Secrets of London
[17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=6513)

Strony: 1 2


[17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 13.10.2026

Drzwi sklepu ustąpiły pod naporem mojej dłoni, wydając z siebie przeciągły, nieprzyjemny zgrzyt, który kazał mi ukradkowo spojrzeć na zawiasy, odwracając wzrok już z podejrzeniem, że przy następnym otwarciu mogły zwyczajnie odmówić współpracy, co zresztą nie byłoby szczególnie zaskakujące, biorąc pod uwagę stan całego budynku. W powietrzu unosił się ciężar minionych wydarzeń, widoczny w przygaszonej, znacznie bardziej ponurej atmosferze na ulicy i w nieobecności zwyczajnego ruchu, którego można było spodziewać się o tej porze dnia, nie trzeba było zresztą szczególnej spostrzegawczości, żeby dostrzec braki na witrynach, puste miejsca po produktach, których nikt nie zdążył uzupełnić oraz kilka prowizorycznych napraw świadczących o tym, że niektóre sklepy oberwały rykoszetem przy pożarach stolicy, nawet jeśli sam ogień nie dotarł bezpośrednio do ich wnętrza.
Przepuściwszy Prudence w przejściu, wszedłem za nią do środka, pozwalając, by moje oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku, zanim rozejrzałem się po pomieszczeniu, którego wystrój pamiętałem w znacznie, ale to znacznie lepszej kondycji, przede wszystkim dostrzegalnie świadczącej o tym, iż prowadził go ktoś, komu zależało na utrzymaniu klientów - nie skwitowałem tego ani gestem, ani tym bardziej słowem, ograniczyłem się do krótkiego omiecenia wnętrza spojrzeniem, nie zamierzając chwilowo komentować sytuacji, która mówiła sama za siebie - zazwyczaj sklep prezentował się całkiem przyzwoicie, półki uginały się pod ciężarem towaru, przy ladzie nie brakowało drobiazgów, które można było dorzucić do zakupów, zaś właściciele i pracownicy dbali o to, by wszystko znajdowało się na swoim miejscu, jednak obecnie trudno było mówić o podobnym porządku, skoro spora część regałów świeciła pustkami, niektóre produkty leżały w przypadkowych miejscach, zaś za pustym kontuarem bez widocznego sprzedawcy panował bałagan świadczący o tym, że prawdopodobnie nikt nie miał ostatnio ani czasu, ani szczególnej ochoty, aby doprowadzić to miejsce do stanu, w jakim powinno było się znajdować.
Nie znałem sytuacji na tyle dobrze, żeby oceniać, czy chodziło o straty materialne, ludzkie, problemy z dostawcami, czy może o zwyczajne zmęczenie tym, co wydarzyło się w ostatnim czasie, ale widok wystarczył, bym zrezygnował z ewentualnych narzekań, zwłaszcza że nie przyszliśmy tutaj podziwiać wystroju ani szukać powodów do rozmowy o kondycji lokalnego handlu - musieliśmy zaopatrzyć się w coś do picia, więc ruszyłem w stronę najbliższych regałów, wsuwając dłonie do kieszeni i przyglądając się temu, co jeszcze pozostało w ofercie, choć wybór nie zapowiadał się szczególnie imponująco.
- Na co masz ochotę? - Spytałem moją zamyśloną dziewczynę, gdy ostatecznie zatrzymałem się przed regałem z napojami, opierając jedną dłoń na jego krawędzi, po czym sięgnąłem po pierwszą z brzegu butelkę, obracając ją w palcach, żeby odczytać etykietę, ponieważ po moich doświadczeniach z kaktusowym szamponem nawet w tak prozaicznej sprawie wolałem wiedzieć, co właściwie zamierzaliśmy kupić, zamiast zdawać się na przypadek i później odkryć, że zabraliśmy ze sobą coś, czego żadne z nas nie miało ochoty wypić - ten dzień już bez tego stał się… Dziwaczny, nie w tym starym, dobrym sensie.

!Strach przed imieniem


RE: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Pan Losu - 13.10.2026

Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.


RE: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 13.10.2026

Sklep. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak czuła się trochę obco kiedy weszła do środka. Miejsce nie wyglądało najlepiej, tak właściwie cała okolica ledwie się trzymała. Każdy robił co mógł, aby jakoś wrócić do normalności. Nie miała pojęcia, jak wyglądała aktualnie ich normalność. Czy miał im kto dostarczyć towar, czy mieli pieniądze, jak bardzo ich życie się zmieniło przez tę jedną, okrutną noc. Półki nie uginały się od towaru, jak kiedyś miały w zwyczaju, wręcz przeciwnie, raczej trudno było na nich cokolwiek wypatrzyć. Mimo wszystko nadal byli otwarci, nadal walczyli o swoje, to było godne podziwu.

Nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, jak wyglądała sytuacja ludzi, którzy prowadzili własne biznesy. Na pewno mocno dotknęły ich minione wydarzenia, ona miała swój ciepły stołek w Ministerstwie i po prostu tam wróciła, nie musiała się martwić o to, jak teraz będzie wyglądało jej życie, ci tutaj zdecydowanie podążali inną drogą od tej jej.

Nie rozglądała się zbyt długo po wnętrzu, jakby nie chciała być przyłapana na tym, że za bardzo się gapiła. Powinna przywyknąć do tego widoku, wypadało, aby przyzwyczaiła się, że szybko nie będzie jak dawniej. To nie było zbyt przyjemne zderzenie z rzeczywistością, bo chociaż świat wydawał się być właśnie w wyjątkowym kryzysie, to ona sama jakby nieco rozkwitała. Niezła to była ironia losu.

Zawiesiła się na moment, dużo myśli pojawiło się w jej głowie, wpatrywała się przy tym w swoje buty, idealnie wypastowane przed wyjściem pantofelki, które zdążyły już nieco okryć się popiołem, bo ten był wszędzie, wszedł w cegły kamienic, w kostkę brukową, nie sądziła, aby szybko przestał przypominać mieszkańcom stolicy o tym co się wydarzyło, jakby i bez tego nie mogli o tym zapomnieć, sądziła, że w wielu z nich widok palącego się Londynu wrył się bardzo głęboko, pewnie tak głęboko jak wszystkie wspomnienia, które ona zapamiętywała w swojej głowie. To była jedna z tych nocy, którą mieli pamiętać bardzo dokładnie wszyscy. Od rozmyślań odciągnął ją głos Benjy'ego. Mrugnęła, a jakże, po czym uniosła głowę i spojrzała na swojego chłopaka.

- Na wodę. - Odpowiedziała całkiem szybko. Nie było to może szczególnie wyszukane, jednak woda powinna być dostępna? Prawda? Nie mogła być towarem deficytowym, chociaż jeśli? Jeśli jednak nie do końca przemyślała tę odpowiedź. - Woda będzie idealna. - Powtórzyła jeszcze spoglądając przy tym na Fenwicka, zastanawiała się, czy faktycznie udało jej się trafić, ale nadal nie wydawało jej się, aby istniał lepszy wybór, woda była wszędzie, nawet w największym kryzysie można było ją dostać, a przynajmniej tak się Prudence wydawało.




RE: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 13.10.2026

Im dłużej przyglądałem się pustym regałom, tym trudniej było mi ignorować ślady tego, co działo się w Londynie, ponieważ nawet jeśli sam lokal nie nosił widocznych oznak pożaru, jego stan mówił wystarczająco wiele o tym, jak daleko sięgały konsekwencje tamtej nocy - nie każdy musiał stracić dach nad głową, żeby odczuć skutki katastrofy, nagle szara codzienność, która jeszcze niedawno wydawała się czymś pewnym, nagle przestała być tak oczywista. Popiół osiadał wszędzie, na ubraniach, na butach, na parapetach i brukowanych ulicach, wdzierał się w szczeliny między kamieniami, których nikt nie zdołałby doczyścić w ciągu jednego dnia, wchłaniały go nawet ponure myśli pełne zwątpienia, zapewne jeszcze długo miał przypominać mieszkańcom o tym, co wydarzyło się w stolicy, nawet wtedy, gdy większość z nich usiłowała wrócić do swoich zwyczajnych obowiązków.
Woda była rozsądnym wyborem, toteż kiedy usłyszałem odpowiedź Prudence, przez krótką chwilę przyglądałem się trzymanej w dłoni butelce, zastanawiając się, czy przypadkiem nie powinienem był od razu pójść w jej ślady i oszczędzić sobie przeglądania całego tego nieszczególnie imponującego asortymentu, który najwyraźniej skurczył się do rozmiarów pozwalających właścicielom sklepu rozważać zamknięcie interesu na czas bliżej nieokreślony. Odstawiłem butelkę na miejsce, ponieważ etykieta informowała mnie o czymś, co bardziej przypominało przesłodzony napój owocowy zawierający wszelkie możliwe składniki pozwalające czarodziejowi świecić w ciemnościach niż zdrową mieszankę wody z naturalnym sokiem, po czym przesunąłem się wzdłuż regału, wypatrując czegoś, co odpowiadałoby życzeniu mojej dziewczyny - w teorii nie powinno to stanowić większego problemu, w końcu trudno było wyobrazić sobie sklep, w którym nie sprzedawano wody, jednak widok niemal pustych półek sprawiał, że powoli zaczynałem traktować tę wiedzę jako coś, czego nie mogłem potwierdzić empirycznie. Nie miałem nic przeciwko wodzie, wręcz przeciwnie, w okolicznościach, w których przyszło nam się znaleźć, trudno było uznać ją za wybór wymagający jakiegokolwiek uzasadnienia, lecz przez moment przemknęło mi przez głowę, że jeśli nawet z nią były problemy, najwyraźniej powinniśmy zacząć poważnie zastanawiać się nad tym, czy Londyn zamierzał nam jeszcze zaoferować coś poza kolejnymi powodami do wyjazdu. „Czy właśnie tego oczekiwali Tamci?” Wzdrygnąłem się w duchu na samą myśl, że mógłbym dłużej się nad tym zastanawiać… Nie znałem odpowiedzi na te pytania i nie zamierzałem ich sobie dopowiadać, ale pył, który osiadał na ubraniach, wchodził pod paznokcie, zasnuwał półki, obklejał etykiety i przyklejał się do wszystkiego, czego dotykaliśmy, skutecznie przypominał, że skutki tamtej nocy nie skończyły się wraz z ugaszeniem ostatnich płomieni.
- Okej. Woda. Masz ochotę na coś jeszcze? - Ostatnie słowo wypowiedziałem z lekkim przekąsem, ale zaraz potem wróciłem wzrokiem do półek, nie chcąc niepotrzebnie rozwijać tematu, który z pewnością i bez mojej pomocy zdążył już wystarczająco mocno zadomowić się w naszych myślach.
- Chyba będę musiał powasznie pszemyśleś swoje dotychczasowe podejście do zakupów, poniewasz najwylaśniej nie doceniałem tutejszej polityki handlowej. - Wymamrotałem, gdy sięgnąłem po jedną z niezbyt ładnych butelek wody gazowanej, jedynej w zakresie mojego spojrzenia, sprawdziłem szczelność zakrętki, a następnie obejrzałem etykietę, starając się nie wyciągać pochopnych wniosków na podstawie samego wyglądu opakowania. Nie mieliśmy zbyt wielkiego wyboru, cóż, ceny na półce też nie było. Nie byłem nawet pewien, czy właściciele w ogóle mieli teraz głowę do sprawdzania, co schodziło z półek - raczej nie, patrząc po stanie sklepu - ale nie zamierzałem robić im dodatkowych problemów, toteż po krótkim rozejrzeniu się ruszyłem w stronę pustej lady, gotów uiścić bliżej nieokreśloną kwotę za nasze skromne zakupy i opuścić sklep, zanim okazałoby się, że nawet woda stała się towarem, o który trzeba walczyć. Odstawiłem butelki na moment, żeby sięgnąć do kieszeni po pieniądze, po czym rozejrzałem się jeszcze raz w poszukiwaniu kogoś, komu mógłbym zapłacić.


RE: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 13.10.2026

Sytuacja nie należała do najłatwiejszych. Prudence zastanawiała się, czy kiedyś w ogóle jeszcze wszystko wróci do normy. Jak długo trwało odbudowywanie takich szkód? Chcąc nie chcąc jej umysł znowu znalazł się gdzieś indziej, wróciły wspomnienia, a właściwie notatki, które kiedyś przeczytała o pożarze z 1666 roku, zniszczył on znaczną część średniowiecznego miasta. Domy mieszkalne, jakoś dziesięć do dwudziestu lat; obiekty publiczne do pięćdziesięciu lat. Nie przypominała sobie jednak, aby jakoś szczegółowo opisywano sytuację przedsiębiorców. Czytała o tym, że księgarze i wydawcy próbowali ratować swój dobytek, jednak nie udało im się to. Zniszczone zostały zapasy w magazynach, kupcy płacili ogromne sumy za dostawy towarów. Najwyraźniej teraz czekało ich to samo, kryzys był nieunikniony, zwłaszcza, że szkody były jeszcze większe. Mrugnięcie. Znowu była obecna w sklepie ciałem i duchem, odetchnęła głęboko. Nie powinna pozwalać sobie na tak częste zawieszenia, ale okropnie łatwo przychodziło jej skupianie się na archiwum w swojej głowie podczas takich sytuacji. Jeszcze nie do końca oswoiła się z nową rzeczywistością.

Wybór napoju dla Prue okazał się być całkiem łatwy. Nie było w tym może niczego zaskakującego, jednak woda wydawała się jej być w tej chwili najbardziej odpowiednia, bo w końcu nie był to żaden wymysł, raczej jedna z najbardziej oczywistych rzeczy dostępna w każdym sklepie, no - przynajmniej przed pożarami. Miała nadzieję, że udało jej się wybrać dobrze, nie chciała popełnić żadnego błędu, czy urazić sprzedawcy, miała przecież świadomość, że aktualny asortyment sklepu nie był jego kaprysem, sytuacja zmusiła go do tego.

- Nie, nie mam ochoty, wystarczy woda, nic więcej. - Niekoniecznie chciała ryzykować, że coś co przyjdzie jej na myśl nie będzie tutaj dostępne, woda naprawdę była najbardziej neutralnym wyborem i dobrze by było, aby na niej zakończyła. Normalnie pewnie mogłaby znaleźć coś, na co naszłaby ją ochota, jednak teraz wolała nie myśleć o tym na co miałaby chęć, bo jeszcze by się rozczarowała. Sytuacja nie była łatwa, dla nich też, ale przede wszystkim dla właściciela tego przybytku, który wydawał się być przy tym wszystkim zaskakująco spokojny. Być może przywyknął już do tego widoku, ona nadal się z tym oswajała, nie sądziła zresztą, że przyjdzie jej to łatwo. Była już kiedyś w tym sklepie, pamiętała, że zawsze był tu spory wybór, regały uginały się od najróżniejszych produktów, mogłaby pokazać palcem gdzie co stało.

- Aktualnie mam wrażenie, że ona nie do końca istnieje, chociaż w sumie, każdy bierze co jest, to chyba też można nazwać jakąś polityką handlową? - W sumie nawet jej to nie dziwiło, skoro większość produktów była trudno dostępna to ludzie brali co było pod ręką, mogli się dzięki temu powymieniać z innymi tym, co im się udało złapać. Było to przecież jakimś rozwiązaniem.




RE: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 13.10.2026

Przyjąłem odpowiedź skinieniem głowy, nie widząc sensu w dalszym namawianiu jej na cokolwiek, skoro wyraźnie rozsądnie postanowiła ograniczyć nasze zakupy do dwóch butelek wody, chociaż mógłbym przysiąc, że jeszcze kilka dni wcześniej podobna wyprawa zapewne skończyłaby się dla nas przy kasie z przynajmniej kilkoma rzeczami, których początkowo wcale nie zamierzaliśmy kupować, bo tak właśnie działały małe sklepy, kiedy miały czym przyciągać klientów, teraz trudno było jednak mówić o jakimkolwiek wyborze, skoro nawet zwyczajna woda stawała się towarem, którego należało poszukiwać między resztkami asortymentu. Nie miałem zamiaru udawać, że ten stan rzeczy szczególnie mi odpowiadał, ale doświadczyłem już wystarczająco wielu okazji, żeby przekonać się, że rzeczywistość rzadko przejmowała się tym, co uważałem - narzekanie na nią nie przybliżyłoby nas ani trochę do rozwiązania problemu, który był w gruncie rzeczy nierozwiązywalny przez nic innego, jak tylko upływ czasu, właściwie coraz częściej łapałem się na tym, że w ostatnich dniach przestałem oczekiwać od otoczenia czegokolwiek poza względną sprawnością działania, dostępem do podstawowych produktów oraz brakiem kolejnych niespodzianek, które wymagałyby ode mnie diametralnej zmiany planów, co samo w sobie stanowiło dość ponury obraz sytuacji, biorąc pod uwagę, jak niewiele upłynęło od chwili, kiedy największym zmartwieniem podczas podobnego wyjścia mogłoby być to, czy zdążymy wrócić do domu przed deszczem.
- W sumie… Niektóle lynki tak działają. - Zgodziłem się ze spostrzeżeniem mojej dziewczyny, posyłając jej znaczące spojrzenie, które z pewnością miało dostatecznie dać Prue do zrozumienia, o jako segment handlu mi chodziło.
Zatrzymałem się przy ladzie, spoglądając przelotnie w kierunku wejścia na zaplecze i dostrzegając tam mężczyznę, który sprawiał wrażenie zajętego własnymi myślami, chociaż kiedy podeszliśmy bliżej, uniósł głowę i skierował na nas uwagę, podchodząc bliżej lady, najwyraźniej gotów przyjąć zapłatę za zakupy, bez zbędnych uprzejmości ani prób zachęcania nas do nabycia czegokolwiek jeszcze. Przywitał nas skinieniem głowy, ewidentnie przyjąwszy to za pełne powitanie, więc odpowiedziałem mu tym samym - właściwie nawet wolałem taką postawę od przesadnej serdeczności, która w obecnych okolicznościach mogłaby zabrzmieć fałszywie, ponieważ trudno było oczekiwać, że po ostatnich wydarzeniach wszyscy mieli z równym zapałem odgrywać swoje codzienne role, niezależnie od tego, co stracili albo czego musieli się obawiać. Sięgnąłem głębiej do kieszeni spodni, szukając monet, które zwykle nosiłem przy sobie na podobne okazje, ale zamiast wyłącznie nich natrafiłem palcami również na kawałek papieru, zmięty na tyle, że początkowo wziąłem go za jakiś stary paragon albo notatkę, którą zapomniałem wyrzucić - przez chwilę wpatrywałem się w niego z rosnącym zdziwieniem, próbując przypomnieć sobie, skąd właściwie wziął się w moich spodniach. Dopiero po kilku sekundach dotarło do mnie, że trzymałem w ręku los na loterię, który dostałem, więc jeszcze raz spojrzałem na widniejące tam liczby oraz oznaczenie nagrody, żeby przypomnieć sobie wynik, który sprawdzałem kilka dni wcześniej i który, ku mojemu autentycznemu zaskoczeniu, okazał się wygrywający.
- No plosę, tego się nie spodziewałem. - Mruknąłem do siebie, po czym uniosłem wzrok na Prudence, pokazując jej papier, bo chociaż nie należałem do szczególnie negatywnych osób, musiałem przyznać, że wygrana na loterii była ostatnią rzeczą, jakiej spodziewałem się w tygodniu, w którym niemal wszystko dookoła zdawało się przypominać o nieszczęściach. Skoro i tak musieliśmy zapłacić za wodę, równie dobrze mogłem spróbować spieniężyć los na miejscu, zamiast nosić go przez następne tygodnie i ponownie zapomnieć o jego istnieniu, toteż wyciągnąłem go w kierunku sprzedawcy.


RE: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 13.10.2026

Zazwyczaj nie miała jakiegoś większego problemu z wyborem czegoś dla siebie, dzisiaj jednak trochę obawiała się tego, że mogło się to zakończyć niepowodzeniem. Postanowiła więc pozostać na tej jednej butelce wody, o którą poprosiła swojego chłopaka. Zakupy dzięki temu nie powinny być kłopotliwe ani dla nich, ani dla sprzedawcy, co w sumie było sporym sukcesem. Prue zdecydowanie nie chciała sprawiać, aby komukolwiek zrobiło się przykro.

Bletchley była przyzwyczajona do pewnych norm. Mieszała w Londynie całe życie, mogła bardzo dokładnie odtworzyć to jak miasto wyglądało wcześniej, pamiętała każdy sklep, każdego sprzedawcę na którego kiedyś zwróciła uwagę. To wszystko zostawało w jej głowie. Musiała teraz nanieść pewne poprawki, przyzwyczaić się do nowego, niekoniecznie lepszego. Zdecydowanie potrzebowała do tego odrobiny czasu.

- Tak, chociaż nie wiem, czy sprawdzi się to w przypadku podobnym do tego. - Kiedy dotyczyło to większości społeczeństwa sytuacja nie wyglądała tak kolorowo. Pewnie szybko się o tym przekonają, nie sądziła, że szybko uda im się wrócić do tego, co było kiedyś.

Benjy podszedł do lady, Prue ruszyła za nim. Wsadziła przy tym rękę do kieszeni. Przypomniała sobie o tym, że wcześniej mijali stragany, które rozstawiały się tutaj zawsze na niedzielny festyn. Nie były takie bogate jak zazwyczaj, ale kilka stoisk zdążyło się rozstawić. Zdążyła nawet podejść do wózka chińskiej wieszczki, gdzie kupiła sobie ciastko z wróżbą. Nie odwinęła jednak papierka, postanowiła więc teraz to zrobić. Jej oczom ukazała się przepowiednia, krótka raczej nieszczególnie wyszukana - Pożyteczna wiadomość. Nie mówiło to jej zbyt wiele, nie miała pojęcia czego może to dotyczyć. Przez chwilę wpatrywała się w zdanie zapisane na papierku. Cóż, przepowiednia wcale nie musiała się spełnić, czyż nie?

Jakimś dziwnym trafem przypomniała sobie o tym, że jej były narzeczony lubił te ciastka, często opowiadał o tym, że podczas patroli kupowali je z jego partnerem. Tak właściwie to wszystko robili razem, byli okropnie zżyci. Przypomniała sobie również o tym, że spotkała ich tu kiedyś razem, zatrzymali się przy jednym z regałów i szeptali sobie coś do ucha zupełnie ignorując otaczający ich świat. Był to widok niezapomniany, wtedy nie wzbudził jej podejrzeń. Pamiętała jak bardzo cierpiał jego partner, kiedy dowiedział się o tym, że nie udało się uratować Liama po ataku wilkołaka. Miał do niej o to pretensje, mówił, że nie dała z siebie wszystkiego, że powinna bardziej walczyć - jakby sama o tym nie wiedziała. Wtedy wydawało jej się to zupełnie normalne, teraz pojawiła się myśl, dziwna, zupełnie niespodziewana, ten ich widok za jednym z regałów… czy faktycznie wtedy była taka ślepa, czy to jednak nie było normalne? Mrugnęła. Odetchnęła głęboko, zmięła papierek i schowała go do kieszeni płaszcza. Była tutaj z Benjym, minęło dużo czasu, nie powinna myśleć o przeszłości.

Fenwick się do niej odezwał, to spowodowało, że zrobiła jeszcze krok do przodu. - Co to takiego? - Starała się nie dawać po sobie poznać, że coś jest nie tak, ale ta myśl nie chciała dać jej spokoju, co jeśli oni faktycznie… Nie. - To brzmi jak całkiem pozytywne zaskoczenie. - Podeszła jeszcze bliżej, aby dokładnie obejrzeć to, co Benjy trzymał w dłoni. - Czyżby to był Twój szczęśliwy dzień? - Tak, udało jej się dokładnie przeczytać informację na papierze. Los, najwyraźniej wygrany. Uśmiechnęła się od ucha do ucha, może ten dzień faktycznie nie był jeszcze stracony.




RE: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 13.10.2026

Uśmiech Prudence był chyba najlepszym argumentem przemawiającym za tym, że naprawdę mogło być lepiej, nawet po wszystkim, co zdążyło nam się dzisiaj wydarzyć. Skoro los postanowił wreszcie przestać rzucać mi kłody pod nogi, nie widziałem powodu, żeby od razu podejrzewać go o kolejny podstęp, bo nawet jeśli jednocześnie nie zamierzałem nagle uznać się za ulubieńca wszechświata, miło było przez krótką chwilę pomyśleć, że po całym tym zamieszaniu coś wreszcie potoczyło się po mojej myśli - może rzeczywiście trafił nam się jakiś łut szczęścia, niewielka rekompensata za ostatnie dni, podczas których zdecydowanie częściej musieliśmy martwić się o to, co pójdzie nie tak, niż zastanawiać nad tym, co mogłoby ułożyć się po naszej myśli. Obróciłem papierek w palcach, po raz kolejny przyglądając się umieszczonym tam informacjom, po czym przeniosłem wzrok na sprzedawcę, który do tej pory przysłuchiwał się toczonej przed nim rozmowie z wyrazem twarzy kogoś mającego zdecydowanie ważniejsze sprawy na głowie niż cudzy fart lub niefart.
- Całkiem zapomniałem o wyglanej. - Odparłem swobodnie. - Pszysnam, sze całkiem odpowiada mi taka forma lekompensaty. - Mrugnąłem do niej, bo chociaż nie spodziewałem się wielkiej kwoty, mogliśmy wyjść stąd z czymś więcej, aniżeli tylko z dwoma butelkami przepłaconej wody. Mężczyzna tymczasem wziął ode mnie los, przyjrzał mu się uważnie i na kilka sekund zamilkł, co samo w sobie pewnie nie wzbudziłoby mojego niepokoju, gdyby nie to, że jego twarz przybrała wyraz kogoś, kto właśnie natrafił na problem, którego nie miał ochoty wyjaśniać kolejnej osobie - początkowo uznałem, że po prostu sprawdzał szczegóły nagrody, może szukał odpowiedniego oznaczenia albo próbował ustalić, czy w ogóle zajmowali się wypłatą takich wygranych, dlatego cierpliwie czekałem, opierając przedramię o krawędź lady i pozwalając mu wykonać wszystkie niezbędne czynności, zanim zacząłbym zasypywać go pytaniami, dopiero kiedy uniósł na mnie wzrok, a następnie ponownie spojrzał na papier, zacząłem podejrzewać, że coś jednak poszło nie tak.
- Obawiam się, że nie będzie pan mógł już odebrać tej wygranej. - Oznajmił w końcu, oddając mi los i natychmiast cofając dłoń. - Termin ważności minął. Powinien pan był zgłosić się wcześniej.
Przez ułamek sekundy patrzyłem przed siebie bez słowa, próbując zrozumieć, czy rzeczywiście usłyszałem to, co mi się wydawało, ponieważ istniało coś szczególnie irytującego w perspektywie wygrania pieniędzy, których nie można było już odebrać - mrugnąwszy, spojrzałem na los, następnie na sprzedawcę, po czym jeszcze raz na los, jak gdybym liczył na to, że przy drugim podejściu nadrukowane daty ułożą się w bardziej sprzyjającą konfigurację - nie zmieniły się, rzecz jasna, chociaż przez krótką chwilę byłem gotów przysiąc, że papier robił sobie ze mnie kpiny.
- No, cósz, pszynajmniej pszes kilka sekund byłem bogatszy. - Chrząknąłem, zwracając się zarówno do niego, jak i do Prudence, po czym wyciągnąłem z kieszeni właściwe pieniądze i położyłem je na ladzie obok butelek wody. Zerknąłem na moją dziewczynę z nieznacznym, krzywym uśmiechem, starając się nie dać po sobie poznać, że cała sytuacja rozczarowała mnie bardziej, niż chciałem przyznać, bo przecież nie chodziło wyłącznie o pieniądze, lecz również o tę krótką chwilę, w której naprawdę uwierzyłem, że tego dnia mogło nam się przydarzyć coś nieoczekiwanie dobrego, coś zupełnie niezwiązanego z pożarami, zniszczeniami, kradzieżami pieniędzy i nieustannym poczuciem, że świat próbował nas zmusić do radzenia sobie z kolejnym problemem.


RE: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 14.10.2026

Warto było cieszyć się z takich zupełnie niespodziewanych wydarzeń. Najwyraźniej Benjy miał dzisiaj szczęście, wygrał… jeszcze nie wiedziała co, ale co by to nie było to zawsze całkiem przyjemna odmiana od wiecznego wiatru wiejącego w oczy. Drobna rzecz, a przynosiła radość. Widziała, że on również ucieszył się z tego, co zobaczył, co powodowało, że i ona była w jeszcze lepszym humorze.

- Byłeś zajęty innymi rzeczami, nie ma się co dziwić, że wypadło Ci to z głowy. - W sumie ostatnio przecież działo się naprawdę wiele, do tego ona wkradła się do jego życia zupełnie przypadkiem. Nie wydawało jej się, aby było coś dziwnego w tym, że zapomniał o wygranym losie na loterii. Grunt, że w odpowiednim momencie sobie o tym przypomniał. Nie mógł trafić lepiej, to był idealny moment na to, aby zrealizować ten kupon. Nie miała pojęcia, ile wygrał, ale czy to było ważne, ona potrafiła ucieszyć się nawet z nadprogramowego cukierka, kiedy miała gorszy nastrój.

Obserwowała swojego chłopaka, kiedy wręczał sprzedawcy los, później przeniosła wzrok na mężczyznę, który bardzo dokładnie analizował świstek papieru znajdujący się w jego dłoni. Czy faktycznie było się nad czym tyle zastanawiać? Los był wygrany, widziała to, więc powinien bez większego problemu odebrać nagrodę. Trwało to zdecydowanie dłużej niż się spodziewała.

Miała czas na to, aby wrócić myślami do swojego ciastka z wróżbą. Odpłynęła znowu, zaczęła się zastanawiać nad tym, czym mogła być ta pożyteczna wiadomość. Nic nie działo się przypadkowo - przynajmniej zdaniem Prue, czy to, że przypomniała sobie przed chwilą o swoim nieżyjącym narzeczonym i jego partnerze mogło tym być? Nigdy nie myślała o nich w ten sposób, teraz ponownie zaczęła zastanawiać się nad tym, czy faktycznie nie łączyło ich zbyt wiele jak na to, że łączyła ich praca. Fakt, w pracy również można było się przyjaźnić, ale czy to wiązało się również ze spędzaniem ze sobą niemalże całego czasu wolnego? Liam wiele razy wybierał jego towarzystwo zamiast jej, ona spędzała wieczory samotnie w swoim mieszkaniu, gdy on ciągle gdzieś bywał z Ronaldem. Nie kwestionowała tego, myślała, że po prostu się lubili, tylko, że w tej chwili dostrzegała, że rysowało się to zupełnie inaczej. Przyłapywała ich w różnych sytuacjach, ale tamta jedna w sklepie była bardzo wyraźna, wróciła do niej znowu w swojej głowie, widziała jak Liam złapał go za rękę, a ponoć nie przepadał za dotykiem, może tylko jej? Czyżby przez tamten czas żyła w kłamstwie? Naprawdę? Czy właściwie to coś zmieniało, skoro już nie żył. Na pewno wyjaśniało to, w jaki sposób potraktował ją Ronald po tym, co się wydarzyło. Miał do niej ogromny problem, obwiniał ją za śmierć narzeczonego, teraz widziała, że robił to w sposób w jaki robiły osoby, które kochały zmarłych. Mrugnęła, bo sprzedawca się odezwał.

Spoglądała w stronę mężczyzny, mrużąc oczy. Naprawdę los okazał się przeterminowany? Serio? Poczuła drobne rozczarowanie… jakby ktoś właśnie zabrał im lizaka, którego ledwie zdążyli odpakować z papierka.

- To zawsze tak śmiesznie ekscytuje… - Dodała jeszcze po cichu, bo w sumie, czy nawet chwilowa radość nie była tego warta, to, że życie oczywiście na swój sposób musiało ich zweryfikować było zupełnie inną sprawą.




RE: [17/09/72] Sorry to disappoint | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 14.10.2026

Właściwie od samego początku zależało mi na tym, żeby ten dzień potoczył się zupełnie inaczej niż poprzednie, żebyśmy mogli od świtu do zmierzchu zajmować się czymś zwyczajnym, normalnym, zachowywać się znacznie bardziej swobodnie, wypić coś w spokoju, może nawet pośmiać się z aktualnej sytuacji i z tego, w jaki sposób ułożył się nasz wspólny pobyt na wsi, nie wracając bez przerwy do wydarzeń, które wciąż jeszcze wisiały nad Londynem. Nie oczekiwałem cudów, nie byłem przecież aż tak naiwny, ale miałem nadzieję, że wspólne wyjście pozwoli nam odzyskać trochę lekkości, której ostatnio wyraźnie nam brakowało - liczyłem na to, że uda nam się wreszcie złapać oddech, choćby na krótko, bez kolejnych nieprzyjemnych niespodzianek i rozmów, które prowadziły nas z powrotem do spraw, od których oboje potrzebowaliśmy odpocząć - niestety rzeczywistość miała zdecydowanie inne plany.
- Zdecydowanie, zdąszyłem się jusz poczuś jak ktoś, kto za chwilę będzie musiał powasznie zastanowiś się nad tym, czy powinien inwestowaś wyglaną na giełdzie, czy tesz wydaś ją na coś zupełnie idiotycznego, ale za to dającego mnóstwo satysfakcji. - Odpowiedziałem, podając mężczyźnie odliczone pieniądze. Jeszcze przez sekundę lub dwie obracałem w palcach drugiej dłoni ten nieszczęsny los, zastanawiając się, czy istniał jakikolwiek sens w zachowywaniu kawałka papieru, który nie przedstawiał już żadnej wartości poza przypomnieniem mi o własnym gapiostwie, ale ostatecznie uznałem, że wyrzucenie go przy sprzedawcy byłoby zbyt demonstracyjnym przyznaniem się do porażki, zwłaszcza jak na moje standardy, więc wepchnąłem go z powrotem do kieszeni, cóż, może zasłużyłem sobie na tę drobną nauczkę, skoro nie potrafiłem dopilnować kuponu, który mógł przynieść mi całkiem przyjemną sumę, ale w ostatnich dniach tyle się wydarzyło, że czułem się dosyć usprawiedliwiony, tym bardziej po słowach Prue.
Zerknąłem na nią z ukosa, gotów rzucić jeszcze jakimś komentarzem na temat mojej niezwykłej zdolności do przegapiania okazji, lecz słowa uwięzły mi na moment w gardle, kiedy zauważyłem, że jej uwaga ponownie odpłynęła gdzieś daleko, poza sklepowe półki. Nie chodziło o nic szczególnie wyraźnego, nie westchnęła ciężko ani nie odwróciła się demonstracyjnie w stronę okna, nie powiedziała też niczego, co pozwoliłoby mi uznać, że wiadomość o losie rzeczywiście ją przygnębiła, jednak zdążyłem się już przekonać, że potrafiła zamknąć się we własnych rozważaniach bez żadnego ostrzeżenia, pozwalając im zabierać ją coraz dalej od miejsca, w którym akurat się znajdowała. Znałem już ten wyraz twarzy, nawet jeśli nie zawsze potrafiłem odgadnąć, dokąd dokładnie prowadziły ją myśli, wystarczyło jedno spojrzenie, żebym zrozumiał, że znów obrały kierunek, w którym nie mogłem za nią podążyć bez zaproszenia, i chociaż odruchowo chciałem coś zrobić, nie zamierzałem zasypywać jej pytaniami. Jeszcze przed chwilą uśmiechała się na widok wygranej, podchwyciła mój żart, pozwoliła sobie na tę krótką, niewinną radość, która miała przynajmniej na moment odciągnąć nas od wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej, zarówno przed wyjściem, jak i w klubie, lecz teraz znów zdawała się nieobecna, zapatrzona w jakiś punkt, którego nie mogłem zobaczyć. Podszedłem więc odrobinę bliżej, na tyle, żeby nasze ramiona niemal się zetknęły, po czym trąciłem ją lekko łokciem, licząc, że ten drobny gest wystarczy, żeby przypomnieć o mojej obecności i przebywaniu w sklepie, pod niechętnym spojrzeniem sprzedawcy, bez konieczności wyciągania jej z rozmyślań na siłę.
- Hej, Sunny. - Odezwałem się po chwili, obracając butelkę w dłoni, odkręcając sztywną nakrętkę, by wyciągnąć butelkę w stronę Prudence, spoglądając na nią z ukosa. Starałem się, żeby mój głos brzmiał swobodnie, choć trudno było mi całkowicie ukryć, że zauważyłem nagłą zmianę atmosfery. Nie chciałem udawać, że wszystko było w porządku, ani wymuszać na niej dobrego nastroju tylko dlatego, że sam miałem dość ponurych tematów na jeden dzień, jednak nie zamierzałem też pozostawiać Prue samej z czymś, co najwyraźniej nie dawało jej spokoju. - Wiem, sze właśnie stlaciliśmy szansę na zostanie lokalnymi bogaczami, ale co ty na to, szebyśmy i tak zjedli obiad na mieście, zanim wlósimy do domu? - Zamiast więc pytać ją wprost, co się stało, przesunąłem kciukiem po materiale jej rękawa, po czym skinąłem głową w stronę wyjścia, za którym czekało na nas szare, przyprószone popiołem miasto.