05.10.2026, 22:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2026, 22:04 przez Septima Ollivander.)
Teleportacja wypluła ją na rozmokłą drogę kilkanaście kroków od cudzej furtki. Stała chwilę rozchwiana jak gibki pęd na wietrze, z trudem łapiąc pod stopami solidny grunt Little Hangleton.
Wzgórza stały dookoła krucze i garbate, zamykając mieścinę niczym dłoń zamykającą się nad owadem; wyżej, na wzniesieniu, majaczył kościół z tą swoją powyginaną szybą, w której podobno widywano przedziwne rzeczy, a jeszcze dalej, już poza lichym horyzontem światła, ciągnęła się ciemniejsza od smoły kreska lasu. Powietrze tutaj było obrosłe wilgocią; od razu dopadła ją przenikliwa woń przegnitych nieustannym deszczem, starych liści, która na myśl przywiodła jej leśne ostatnie wędrówki z Savasem. Różnica była jednakże taka, że te kilka dni temu przechadzali się po znajomym, względnie bezpiecznym Epping Forest, a Little Hangleton nie znała prawie wcale, a słyszała za to wiele ciekawych historii.
Septima nie wierzyła nawet w połowę tego, co opowiadano o tej uroczej dziurze, ale fakt faktem, przybyła tu w środku długiej, październikowej nocy z planem właściwie żadnym. Słońce nie miało wstać jeszcze przez kolejne kilka godzin, a jej ciało, niespokojne od momentu otrzymania niepokojącego listu, trwało w nieustępliwym stanie szukania zagrożenia.
Z wiadomości co prawda nie wynikało, aby chłopakowi miało coś grozić. Ale kto pisał takie listy w środku nocy? Wiedziała, że ktoś kto potrzebował pomocy.
Szła wzdłuż niskiego muru, przykładając do niego koniuszki palców jak dziecko liczące sztachety, a każda kolejna zroszona wilgocią cegła, wydawała się zimniejsza od poprzedniej. Gdzieś za plecami, od strony bocznej drogi, leżał czarodziejski cmentarz. Nie kusiło jej, by w jego kierunku odwrócić wzrok, ale z jakiegoś powodu zapamiętała sobie gdzie go znaleźć.
Dom Gregorovitchów rozpoznała, zanim doszła do numeru. Wydawało jej się, że widzi w jednym z okien śreżogę mdławego światła, ale nie mogła być pewna, czy aby nie myli jej z blaskiem, wysuniętego leniwie w jasnych obłokach, księżyca.
I dopiero wtedy, trzy kroki od furtki, dotarło do niej w pełnym brzmieniu to, co właśnie robiła. Przychodziła, wręcz skradała się, nocą do cudzego domu, bez wiedzy jego gospodarzy, do rodziny, która jej nie zapraszała i z całą pewnością by jej nie zaprosiła. Ona zaś stała przy ich furtce, o tej godzinie, z płaszczem narzuconym pospiesznie, w mieścinie, w której pokoleniami hodowano utalentowanych czarodziejów najczystszej krwi i w której każdy dom musiał mieć piwnicę wypełnioną trollami. W innych warunkach, znalazłaby w tym zapewne trochę dziecinnej frajdy, ale troska o chłopaka przyćmiewała jej patologiczne ciągotki.
Furtka ustąpiła bez skrzypienia, co wcale jej nie uspokoiło, bo wokół siebie nie naliczyła żadnego innego dźwięku, poza tymi, które wykonywały jej trzewiki stąpające po chodniku.
List leżał w kieszeni krzywo, bo w pośpiechu zapiętego, płaszcza, przeczytany dwukrotnie, zinterpretowany został wielokrotnie. Savaš nie napisał, co się stało. Napisał, że nie radzi sobie w ogóle, że dom jest zbyt pusty, że można nawet nie rozmawiać — same rzeczy nie do użycia, bez konkretu, kontekstu, którego dałoby się chwycić. Septima umiała naprawiać to, co można było dotknąć, zobaczyć, rozłożyć na części i złożyć z powrotem. Pęknięty trzon, rozwarstwiony rdzeń, włos ptaka skręcony nie w tę stronę; przy takich rzeczach wiedziała, od czego zacząć, bo widziała szkodę i znała dobrze swoje narzędzia. Jej własne dłonie. Namacalne. A ze wszystkim innym? Cholera, ze wszystkim innym szło jej po prostu źle.
Dom stał bliżej, niż się spodziewała, i wyglądał zupełnie zwyczajnie.
To ją właściwie rozczarowało, chociaż nie przyznałaby tego nawet przed samą sobą. Nie było przy ścieżce żadnych kości zawieszonych dla ostrzeżenia, żadnych zwierząt o złych oczach siedzących na murze, żadnej z tych rzeczy, którymi straszono dzieci różdżkarzy, kiedy wymawiano mroczne nazwisko Gregorovitch. Głupio się poczuła z tą swoją młodocianie naiwną wyobraźnią, tak jakby ktoś tam za drzwiami czyhał, kto potrafiłby wtargnąć do jej głowy. Może się co do tego nie myliła, ale chłopakowi ufała i wiedziała, że reszty domowników nie ma w domu.
Uniosła do góry piąstkę. Ale nie zapukała. List w kieszeni zaszeleścił pod ramieniem. Stała już kiedyś przed takimi zamkniętymi drzwiami. Trzynaście lat temu znalazła za nimi śmierć najbliższych. I choć o tym w tym momencie nie pomyślała, to mięśnie zapamiętały jak to jest przygotowywać oddech na najgorsze.
Musiała to przyznać. Bała się — nie jego, nigdy jego, tylko tego, co zastanie w środku i czego nie będzie potrafiła rozwiązać. Nie bała się, że przyjdzie niepotrzebnie, ale że przyjdzie za późno.
Nacisnęła klamkę. Ustąpiła od razu, nie była zamknięta, i Septima pomyślała z nagłym, nieprzyjemnym przebłyskiem, że ktoś czekający z otwartymi drzwiami, niekoniecznie robi to z czystej gościnności.
Ze środka buchnęło znajome, przyjemne ciepło. Nie zapaliła światła, nie wyjęła różdżki. Ciemność przyjęła ją bez szelestu, zasklepiając się nad głową jak woda nad kamieniem. Pozwoliła się jej pochłonąć. Jedna z głębokich wyrw pod żebrami, chciała przyjąć tę ciemność łapczywie, z tęsknotą za niespełnioną czułością. A teraz mogła stać się jednością z czymś, czego nawet nie można było chwycić.
Serce waliło jej wysoko, pod obojczykiem, nierówno i mocno, że czuła je aż w zębach trzonowych.
Z wnętrza domu nie usłyszała nic. Tuż pod rozgrzewającą ciepłotą, leżał znajomy zapach spalenizny, już stary, już wystygły, ale jeszcze nie na tyle, żeby dało się go przeoczyć. Nie był to kominek, wydedukowała.
— Savašie? To ja, Septima.
Nie czekając na odpowiedź, poszła przed siebie, za jakimkolwiek usłyszanym szmerem, całkowicie po omacku. Może coś nakazało jej choć na chwilę zanurzyć się do jego świata. A może szukała w nim czegoś innego.
Wzgórza stały dookoła krucze i garbate, zamykając mieścinę niczym dłoń zamykającą się nad owadem; wyżej, na wzniesieniu, majaczył kościół z tą swoją powyginaną szybą, w której podobno widywano przedziwne rzeczy, a jeszcze dalej, już poza lichym horyzontem światła, ciągnęła się ciemniejsza od smoły kreska lasu. Powietrze tutaj było obrosłe wilgocią; od razu dopadła ją przenikliwa woń przegnitych nieustannym deszczem, starych liści, która na myśl przywiodła jej leśne ostatnie wędrówki z Savasem. Różnica była jednakże taka, że te kilka dni temu przechadzali się po znajomym, względnie bezpiecznym Epping Forest, a Little Hangleton nie znała prawie wcale, a słyszała za to wiele ciekawych historii.
Septima nie wierzyła nawet w połowę tego, co opowiadano o tej uroczej dziurze, ale fakt faktem, przybyła tu w środku długiej, październikowej nocy z planem właściwie żadnym. Słońce nie miało wstać jeszcze przez kolejne kilka godzin, a jej ciało, niespokojne od momentu otrzymania niepokojącego listu, trwało w nieustępliwym stanie szukania zagrożenia.
Z wiadomości co prawda nie wynikało, aby chłopakowi miało coś grozić. Ale kto pisał takie listy w środku nocy? Wiedziała, że ktoś kto potrzebował pomocy.
Szła wzdłuż niskiego muru, przykładając do niego koniuszki palców jak dziecko liczące sztachety, a każda kolejna zroszona wilgocią cegła, wydawała się zimniejsza od poprzedniej. Gdzieś za plecami, od strony bocznej drogi, leżał czarodziejski cmentarz. Nie kusiło jej, by w jego kierunku odwrócić wzrok, ale z jakiegoś powodu zapamiętała sobie gdzie go znaleźć.
Dom Gregorovitchów rozpoznała, zanim doszła do numeru. Wydawało jej się, że widzi w jednym z okien śreżogę mdławego światła, ale nie mogła być pewna, czy aby nie myli jej z blaskiem, wysuniętego leniwie w jasnych obłokach, księżyca.
I dopiero wtedy, trzy kroki od furtki, dotarło do niej w pełnym brzmieniu to, co właśnie robiła. Przychodziła, wręcz skradała się, nocą do cudzego domu, bez wiedzy jego gospodarzy, do rodziny, która jej nie zapraszała i z całą pewnością by jej nie zaprosiła. Ona zaś stała przy ich furtce, o tej godzinie, z płaszczem narzuconym pospiesznie, w mieścinie, w której pokoleniami hodowano utalentowanych czarodziejów najczystszej krwi i w której każdy dom musiał mieć piwnicę wypełnioną trollami. W innych warunkach, znalazłaby w tym zapewne trochę dziecinnej frajdy, ale troska o chłopaka przyćmiewała jej patologiczne ciągotki.
Furtka ustąpiła bez skrzypienia, co wcale jej nie uspokoiło, bo wokół siebie nie naliczyła żadnego innego dźwięku, poza tymi, które wykonywały jej trzewiki stąpające po chodniku.
List leżał w kieszeni krzywo, bo w pośpiechu zapiętego, płaszcza, przeczytany dwukrotnie, zinterpretowany został wielokrotnie. Savaš nie napisał, co się stało. Napisał, że nie radzi sobie w ogóle, że dom jest zbyt pusty, że można nawet nie rozmawiać — same rzeczy nie do użycia, bez konkretu, kontekstu, którego dałoby się chwycić. Septima umiała naprawiać to, co można było dotknąć, zobaczyć, rozłożyć na części i złożyć z powrotem. Pęknięty trzon, rozwarstwiony rdzeń, włos ptaka skręcony nie w tę stronę; przy takich rzeczach wiedziała, od czego zacząć, bo widziała szkodę i znała dobrze swoje narzędzia. Jej własne dłonie. Namacalne. A ze wszystkim innym? Cholera, ze wszystkim innym szło jej po prostu źle.
Dom stał bliżej, niż się spodziewała, i wyglądał zupełnie zwyczajnie.
To ją właściwie rozczarowało, chociaż nie przyznałaby tego nawet przed samą sobą. Nie było przy ścieżce żadnych kości zawieszonych dla ostrzeżenia, żadnych zwierząt o złych oczach siedzących na murze, żadnej z tych rzeczy, którymi straszono dzieci różdżkarzy, kiedy wymawiano mroczne nazwisko Gregorovitch. Głupio się poczuła z tą swoją młodocianie naiwną wyobraźnią, tak jakby ktoś tam za drzwiami czyhał, kto potrafiłby wtargnąć do jej głowy. Może się co do tego nie myliła, ale chłopakowi ufała i wiedziała, że reszty domowników nie ma w domu.
Uniosła do góry piąstkę. Ale nie zapukała. List w kieszeni zaszeleścił pod ramieniem. Stała już kiedyś przed takimi zamkniętymi drzwiami. Trzynaście lat temu znalazła za nimi śmierć najbliższych. I choć o tym w tym momencie nie pomyślała, to mięśnie zapamiętały jak to jest przygotowywać oddech na najgorsze.
Musiała to przyznać. Bała się — nie jego, nigdy jego, tylko tego, co zastanie w środku i czego nie będzie potrafiła rozwiązać. Nie bała się, że przyjdzie niepotrzebnie, ale że przyjdzie za późno.
Nacisnęła klamkę. Ustąpiła od razu, nie była zamknięta, i Septima pomyślała z nagłym, nieprzyjemnym przebłyskiem, że ktoś czekający z otwartymi drzwiami, niekoniecznie robi to z czystej gościnności.
Ze środka buchnęło znajome, przyjemne ciepło. Nie zapaliła światła, nie wyjęła różdżki. Ciemność przyjęła ją bez szelestu, zasklepiając się nad głową jak woda nad kamieniem. Pozwoliła się jej pochłonąć. Jedna z głębokich wyrw pod żebrami, chciała przyjąć tę ciemność łapczywie, z tęsknotą za niespełnioną czułością. A teraz mogła stać się jednością z czymś, czego nawet nie można było chwycić.
Serce waliło jej wysoko, pod obojczykiem, nierówno i mocno, że czuła je aż w zębach trzonowych.
Z wnętrza domu nie usłyszała nic. Tuż pod rozgrzewającą ciepłotą, leżał znajomy zapach spalenizny, już stary, już wystygły, ale jeszcze nie na tyle, żeby dało się go przeoczyć. Nie był to kominek, wydedukowała.
— Savašie? To ja, Septima.
Nie czekając na odpowiedź, poszła przed siebie, za jakimkolwiek usłyszanym szmerem, całkowicie po omacku. Może coś nakazało jej choć na chwilę zanurzyć się do jego świata. A może szukała w nim czegoś innego.
Kocham drewno i duże bicepsy.