22.09.2026, 10:43 ✶
Christopher nie przyszedł dać jej kosza, ale gdy zobaczył, że dalej ma przed sobą nastolatkę, to w pewnym momencie dyskretnie spojrzał na zegarek. Pojawił się chyba jakieś pół godziny za wcześnie, bardzo starał się jednak robić dobrą minę do złej gry i powtarzał sobie w duchu, że zaraz przestanie mieć wrażenie, że umawia się z dziewczyną z Hogwartu i że musi bardzo uważać na każde wypowiadane słowo. Niesamowitego opanowania wymagało od niego, że tego nie skomentował, i że nie dopytywał, o której dokładnie to powinno puścić.
– Warzyłaś eliksiry? – spytał więc po prostu, bo zdało się mu, że czuje od niej lekki zapach dymu, który przywodził na myśl dni spędzane w lochach, kiedy pochylali się nad kociołkami i próbowali sprowadzać czkawkę oraz zaniki pamięci (nigdy nie pojmował, czemu nastolatków uczy się takich rzeczy, a potem spodziewa się, że nie użyją tego w złych celach – w jakich dobrych niby mogliby to wykorzystać?!). – Sowa chyba zostawiła ci Proroka dziś na wycieraczce… – dorzucił jeszcze.
A potem wydarzyły się rzeczy, których zdecydowanie się nie spodziewał i które zdawały się potwierdzać jego przypuszczenia, że może ktoś rzucił na Victorię jakąś klątwę sprowadzającą pecha. Ona się potknęła, on odruchowo wyciągnął rękę, próbując ją podtrzymać, a później cały świat zawirował.
Świstoklik, pomyślał jeszcze zaskoczony, zanim zarył kolanami w mech.
Puścił Victorię i niemal natychmiast sięgnął po różdżkę. Nie miał jakiegoś niesamowitego instynktu, ale w Anglii działy się rzeczy, które skłaniały do ostrożności, a ona była aurorką, którą właśnie przeniesiono w inne miejsce gazetą podrzuconą na próg domu. Chris nie wiedział, że to dowcip jakichś nieznośnych gówniarzy: jego głowa natychmiast zasugerowała jedno z dwojga.
Po pierwsze, miała jakichś wrogów, którzy chcieli ją skrzywdzić.
Po drugie, Cressidzie Avery odjebało i to jej sprawka.
Ale nie miał w kogo wycelować. Widział tylko drzewa i kawałek dalej, w prześwicie pomiędzy nimi, jakieś dwa czy trzy domy, które nawet z tej odległości wydawały się mugolskie.
– Wszystko w porządku? – upewnił się wstając. Odruchowo otrzepał spodnie, a potem zaczął się rozglądać, ale ani nie dostrzegał żadnego zagrożenia, ani nie rozpoznawał tego miejsca. – To był świstoklik? Tak sądzę – mruknął, spoglądając na gazetę leżącą wciąż na ziemi. Czy jeśli ją podniosą, zabierze im z powrotem…?
– Warzyłaś eliksiry? – spytał więc po prostu, bo zdało się mu, że czuje od niej lekki zapach dymu, który przywodził na myśl dni spędzane w lochach, kiedy pochylali się nad kociołkami i próbowali sprowadzać czkawkę oraz zaniki pamięci (nigdy nie pojmował, czemu nastolatków uczy się takich rzeczy, a potem spodziewa się, że nie użyją tego w złych celach – w jakich dobrych niby mogliby to wykorzystać?!). – Sowa chyba zostawiła ci Proroka dziś na wycieraczce… – dorzucił jeszcze.
A potem wydarzyły się rzeczy, których zdecydowanie się nie spodziewał i które zdawały się potwierdzać jego przypuszczenia, że może ktoś rzucił na Victorię jakąś klątwę sprowadzającą pecha. Ona się potknęła, on odruchowo wyciągnął rękę, próbując ją podtrzymać, a później cały świat zawirował.
Świstoklik, pomyślał jeszcze zaskoczony, zanim zarył kolanami w mech.
Puścił Victorię i niemal natychmiast sięgnął po różdżkę. Nie miał jakiegoś niesamowitego instynktu, ale w Anglii działy się rzeczy, które skłaniały do ostrożności, a ona była aurorką, którą właśnie przeniesiono w inne miejsce gazetą podrzuconą na próg domu. Chris nie wiedział, że to dowcip jakichś nieznośnych gówniarzy: jego głowa natychmiast zasugerowała jedno z dwojga.
Po pierwsze, miała jakichś wrogów, którzy chcieli ją skrzywdzić.
Po drugie, Cressidzie Avery odjebało i to jej sprawka.
Ale nie miał w kogo wycelować. Widział tylko drzewa i kawałek dalej, w prześwicie pomiędzy nimi, jakieś dwa czy trzy domy, które nawet z tej odległości wydawały się mugolskie.
– Wszystko w porządku? – upewnił się wstając. Odruchowo otrzepał spodnie, a potem zaczął się rozglądać, ale ani nie dostrzegał żadnego zagrożenia, ani nie rozpoznawał tego miejsca. – To był świstoklik? Tak sądzę – mruknął, spoglądając na gazetę leżącą wciąż na ziemi. Czy jeśli ją podniosą, zabierze im z powrotem…?