![]() |
|
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór (/showthread.php?tid=6453) |
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Savaš Gregorovitch - 20.09.2026 Został sam w domu Gregorovitchów, a ponure Little Hangleton zdawało się jeszcze bardziej pozbawione życia niż zwykle. Resztki jesiennego światła dogasały na szybach, a wraz z nimi pokoje powoli traciły domowy nastrój. Savaš znał tę porę dobrze. Smutek samotności przychodził wtedy pierwszy, jak przypływ, który przez cały dzień pozostawał niewidoczny, by wieczorem odnaleźć drogę do każdego pustego pomieszczenia. Nauczył się jednak z nim żyć. Jak człowiek, który po wielu latach przestaje walczyć z demonem i zamiast tego sadza go naprzeciw siebie. Nie wypędzał go, ale pozwalał mu mówić, a potem wykorzystywał jego czar. Na środku stołu ułożył narzędzia rytuału. Czarną świece, wiązkę tarniny, której gałęzie zostały wcześniej spalone na drobny, czarny popiół. Wiklinę oraz płytką miseczkę, w której popiół czekał na swoją przemianę. Zgasił wszystkie lampy. Pozostała tylko jedna świeca. Przez chwilę siedział nieruchomo przed jej płomieniem. Nie rozpoczynał zaklęcia. Najpierw musiał pozwolić smutkowi osiąść w sobie do właściwej głębokości. Rytuał wymagał ciszy, dogłębnej, duchowej i pozbawionej dźwięku. Potrzebował ciszy, w której człowiek słyszy własne myśli wyraźniej niż wszystko, co znajduje się poza nim. Przycisnął dłonie do swoich skroni z zamkniętymi oczami. Trwał tak kilka minut, aż ciężar przytłaczających, gnębiących myśli przelał się na jego ręce. Wtedy uniósł je i wystawił przed siebie, tuż nad płomieniem. Poczuł ciepło, co dodało mu przez moment sił, ale tylko na moment. Potem czekał dłużej i chwilę jeszcze. Aż do momentu, aż swąd palonej skóry mógł być wyczuwalny w pomieszczeniu. Nie czuł już bólu, to nie mogło go odwlec od czarno magicznego rytuału. Pozwolił myślom wrócić do jednego z tych wieczorów, które jego pamięć przechowywała z okrutną dokładnością. Nie przywoływał obrazu w całości. Wystarczył jej głos i tylko jedno zdanie. Nikt z nas nie jest niczym więcej niż krwią, która w nim płynie. Pierwsza łza spadła na popiół. Nie otarł jej. Druga. Trzecia, a potem jeszcze kilka kolejnych. Wilgotny popiół tarniny zaczął ciemnieć, nasiąkając czymś, co dla każdego innego byłoby jedynie oznaką słabości. Dla niego stało się składnikiem. Bazą. Gregorovitchowska magia znała przedmioty, które można było uczynić bardziej podatnymi na klątwę, jeśli odpowiednio przygotowano ich materię. Tarnina nadawała się do tego szczególnie dobrze, cierń, granica, drewno, które od dawna kojarzono z ochroną i przekraczaniem tego, czego przekraczać nie należało. Savaš zanurzył dwa palce w czarnym, nasiąkniętym łzami popiele. Dopiero wtedy rozpoczął pracę. Wiklina układała się pod jego dłoń w równy, cierpliwy splot. Nie spieszył się. Każde pasmo przechodziło nad drugim, każde skrzyżowanie było jak kolejna linia zaklęcia. Z czasem płaska mata zaczęła przypominać ozdobną ceratę przeznaczoną na stół. Wzór był subtelny, niemal elegancki. Z daleka wyglądałby jak przedmiot wykonany przez kogoś, kto chciał nadać zwyczajnemu posiłkowi odrobinę uroku. Savaš wiedział jednak, co ukrywał splot. Co pewien czas dotykał wikliny popiołem, zostawiając na niej czarne ślady. Przy każdym takim dotknięciu wypowiadał pojedyncze słowo inkantacji. Słowa miały zamykać się w materiale tak, jak jego smutek zamykał się w nim. Kiedy ostatni splot został ukończony, Savaš koniec różdżki na powierzchni maty. Płomień świecy wygiął się nagle w jego stronę. Wypowiedział ostatnią formułę. Nie było huku ani błysku. Tylko głęboka cisza, która na krótką chwilę zdawała się wypełniać cały dom. Potem płomień wrócił do normalnego kształtu. Klątwa została zamknięta. Każdy, kto zasiadłby do posiłku nad zaczarowaną matą, początkowo nie zauważyłby niczego. Dopiero później pojawiłoby się w nim poczucie przytłoczenia, niepokój bez wyraźnej przyczyny, smutek bez wspomnienia, żal bez źródła. Z czasem wszystko, co dobre, zaczęłoby wydawać się odległe i kruche. Nadzieja stawałaby się czymś naiwnym, niemal absurdalnym. Rozpacz narastałaby cierpliwie, aż zaklęcie zostałoby rozproszone. Savaš patrzył na gotowy przedmiot długo. Nie czuł triumfu. Nie czuł też winy. Ojciec kazał, syn wysłuchał. Zdmuchnął świecę. W ciemności czarna wiklina pozostała niewidoczna. Tylko zapach spalonej skóry wciąż wisiał w powietrzu, jak ślad po modlitwie skierowanej do czegoś, czego Savaš nigdy nie odważyłby się nazwać bogiem. Przełom przyszedł przez rzecz zupełnie błahą, niemal żałosną w swojej zwyczajności. Savaš nie dogasił świecy. Nie tak jak powinien. Zorientował się dopiero wtedy, gdy usłyszał zwęglający się pergamin za sobą. Płomień, pozostawiony na skraju stołu, musiał przechylić się podczas jego pracy i liznąć brzeg starej księgi. Była to jedna z tych staroruskich ksiąg, które ojciec przechowywał niemal jak relikwie, kruche karty, wyblakłe pismo, notatki naniesione przez kilka pokoleń Gregorovitchów. Savaš znał jej wartość. Wiedział, ile razy ojciec przestrzegał, by nawet nie stawiać przy niej filiżanki z herbatą. Teraz kilka kart było nadpalonych. Zamarł. Przez chwilę patrzył tylko na cienką strużkę dymu unoszącą się nad księgą. Potem gwałtownie zdusił płomień i ostrożnie odsunął świecę, jakby sam dotyk mógł pogorszyć sytuację. Palce zaczęły mu drżeć. To była jego wina. Nie żadna klątwa. Nie cudza magia. Nie los, który znów postanowił przypomnieć mu o własnej złośliwości. Jego nieuwaga. I nagle cały ten smutek, z którym nauczył się żyć, zmienił kształt. Smutek ustąpił miejsca czemuś ostrzejszemu. Lękowi Nie bał się samej kary. Bał się twarzy ojca, kiedy ten zobaczy zniszczoną księgę. Bał się rozczarowania, które mogło pojawić się w jego oczach, tego cichego, znacznie gorszego od gniewu. Tego spojrzenia, które mówiłoby, że nawet teraz, po wszystkim, po śmierci i powrocie, po całej tej próbie udowodnienia swojej wartości, Savaš wciąż potrafił zawieść. Przycisnął dłonie do twarzy. Oddech stał się płytki, choć jego ciało nie powinno przecież potrzebować oddechu tak jak dawniej. Myśli zaczęły biec jedna za drugą. Co jeśli ojciec wróci wcześniej? Co jeśli zauważy? Co jeśli uzna, że zrobił to przez lekkomyślność? Co jeśli… Kolejna łza spadła na nadpalony brzeg księgi. Tym razem nie była składnikiem rytuału. Była czystym strachem, a strach był inny. Nie dawał się prowadzić. Rozlewał się po nim bez kierunku i odbierał mu możliwość myślenia. Spojrzał na drzwi pracown i na pusty korytarz. Na miejsce, gdzie zwykle siedział ojciec. I wtedy, niemal wbrew sobie, pomyślał o Septimie. O jej dłoni zamykającej się na jego własnej. O cieple, które wtedy odpędziło wszystkie lęki. Po raz pierwszy samotność nie była już czymś, co mógł cierpliwie przeczekać. Savaš odsunął nadpaloną księgę, sięgnął po pergamin i przez dłuższą chwilę trzymał pióro nieruchomo nad pustą kartką. Potem zaczął pisać do ostatniego promienia światła, który pozostał mu jeszcze w zasięgu ręki. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=A7OUEUD.jpeg[/inny avek] RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - Septima Ollivander - 05.10.2026 Teleportacja wypluła ją na rozmokłą drogę kilkanaście kroków od cudzej furtki. Stała chwilę rozchwiana jak gibki pęd na wietrze, z trudem łapiąc pod stopami solidny grunt Little Hangleton. Wzgórza stały dookoła krucze i garbate, zamykając mieścinę niczym dłoń zamykającą się nad owadem; wyżej, na wzniesieniu, majaczył kościół z tą swoją powyginaną szybą, w której podobno widywano przedziwne rzeczy, a jeszcze dalej, już poza lichym horyzontem światła, ciągnęła się ciemniejsza od smoły kreska lasu. Powietrze tutaj było obrosłe wilgocią; od razu dopadła ją przenikliwa woń przegnitych nieustannym deszczem, starych liści, która na myśl przywiodła jej leśne ostatnie wędrówki z Savasem. Różnica była jednakże taka, że te kilka dni temu przechadzali się po znajomym, względnie bezpiecznym Epping Forest, a Little Hangleton nie znała prawie wcale, a słyszała za to wiele ciekawych historii. Septima nie wierzyła nawet w połowę tego, co opowiadano o tej uroczej dziurze, ale fakt faktem, przybyła tu w środku długiej, październikowej nocy z planem właściwie żadnym. Słońce nie miało wstać jeszcze przez kolejne kilka godzin, a jej ciało, niespokojne od momentu otrzymania niepokojącego listu, trwało w nieustępliwym stanie szukania zagrożenia. Z wiadomości co prawda nie wynikało, aby chłopakowi miało coś grozić. Ale kto pisał takie listy w środku nocy? Wiedziała, że ktoś kto potrzebował pomocy. Szła wzdłuż niskiego muru, przykładając do niego koniuszki palców jak dziecko liczące sztachety, a każda kolejna zroszona wilgocią cegła, wydawała się zimniejsza od poprzedniej. Gdzieś za plecami, od strony bocznej drogi, leżał czarodziejski cmentarz. Nie kusiło jej, by w jego kierunku odwrócić wzrok, ale z jakiegoś powodu zapamiętała sobie gdzie go znaleźć. Dom Gregorovitchów rozpoznała, zanim doszła do numeru. Wydawało jej się, że widzi w jednym z okien śreżogę mdławego światła, ale nie mogła być pewna, czy aby nie myli jej z blaskiem, wysuniętego leniwie w jasnych obłokach, księżyca. I dopiero wtedy, trzy kroki od furtki, dotarło do niej w pełnym brzmieniu to, co właśnie robiła. Przychodziła, wręcz skradała się, nocą do cudzego domu, bez wiedzy jego gospodarzy, do rodziny, która jej nie zapraszała i z całą pewnością by jej nie zaprosiła. Ona zaś stała przy ich furtce, o tej godzinie, z płaszczem narzuconym pospiesznie, w mieścinie, w której pokoleniami hodowano utalentowanych czarodziejów najczystszej krwi i w której każdy dom musiał mieć piwnicę wypełnioną trollami. W innych warunkach, znalazłaby w tym zapewne trochę dziecinnej frajdy, ale troska o chłopaka przyćmiewała jej patologiczne ciągotki. Furtka ustąpiła bez skrzypienia, co wcale jej nie uspokoiło, bo wokół siebie nie naliczyła żadnego innego dźwięku, poza tymi, które wykonywały jej trzewiki stąpające po chodniku. List leżał w kieszeni krzywo, bo w pośpiechu zapiętego, płaszcza, przeczytany dwukrotnie, zinterpretowany został wielokrotnie. Savaš nie napisał, co się stało. Napisał, że nie radzi sobie w ogóle, że dom jest zbyt pusty, że można nawet nie rozmawiać — same rzeczy nie do użycia, bez konkretu, kontekstu, którego dałoby się chwycić. Septima umiała naprawiać to, co można było dotknąć, zobaczyć, rozłożyć na części i złożyć z powrotem. Pęknięty trzon, rozwarstwiony rdzeń, włos ptaka skręcony nie w tę stronę; przy takich rzeczach wiedziała, od czego zacząć, bo widziała szkodę i znała dobrze swoje narzędzia. Jej własne dłonie. Namacalne. A ze wszystkim innym? Cholera, ze wszystkim innym szło jej po prostu źle. Dom stał bliżej, niż się spodziewała, i wyglądał zupełnie zwyczajnie. To ją właściwie rozczarowało, chociaż nie przyznałaby tego nawet przed samą sobą. Nie było przy ścieżce żadnych kości zawieszonych dla ostrzeżenia, żadnych zwierząt o złych oczach siedzących na murze, żadnej z tych rzeczy, którymi straszono dzieci różdżkarzy, kiedy wymawiano mroczne nazwisko Gregorovitch. Głupio się poczuła z tą swoją młodocianie naiwną wyobraźnią, tak jakby ktoś tam za drzwiami czyhał, kto potrafiłby wtargnąć do jej głowy. Może się co do tego nie myliła, ale chłopakowi ufała i wiedziała, że reszty domowników nie ma w domu. Uniosła do góry piąstkę. Ale nie zapukała. List w kieszeni zaszeleścił pod ramieniem. Stała już kiedyś przed takimi zamkniętymi drzwiami. Trzynaście lat temu znalazła za nimi śmierć najbliższych. I choć o tym w tym momencie nie pomyślała, to mięśnie zapamiętały jak to jest przygotowywać oddech na najgorsze. Musiała to przyznać. Bała się — nie jego, nigdy jego, tylko tego, co zastanie w środku i czego nie będzie potrafiła rozwiązać. Nie bała się, że przyjdzie niepotrzebnie, ale że przyjdzie za późno. Nacisnęła klamkę. Ustąpiła od razu, nie była zamknięta, i Septima pomyślała z nagłym, nieprzyjemnym przebłyskiem, że ktoś czekający z otwartymi drzwiami, niekoniecznie robi to z czystej gościnności. Ze środka buchnęło znajome, przyjemne ciepło. Nie zapaliła światła, nie wyjęła różdżki. Ciemność przyjęła ją bez szelestu, zasklepiając się nad głową jak woda nad kamieniem. Pozwoliła się jej pochłonąć. Jedna z głębokich wyrw pod żebrami, chciała przyjąć tę ciemność łapczywie, z tęsknotą za niespełnioną czułością. A teraz mogła stać się jednością z czymś, czego nawet nie można było chwycić. Serce waliło jej wysoko, pod obojczykiem, nierówno i mocno, że czuła je aż w zębach trzonowych. Z wnętrza domu nie usłyszała nic. Tuż pod rozgrzewającą ciepłotą, leżał znajomy zapach spalenizny, już stary, już wystygły, ale jeszcze nie na tyle, żeby dało się go przeoczyć. Nie był to kominek, wydedukowała. — Savašie? To ja, Septima. Nie czekając na odpowiedź, poszła przed siebie, za jakimkolwiek usłyszanym szmerem, całkowicie po omacku. Może coś nakazało jej choć na chwilę zanurzyć się do jego świata. A może szukała w nim czegoś innego. |