie, choć wybór nie zapowiadał się szczególnie imponująco.
- Na co masz ochotę? - Spytałem moją zamyśloną dziewczynę, gdy ostatecznie zatrzymałem się przed regałem z napojami, opierając jedną dłoń na jego krawędzi, po czym sięgnąłem po pierwszą z brzegu butelkę, obracając ją w palcach, żeby odczytać etykietę, ponieważ po moich doświadczeniach z kaktusowym szamponem nawet w tak prozaicznej sprawie wolałem wiedzieć, co właściwie zamierzaliśmy kupić, zamiast zdawać się na przypadek i później odkryć, że zabraliśmy ze sobą coś, czego żadne z nas nie miało ochoty wypić - ten dzień już bez tego stał się… Dziwaczny, nie w tym starym, dobrym sensie.
!Strach przed imieniem
Przepuściwszy Prudence w przejściu, wszedłem za nią do środka, pozwalając, by moje oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku, zanim rozejrzałem się po pomieszczeniu, którego wystrój pamiętałem w znacznie, ale to znacznie lepszej kondycji, przede wszystkim dostrzegalnie świadczącej o tym, iż prowadził go ktoś, komu zależało na utrzymaniu klientów - nie skwitowałem tego ani gestem, ani tym bardziej słowem, ograniczyłem się do krótkiego omiecenia wnętrza spojrzeniem, nie zamierzając chwilowo komentować sytuacji, która mówiła sama za siebie - zazwyczaj sklep prezentował się całkiem przyzwoicie, półki uginały się pod ciężarem towaru, przy ladzie nie brakowało drobiazgów, które można było dorzucić do zakupów, zaś właściciele i pracownicy dbali o to, by wszystko znajdowało się na swoim miejscu, jednak obecnie trudno było mówić o podobnym porządku, skoro spora część regałów świeciła pustkami, niektóre produkty leżały w przypadkowych miejscach, zaś za pustym kontuarem bez widocznego sprzedawcy panował bałagan świadczący o tym, że prawdopodobnie nikt nie miał ostatnio ani czasu, ani szczególnej ochoty, aby doprowadzić to miejsce do stanu, w jakim powinno było się znajdować.
Nie znałem sytuacji na tyle dobrze, żeby oceniać, czy chodziło o straty materialne, ludzkie, problemy z dostawcami, czy może o zwyczajne zmęczenie tym, co wydarzyło się w ostatnim czasie, ale widok wystarczył, bym zrezygnował z ewentualnych narzekań, zwłaszcza że nie przyszliśmy tutaj podziwiać wystroju ani szukać powodów do rozmowy o kondycji lokalnego handlu - musieliśmy zaopatrzyć się w coś do picia, więc ruszyłem w stronę najbliższych regałów, wsuwając dłonie do kieszeni i przyglądając się temu, co jeszcze pozostało w ofercie, choć wybór nie zapowiadał się szczególnie imponująco.
- Na co masz ochotę? - Spytałem moją zamyśloną dziewczynę, gdy ostatecznie zatrzymałem się przed regałem z napojami, opierając jedną dłoń na jego krawędzi, po czym sięgnąłem po pierwszą z brzegu butelkę, obracając ją w palcach, żeby odczytać etykietę, ponieważ po moich doświadczeniach z kaktusowym szamponem nawet w tak prozaicznej sprawie wolałem wiedzieć, co właściwie zamierzaliśmy kupić, zamiast zdawać się na przypadek i później odkryć, że zabraliśmy ze sobą coś, czego żadne z nas nie miało ochoty wypić - ten dzień już bez tego stał się… Dziwaczny, nie w tym starym, dobrym sensie.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)