11.10.2026, 19:43 ✶
Zimą 1973 roku czarodzieje zaczęli widzieć świat w czerwieni.
Nikt nie wiedział, kiedy zaczęła się zaraza. Zenek też nie. Może złym pomysłem było ignorowanie tych dziwnie przekrwionych oczu, które stawiały się w kolejce po piwo. Ale to był Nokturn, tu się takich widywało. Kiedy przychodzili kilka dni później i trzęśli się przy stolikach, to też nie wzbudzało w obsłudze wątpliwości. No bo jak ktoś bierze, a potem przestaje, to go trzęsie, tak? Może w Ministerstwie poleciały jakieś nowe programy socjalne? Ale Ministerstwo nie miało wpływu na obieg nielegalnych substancji. Nie oficjalnie.
Stąd kolejną hipotezą Woody'ego było, że pojawił się nowy eliksir na rynku. Czerwony, tak jak twardówki tych, którzy nie wracali już nawet do domu. Jak ich Woody wyganiał, siadali pod lokalem i czekali na otwarcie. A potem przestał, bo kim Woody był, żeby ich wyganiać, jak i tak potem wejdą. Przesiadywali przy stolikach całą noc, i dzień. Nie zamawiali nic. Trzęsły im się ramiona. Wpatrywali się w nieokreślone punkty w ścianie. Każdy w inny. Zenek raz spróbował je określić. Brał długopis, podchodził do ściany i zaznaczał to kropkami. Kiedy chorych przenieśli do piwnicy (z trudem! Odmawiali współpracy!), oraz kiedy wejście do lokalu zostało trwale zamknięte, nie było już nic innego do roboty. Keyleth połączyła później wszystkie kropki muśnięciami farby.
Nudzili się strasznie wszyscy, zwłaszcza Keyleth. Jej wygląd wariował. W zamknięciu nabawiła się ADHD i przemieniała się średnio co godzinę. Wygląd brała od tych, co byli w piwnicy. Z pożółkłymi wąsami prosiła Asenę przy barze o wodę dla cierpiących (nie pili). Skręt jej włosia przybierał barwę słomy, taką, jaką niegdyś miała Salomea. Nawet w zarazie zrobili z niej królową samotnego stolika i siedziała sama przy ścianie, skulona przed innymi. Keyleth robiło się przykro i schodziła tam do niej. A mówili, nie chodź do chorych, nie schodź do szczurów.
Szczury. Na dole trzymali także szczury. Szczuroszczety. A jakże.
Szczuroszczety, niegdyś łakome i tłuste, przechodziły przemianę podobną do tej, co goście. Tylko że pierwszego szczuroszczeta z objawami zobaczyli jakiś miesiąc wcześniej. Gdy goście również nabrali tego czerwonego koloru białek, zrobili się wobec szczurów podejrzliwi. Tylko że szczuroszczety dawno już przeszły do następnego etapu choroby. Przeszły już dreszcze, a z pyska już od dawna sączyła im się piana. Krewetki przestały stanowić obszar zainteresowań. Najbardziej podniecała je… Nie, żeby zabrzmieć pompatycznie, no, ale właśnie krew. Tak było.
Zaczęli trzymać je w osobnych kratkach. A one nadal, chociaż chudły i ledwo miały siłę, jakoś jej nabierały, gdy dostrzegały w obszarze wzroku kolejnego szczuroszczeta.
Brygada Uderzeniowa prowadziła regularne patrole. Z właścicielem Rejwachu porozumiewali się przez okna. Z początku nikt nie wymagał, żeby ich wpuszczać, bo rozszalałe jednostki pojawiały się na ulicy. Kwarantanna stała się obowiązkiem każdego czarodzieja.
Między Woodym, Aseną, Zenkiem, Lewisem, Keyleth i Julienem zawarty został pakt. Nie mówić nikomu o szczuroszczetach. Może to natura zarazy, wisząca w powietrzu wraz z patogenami wszystkich cierpiących, robiła im coś w mózgu, że chronili pierwszych zakażonych. Może po prostu nie chcieli pójść siedzieć. W celi w Azkabanie na pewno nikt by ich nie zaraził.
A zatem drzwi wejściowe pozostawały zamknięte.
Chorzy w piwnicy przestawali się ruszać. Jeden po drugim, o różnych porach, padali na ziemię w konwulsjach. Z pysków toczyła się piana. Padali na ziemię i godzinami z niej nie wstawali, trzęsło nimi tylko w pozycji embrionalnej. Jakby byli robalami, które ktoś wrzucił na rozpaloną patelnię ze skwierczącym masełkiem. Asena kategorycznie zakazała Key-Key schodzić do chorych.
Mieszkańcy Rejwachu starali się przetrwać sanitarnie. Zapasy malały, kłótnie przybierały na sile; głównym przedmiotem sporu było to, co zrobić z chorymi. Woody chciał ich trzymać. Pomóc może; no jak to tak, żywych czarodziejów wydać aurorom na pożarcie? Na eksperymenty do Munga? Przecież nikt by się za nich nie wstawił.
Żywych? Asena zdawała się powątpiewać w te słowa. Była z tego drugiego obozu mieszkańców, którzy byli za tym, żeby bywalców po prostu się pozbyć. Wywalić z piwnicy, zagadać do Brygady, by ich z tego obowiązku uwolnili. Problem w tym, że wszyscy doskonale wiedzieli, co się działo ze złapanymi chorymi bez koneksji rodowych. Piwnica została trwale oddzielona od części mieszkalnej mocarnym zaklęciem. Drzwi i okna pozabijali dechami. Nikt nie chciał wiedzieć, jak wygląda ostateczny etap choroby.
Co wieczór składali anonimowe głosy. Jak dotąd, obóz ocalenia zdawał się wygrywać. Z czasem zaczęli zamykać się we własnych pokojach.
Keyleth, pozostawiona sama sobie, zrobiła jedną z długiej listy rzeczy, których Asena zakazała jej robić.
Poszła do szczuroszczetów.
Ich klatki zamknięto w najniższej kondygnacji piwnicy. Było do niej dojście po schodach; do obowiązków Lewisa należało sprawdzanie, czy szczuroszczety żyją, oraz czy choroba nie postępowała dalej. Jak dotąd wiedzieli tylko o etapie drgawek, embrionów i piany z pyska.
Keyleth stanęła przed drzwiami i skupiła się na przemianie. Niebawem do pokoju z klatkami wstępowała już jako fretka.
Z poziomu podłogi klatki wydawały się urastać aż do nieba. Sufit był nieskończenie wysoki dla istoty wysokości niewielkiego gryzonia. Czy wyglądał tak samo dla szczuroszczetów, patrzących na świat zza krat?
— Jak się macie? — zaczęła Keyleth w języku zwierząt. Nie była pewna, czy szczuroszczety ją zrozumieją, właściwie to nigdy nie próbowała z nimi tak rozmawiać. W pokoju zionęło ekskrementami i zaschniętą krwią.
— Czy zostaliśmy tu sami? — szczuroszczet w jednej z dolnych klatek wydawał się spanikowany. Piana mu ciekła z pyska, cały się trząsł, a oczy wychodziły mu z orbit. Przekrwione, szczurze oczy.
— Co? — Keyleth nie pamiętała już, jak nazywał się szczuroszczet z brudnym, zmatowionym futrem, z łysymi plackami podrapanej skóry.
— Co, jeśli zostaliśmy tylko my? Co, jeśli nie ma już żadnych ocalałych? — szczuroszczet płakał krwistymi łzami. Szczuroszczety wokół trzęsły się w klatkach.
Pierwszy szczuroszczet uderzył pyskiem w kraty. Potem drugi.
Kolejny szczuroszczet rzucił się zębami do metalu. Przygryzał kratę ze zdwojoną siłą.
Wypuścić. Wypuścić.
Keyleth nigdy czegoś takiego nie widziała.
Cofnęła łapę o jeden kroczek.
Zamknięci w pokojach mieszkańcy Rejwachu nie słyszeli, co działo się w piwnicy. To nie była godzina niczyjej warty.
Z powrotem w ciele człowieka, Keyleth powłóczyła po schodach w górę. Raz upadła, ale podniosła się i szła dalej. Krew kapała, kap kap.
Kiedy następnym razem spotkała ją Asena, Keyleth miała krwawe oczy.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
![[Obrazek: 06casyoxx8k.gif]](https://www.gigaglitters.com/g/06casyoxx8k.gif)
tydzień drugi