Secrets of London
[26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+---- Dział: Epping Forest (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=123)
+---- Wątek: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić (/showthread.php?tid=6450)

Strony: 1 2


[26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Victoria Lestrange - 20.09.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek]
26 IX 1972, późny ranek
Suma przypadków: Znów te przeklęte dzieciaki! + Stanie Zoi

[Obrazek: imgproxy.php?id=Ht3Ghex.png]

Gdy tego ranka wstała, cicho licząc na to, że przez noc być może siła klątwy zelżeje, bardzo się rozczarowała. Najwyraźniej faktycznie musiała odczekać pełną dobę i tego dnia, gdziekolwiek się w domu nie udała, miała ze sobą zegarek – i to nie tylko taki na nadgarstku, ale też stojący, porcelanowy, który stawiała przed sobą, by mogła się wpatrywać w jego tarczę. A czas jakby irytująco zwolnił, bo teraz każda sekunda wydawała się trwać dwa razy dłużej niż normalnie, a przecież już dawno wyrosła z tego czasu, w którym jeden miesiąc dłużył się tak, jakby to był cały rok. Skoro jednak miała dzisiaj dzień wolny (bo wczoraj, gdy przytrafiło jej się to, co przytrafiło, oprócz zwolnienia się z pracy, przezornie wzięła jeszcze kolejny, nie wiedząc, o której dokładnie ta klątwa puści – na szczęście dyspozytorka Everlight nie robiła z tego problemu, widząc, w jakim aurorka jest stanie), to zeszła do swojej pracowni alchemicznej, którą już sobie tutaj urządziła, chcąc trochę poeksperymentować… Pogodziła się już z tym, że ciągle odczuwa zimno, ale chciała trochę zmodyfikować eliksir rozgrzewający, tak, by inni nie musieli się wzdrygać w jej obecności oraz aby wydłużyć jego działanie, żeby nie musiała zażywać go co godzinę. Miała podwaliny do tego typu projektu, chcąc zrobić taki eliksir „kamuflażu” dla wampirów, ale dla niej… przynajmniej z założenia… powinno być to trochę prostsze, bo chodziło jedynie o imitację ludzkiego ciepła przez kilka godzin. Tak, chodziło o Chrisa, a o kogo by innego… Zainspirował ją już przynajmniej drugi raz, by się o siebie zatroszczyła.

Kombinowała więc w swojej pracowni, co jakiś czas zerkając na ten cholerny zegarek, ustawiony centralnie tak, by ciągle go widzieć i… chyba to nawet trochę pomogło, bo czas jakoś trochę szybciej minął, z poranka zrobił się późniejszy ranek – nadal nie samo południe, ale już… już prawie. A ona ciągle była tą cholerną nastolatką! Przynajmniej eliksir skończył się warzyć, zanotowała ostatnie rzeczy w swoim notatniku, by w razie czego móc do tej receptury wrócić, po czym przyjęła solidną porcję…


// Wiedza przyrodnicza ◉◉◉◉○
[roll=PO]

Nie czuła różnicy. Ale nie ona powinna ją czuć. Cóż, przynajmniej nie wyrosły jej na czole żadne czółki… A chwilę później zjawiła się skrzatka, mówiąc, że panicz Rosier pukał do drzwi…

Victoria wyszła więc na górę, zdziwiona, że przyszedł tak wcześnie, ale jednocześnie… czuła jakąś dziwną ulgę, bo blondyn najwyraźniej nadal chciał się z nią spotykać… No chyba że przyszedł jej właśnie dać kosza, bo nadal wyglądała jak gówniara…? Na Matkę, oby to nie było to…

Bo niestety Victoria nadal nie miała dobrych wieści: ciągle wyglądała jak nastolatka. Ale… doba jeszcze nie minęła.

– Dzień dobry, dobrze cię widzieć – przywitała się i uśmiechnęła lekko. – Nic się niestety przez noc nie zmieniło, ale nie zrobiłam się jeszcze młodsza, to też dobrze… – mruknęła, nieco tylko zakłopotana, a kiedy powiedział coś o gazecie na wycieraczce, to aż zmarszczyła brwi. – Gazeta? Jaka znowu gazeta. Dzisiejszego Proroka przyniosła mi sowa – stwierdziła, gładko przechodząc przez przedpokój, by zamaszyście otworzyć drzwi. No… gazeta rzeczywiście tam leżała.

***

Victoria nie umiała wytłumaczyć tej krótkiej serii wydarzeń, jaka właśnie miała miejsce. Bo w jednej chwili otwierała drzwi, Christopher był tuż za nią, w drugiej potknęła się, jednak nie dość dobrze panując nad tym ciałem, Rosier próbował ją chyba złapać, by nie wyrżnęła na twarz, zdążył pochwycić ją za dłoń, ona poleciała do przodu, dość niefortunnie drugą ręką dotknęła gazety i…

Chwilę później wylądowali… gdzieś. Wokół były drzewa, może niezbyt wysokie, ale nadal. I nigdzie nie było widać jej domu.

– Co do… – mruknęła, rozglądając się wokół.




RE: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Christopher Rosier - 22.09.2026

Christopher nie przyszedł dać jej kosza, ale gdy zobaczył, że dalej ma przed sobą nastolatkę, to w pewnym momencie dyskretnie spojrzał na zegarek. Pojawił się chyba jakieś pół godziny za wcześnie, bardzo starał się jednak robić dobrą minę do złej gry i powtarzał sobie w duchu, że zaraz przestanie mieć wrażenie, że umawia się z dziewczyną z Hogwartu i że musi bardzo uważać na każde wypowiadane słowo. Niesamowitego opanowania wymagało od niego, że tego nie skomentował, i że nie dopytywał, o której dokładnie to powinno puścić.
– Warzyłaś eliksiry? – spytał więc po prostu, bo zdało się mu, że czuje od niej lekki zapach dymu, który przywodził na myśl dni spędzane w lochach, kiedy pochylali się nad kociołkami i próbowali sprowadzać czkawkę oraz zaniki pamięci (nigdy nie pojmował, czemu nastolatków uczy się takich rzeczy, a potem spodziewa się, że nie użyją tego w złych celach – w jakich dobrych niby mogliby to wykorzystać?!). – Sowa chyba zostawiła ci Proroka dziś na wycieraczce… – dorzucił jeszcze.
A potem wydarzyły się rzeczy, których zdecydowanie się nie spodziewał i które zdawały się potwierdzać jego przypuszczenia, że może ktoś rzucił na Victorię jakąś klątwę sprowadzającą pecha. Ona się potknęła, on odruchowo wyciągnął rękę, próbując ją podtrzymać, a później cały świat zawirował.
Świstoklik, pomyślał jeszcze zaskoczony, zanim zarył kolanami w mech.
Puścił Victorię i niemal natychmiast sięgnął po różdżkę. Nie miał jakiegoś niesamowitego instynktu, ale w Anglii działy się rzeczy, które skłaniały do ostrożności, a ona była aurorką, którą właśnie przeniesiono w inne miejsce gazetą podrzuconą na próg domu. Chris nie wiedział, że to dowcip jakichś nieznośnych gówniarzy: jego głowa natychmiast zasugerowała jedno z dwojga.
Po pierwsze, miała jakichś wrogów, którzy chcieli ją skrzywdzić.
Po drugie, Cressidzie Avery odjebało i to jej sprawka.
Ale nie miał w kogo wycelować. Widział tylko drzewa i kawałek dalej, w prześwicie pomiędzy nimi, jakieś dwa czy trzy domy, które nawet z tej odległości wydawały się mugolskie.
– Wszystko w porządku? – upewnił się wstając. Odruchowo otrzepał spodnie, a potem zaczął się rozglądać, ale ani nie dostrzegał żadnego zagrożenia, ani nie rozpoznawał tego miejsca. – To był świstoklik? Tak sądzę – mruknął, spoglądając na gazetę leżącą wciąż na ziemi. Czy jeśli ją podniosą, zabierze im z powrotem…?


RE: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Victoria Lestrange - 22.09.2026

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek]

Mógł tego wcale nie robić dyskretnie, bo by się nie obraziła. Z ich dwójki, stan, w którym się znajdowała, prawdopodobnie to ją drażnił mimo wszystko bardziej, bo i ona ciągle się gapiła na te wszystkie zegarki dosłownie co minutę, w porywach do pięciu. I bardzo nie mogła się doczekać południa, bo właśnie mniej-więcej wtedy ten cholerny poltergeist ją przemienił, a to miało trwać maksymalnie dobę…

Kiwnęła głową na znak, że tak, warzyła. Nie zdążyła go jednak zapytać, czy być może czuje różnicę w ciepłocie jej dotyku, bo wtedy właśnie nastąpiła seria zdarzeń, która spowodowała, że wylądowali w lesie. Christopher wygrzebał różdżką, a ona też, pierwsze co, to ją wyciągnęła z kieszeni, to był odruch. Musiało to wyglądać komicznie: dorosły mężczyzna w płaszczu i dziewczyna w codziennej, ciemnofioletowej sukni, raczej takiej, jaką noszą dorosłe kobiety, a nie nastolatki, ściągniętej teraz mocniej na plecach, by ukryć, że nie była wybitnie dopasowana, w domowych pantofelkach, pośród drzew.

Nikogo tu nie było, prócz nich, szumu liści i ptaków, których ćwierkanie słychać było, pomimo pory roku, gdzieś pomiędzy drzewami.

– Och na brodę Merlina! – zaklęła pod nosem, gdy już, może trochę niepewnie, opuściła różdżkę, i podniosła się, równie odruchowo się otrzepując. W jej głosie faktycznie słychać było poruszenie, miast standardowego spokoju. – Tak, tak, w porządku. A z tobą? Cholera, przepraszam cię strasznie, potknęłam się, niby to tylko nie wiem, trzy albo cztery centymetry wzrostu mniej, ale nie umiem sobie za każdym razem idealnie wszystkiego wymierzyć. To chyba cud, że nic mi dzisiaj w twarz nie wybuchło w pracowni – paplała, ewidentnie zdenerwowana. Spojrzała przy tym na Chrisa, żeby się na własne oczy upewnić, że faktycznie nic mu nie jest. – Tak, świstoklik – mruknęła, patrząc na gazetę, która teraz leżała u jej stóp pomiędzy liśćmi. – Czekaj, trzymaj się, może to też powrotny – i ponownie złapała Chrisa za rękę, ale tym razem z premedytacją, i schyliła się, by złapać gazetę.

Absolutnie nic się nie stało. To był po prostu kawał gazety. I to nawet nie dzisiejszej, bo kiedy Victoria patrzyła na nią ze złością, to zobaczyła przedwczorajszą datę wydania. Nie zamierzała się tak poddawać, bo skoro świstoklik nie zadziałał w drugą stronę i nadal trzymała Chrisa, to warto było się po prostu teleportować z powrotem. Skupiła się na celu, robiła to przecież tak wiele razy i…

Nic.

I dopiero teraz złość na jej twarzy ustąpiła lekkiej panice.

– No nie. Nie wierzę, że znowu utknęliśmy gdzieś, gdzie nie działa teleportacja! – warknęła i naprawdę niewiele brakowało, a rozkopałaby te liście ze złością. Na szczęście się powstrzymała. Teraz nie było żadnej burzy, pogoda była nawet… niczego sobie. Tylko gdzie oni w ogóle byli?

Rozważania nad tą kwestią przerwał jej ostry ból głowy i brzucha, aż sapnęła i skuliła się, puszczając Chrisa, przyciskając rękę do brzucha, aż upuściła swoją różdżkę. I tak nagle, jak się ten ból zaczął, tak szybko się skończył, a jej kończyny wydłużyły się nieznacznie, kształty zaokrągliły, rysy twarzy wyostrzyły, a sama Victoria… cóż. Miała wrażenie, że teraz za mocno ściśnięta wstążką sukienka, ściska ją i uwiera, przez co aż trudno się oddychało (jak dobrze, że nie nosiła więc gorsetów). Lestrange wróciła do swojej właściwej, dorosłej formy. I jedyne, co się różniło to to, że nie była tak lodowata (choć nadal czuła jedynie zimno).

– Uhh, niedobrze mi jakoś – powiedziała, chrząknęła i dopiero się zorientowała, że brzmi też… normalniej.




RE: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Christopher Rosier - 25.09.2026

– Nie, nic mi nie jest, ale… kto to zostawił na twoim progu? Bo zakładam, że nie rzucasz pod drzwi przypadkowych świstoklików – powiedział Christopher, dość mocno zdezorientowany i tym wszystkim zaniepokojony. Potknięcie Victorii było akurat najmniejszym problemem (nawet jeśli po tym, jak próbował ją złapać, to gdy tu wylądowali puścił ją dość szybko, głównie dlatego, że wciąż była nastolatką i czułby się trochę głupio obejmując taką, zwłaszcza gdyby ktoś zobaczył).
Bez protestów ujął jednak jej dłoń, gdy sięgała po gazetę. Nie był jednak jakoś szczególnie zaskoczony, gdy nie zadziałało. Za to kiedy nie udało się im teleportować…
– Tam widać jakieś zabudowania… ale nie jestem pewien, czy powinniśmy podchodzić, czy najpierw rozejrzeć się po okolicy – stwierdził w końcu, starając się powściągnąć nagłą irytację, bo też nie wierzył, że znowu utknęli gdzieś, gdzie nie działa teleportacja. Jeszcze ostatnim razem mieli całkiem wygodne fotele i ciasto, a teraz? Teraz to nawet żadnego deserku! – Bo przecież… ta gazeta miała cię tutaj ściągnąć.
Spróbował teleportować się pod najbliższe drzewo, by sprawdzić, czy to nie sprawa zbyt dużej odległości. Zaklął cicho, gdy zamiast zniknąć i pojawić się parę metrów dalej, tylko wykręcił piruet, tak że poły płaszcza zatańczyły w powietrzu, a Chris z pewnym trudem zachował równowagę. Tak, teleportacja nie działała, z nieba zaś nie spadła ani kropla deszczu, i zdecydowanie nie była to wina warunków atmosferycznych. Machnął różdżką, ale odetchnął, gdy posypały się z niej zielone iskry: przynajmniej tyle, że to tylko teleportacja, nie cała magia.
To mógł być albo bardzo idiotyczny dowcip, przerzucający na miejsce, gdzie naturalnie nie da się teleportować, albo jakaś wyrafinowana pułapka. I Chris zrobił się nagle bardzo podejrzliwy wobec tych domów, które zresztą nawet z tej odległości przypominały trochę ruiny. Nie zdążył jednak postąpić ku nim ani kroku, żeby się przyjrzeć, bo Victoria nagle skuliła się, jakby z bólu.
– Victoria? – spytał przerażony, przykucając przy niej, bo nie mógł się teleportować, nie znał się na medycynie, a ona zdawała się zwijać z bólu, i do licha, to nie mógł być przypadek!!! Ale… ale był. Bo nagle, gdy się wyprostowała, patrzyła na niego już ze swoją obecną twarzą, może tylko trochę pobladła i Chris odetchnął z ulgą. – Wyglądasz wspaniale – ocenił, a potem uśmiechnął się, odrobinę zakłopotany. – To chyba przez to, że klątwa puściła. Znowu jesteś sobą.
Przynajmniej tyle. Jeśli już miał utykać na pustkowiu, to wolał z „normalną” Victorią niż z nastoletnią.


RE: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Victoria Lestrange - 27.09.2026

– Nie wiem… od wczoraj nie ruszałam się z domu – skrzywiła się lekko. Rzeczywiście, gdy zwolniła się już z pracy, to wróciła do domu i nie zamierzała się nigdzie pokazywać w takim stanie. Oglądał ją taką Christopher, bo postanowił ją odwiedzić, ale poza tym to nosa nie wystawiła z domu, żeby przypadkiem ktoś jej takiej nie zobaczył. – Ta gazeta była wydana przedwczoraj. To musi być jakaś świeża sprawa – ale chyba wczoraj, gdy Chris zjawił się z szatą dla Victorii, to nie widział gazety przed drzwiami? Victoria celowo wybrała dla siebie takie odludzie, żeby mugole jej nie niepokoili (nawet jeśli widziała świata wsi po drugiej stronie jeziora), zapewne dla nich była jakąś bogatą ekscentryczką i do tej pory nie bardzo widziała, żeby ktoś się tu kręcił. Jeśli zaś chodziło o czarodziejów, to raczej niewielu wiedziało, jaki jest jej obecny adres zamieszkania, bo nie bardzo się tym chwaliła i wiedzę o tym miała tylko najbliższa rodzina i przyjaciele… czy jakoś się zdradziła? Czy może ktoś po prostu wiedział, że to dom czarodziejów i postanowił zrobić psikusa? Również nie mogła się oprzeć wrażeniu, że była to jakaś pułapka.

– Może rozejrzyjmy się najpierw… żebyśmy w ogóle wiedzieli, gdzie potencjalnie jesteśmy – zaproponowała jeszcze, nim klątwa regresu wieku zaczęła ustępować.

Popatrzyła trochę z niezrozumieniem na Christophera, ale zaraz uśmiechnęła się blado, gdy otrzymała ten nagły i niezbyt spodziewany komplement (ale nadal miły!). Nawet jeśli przywykła do ich otrzymywania, to usłyszenie tego z ust mężczyzny, z którym ostatnio całkiem sporo flirtowała, było miłą odmianą od tego, do czego była przez ostatnie pół roku przyzwyczajona.

– Och! – rzuciła na jego dodatkowe wyjaśnienie i spojrzała po sobie bardzo krótko, dotarł też do niej sens jego słów i tego komplementu. W końcu była sobą. Westchnęła z ulgą. – Dziękuję – dodała, ponownie patrząc na Rosiera, choć wcale nie z zakłopotaniem. Schyliła się po swoją różdżkę, wyprostowała się, wygładziła sukienkę, poprawiając ja tu i tam, lekko poluzowała wiązanie z tyłu pleców i odetchnęła. – W końcu, na Matkę.

Ona też wolała się z Christopherem gubić gdziekolwiek w swojej dorosłej wersji.

Przynajmniej jeden problem był z głowy. A tymczasem…

– Chodź, zobaczymy, co jest z tej strony – dodała, nie zamierzając, póki co, zbliżać się do widocznych stąd domów – wolała się zorientować co i jak. Poprowadziła ich więc bardziej na prawo, trochę na chybił trafił. Nie uszli jakoś specjalnie daleko, gdy ich oczom ukazała się… bardzo osobliwa rzeźba. Kobieta wyglądała niemalże jak żywa, biegła dokądś, z przerażeniem zastygłym na kamiennej twarzy.

W środku lasu.




RE: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Christopher Rosier - 29.09.2026

– Czyli mogli podrzucić to równie dobrze już wczoraj albo nawet jeszcze wcześniej w nocy – podsumował Christopher. Owszem, sam nie widział jej, gdy przyszedł, ale po prawdzie nie był pewny, czy to o czymś świadczy. Jeżeli coś analizował, to najczęściej palety barw i dobór odpowiedniego kroju, nie należał więc do osób najbardziej spostrzegawczych na świecie. Zaaferowany szatą, którą przyniósł Victorii, mógł zwyczajnie przestąpić nad gazetą i nie zwrócić na nią uwagi. Albo podrzucono tę, gdy był w środku lub tuż po tym, jak poszedł – a nie został szczególnie długo, bo jednak trochę dziwnie czuł się w towarzystwie nastoletniej Victorii.
– Myślałaś o jakichś zabezpieczeniach? Zaklęciach ukrywających dom albo chociaż jakimś… alarmie przy wejściu? – zapytał. Nie miał pojęcia, jak mogłoby to działać, ale może istniały odpowiednie mechanizmy? Bo to nie było normalne, żeby znajdować na swoim progu gazetę, teleportującą cię donikąd, a przynajmniej Christopher właśnie tak uważał.
Jedynym plusem tej całej sytuacji było to, że Victoria doszła do siebie. I wróciła do własnego wieku, a Christopher jednak wolał zdecydowanie ją w starszym wydaniu, i chyba przestało jej być niedobrze – doskonale, bo gdyby faktycznie okazało się, że zachorowała albo oberwała jakąś klątwą, to tym razem prawdopodobnie by spanikował. Całkiem odruchowo, bez namysłu, sięgnął by pomóc jej poprawić tę suknię: siła nawyku, robił to wszak w pracowni wiele razy, i nawet w pierwszej sekundzie nie pomyślał, że teraz mogło nabierać innego znaczenia, a potem kiwnął po prostu głową. Pole antyteleportacyjne nie mogło przecież ciągnąć się w nieskończoność, Rosier miał więc nadzieję, że obejdzie się bez zaczepiania ludzi w tych ruderach. To mogli być mugole. Mogły być opuszczone. Albo nie bez powodu teleportowano ich właśnie tutaj i kryła się za tym jakaś pułapka. Ruszył więc po prostu w las, starając się nie zabić na korzeniach i nierównym gruncie, bo nie bywał w takich miejscach na tyle często, by nabrać wprawy w leśnych wędrówkach. I kiedy najpierw zabił komara na szyi, a potem omal nie wlazł w wielką pajęczynę, utwierdził się w przekonaniu, że nie stanie się to jego ulubioną rozrywką.
Posąg oczywiście zwrócił jego uwagę, gdy dotarli do niego pośród drzew. Nie pasował zupełnie do lasu, nie spodziewałby się tu czegoś takiego, zwłaszcza tak starannie wykonanego. Przystanął, lustrując rzeźbę spojrzeniem: każda fałda ubrania była pięknie wykonana, emocje na twarzy doskonale oddane.
– Trzeba przyznać, że wykonał ją ktoś wprawiony w swoim fachu – stwierdził z uznaniem. – Dziwne, że stoi tutaj, nie w jakimś muzeum – dodał. A rozpraszanie? Jemu nawet nie przyszło do głowy czarować: dla niego był to posąg w bardzo dziwnym miejscu.


RE: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Victoria Lestrange - 30.09.2026

Victoria kiwnęła głową – to były dostępne możliwości, a jej brakowało danych. Sama nie zerkała za drzwi, bo zwyczajnie nie spodziewała się, że będzie tam na nią coś czekać, no a wczoraj nie wystawiała nawet nosa poza ściany własnego domu. Skrzatka czasami zerkała na zewnątrz, ale najwyraźniej na nic się nie natknęła, albo tym razem nie patrzyła…

– Ogólnie to myślałam… Ale nie wiem, ile z tego wyjdzie – póki co jedynie zabezpieczyła swój dom przed ogniem. Co prawda wątpliwe, by Spalona Noc się powtórzyła, natomiast… Cóż, Victoria była odporna na ogień, ale jej koty już nie i bardzo boleśnie sobie to uświadomiła we wrześniu, że powinna była kamienicę w Londynie tak zabezpieczyć. Tutaj nie zamierzała popełniać podobnego błędu. Zastanawiała się również nad dodatkowym zabezpieczeniem, choć głównie na niewpuszczanie niechcianych ludzi do domu, do holu, ale jeszcze nie zdecydowała w jaki sposób, ewentualnie myślała nad jakimś ukrytym przejściem – a więc nie do końca alarm na drzwi. – Obawiam się, że samo ukrycie domu może być trudne, bo stoi tam już od jakiegoś czasu i wiedzą o nim mugole z wioski, chociaż traktują to chyba bardziej jako ciekawostkę… Ale myślałam, żeby zabezpieczyć samo wejście do domu – wyjaśniła. – Tyle, że… No niewiele osób wie, że się przeprowadziłam i gdzie, bo się tym nie chwalę na lewo i prawo… Więc ta gazeta… No nie wiem, jak mnie ktoś wyśledził. Chyba że to naprawdę przypadek, bo wcześniej ten dom należał do czarodzieja, a później przeszedł w ręce mugola, który ewidentnie źle się tam czuł i nie chciał tam mieszkać, więc go sprzedał. Może ktoś usłyszał, że się ktoś wprowadził i zrobił głupi kawał… Nie wiem – bo inaczej ktoś musiałby ją śledzić bardzo, jak się teleportuje, jak używa sieci fiuu, musiałby w ogóle wiedzieć kiedy śledzić i mieć do tego możliwości i w ogóle… A o przeprowadzce wiedziała rodzina, przecież wzięła ze sobą Primrose (Daphne, po krótkim zatrzymaniu się w Maida Vale, już tam została), zgłosiła to również w pracy, ale dostęp do dokumentów nie miał byle kto…

Zamarła, kiedy wyczuła dotyk Christophera chcącego jej pomóc z poprawieniem sukni, ale nie oponowała, zabrała tylko swoje ręce, by mu nie przeszkadzać – jemu faktycznie zrobić to było łatwiej, nawet jeśli można to było odebrać… inaczej. Ale to przecież nie tak, że to po raz pierwszy Chris pomagał jej z ubraniem (albo z elfem wplątanym we włosy…). A gdy ruszyli, to ona zerkała na Rosiera, by w razie czego nie zrobił sobie krzywdy na nierównym, leśnym terenie.

– Wiesz co… Ja ją już chyba kiedyś widziałam – stwierdziła, przyglądając się rzeźbie z uwagą, mrużąc lekko oczy. – To była jedna z pierwszych moich spraw tuż po zdaniu egzaminu aurorskiego. Wysłali wtedy mnie i Atreusa do lasu, pamiętam z tego głównie to, że była zima, a Bulstrode wyczarował sobie krzesełko na środku lasu, siedział sobie, a mi kazał odwalić całą robotę, czyli sprawdzić tę rzeźbę… Ale nic z tego nie wyniknęło za bardzo – czy to była jedna z tych historyjek, których Victoria o Atreusie miała pełno… ano tak. – Natomiast to oznacza, jeśli to ta sama rzeźba, że jesteśmy nadal w Anglii – mruknęła. – Pamiętam, że w tej rzeźbie było coś osobliwego… W sensie… Chyba krwawiła? Albo płakała? – Victoria lekko zmrużyła oczy. – Ale też nie wiem, czemu jest w lesie, a nie w muzeum.




RE: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Christopher Rosier - 01.10.2026

Marszczył tylko brwi, nie komentując tego wywodu, bo ani nie był śledczym, ani się na tym wszystkim nie znał, ale uważał, że cała historia brzmiała niepokojąco. No bo jeśli nikt niemal nie wiedział, gdzie się przeprowadziła, a w okolicy mieszkali mugole, kto podrzucił tę gazetę? Nic ich nie atakowało, nie wydawało się, że znaleźli się w jakimś szczególnym niebezpieczeństwie, ale ktoś aż tak się postarał z głupim żartem…? Zaczynało to brzmieć może nie jakby ktoś czyhał na Victorię, ale na pewno ją prześladował.
– Hej – rzucił, nagle coś sobie uświadamiając i na moment zapominając o posągu. Jakoś nie zwrócił wielkiej uwagi na to wcześniej, może bo gdy na przykład tańczyli, Victoria nosiła rękawiczki, więc po prawdzie dotykał jej dłoni tylko parę razy, może bo cała ta sytuacja z nagłym przeniesieniem wybiła go z rytmu i utrudniała kojarzenie. – Nie jesteś aż tak zimna, jak wcześniej?
Trochę go to skonsternowało. Gdyby był człowiekiem bardziej podejrzliwym, może przyszłoby mu teraz do głowy, że to w ogóle nie jest Victoria, ale taka myśl nawet nie powstała w jego umyśle. Był raczej zaskoczony. Znaleziono „lekarstwo”? Przeszło samoistnie? Sięgnął nawet po jej dłoń, żeby ją ująć, by się upewnić, ale choć skóra zdawała się mu chłodna, to nie lodowato zimna, jak wcześniej.
– Coś się stało? – spytał, przypatrując się jej, i dopiero po chwili znowu przeniósł wzrok na posąg. – Cały Atreus – skwitował, trochę nieuważnie, bo spoglądał na dziewczynę i aż wzdrygnął się lekko. Krwawiła? Płakała? Czy była człowiekiem zaklętym w kamień, czy po prostu wyjątkowo udaną rzeźbą, zaklętą w taki sposób, że udawała człowieka? Wyciągnął nawet różdżkę i przez moment bliski był rzucenia zaklęcia rozpraszającego.
A potem ją opuścił.
Bo czy chciał widzieć, jak ta dziewczyna krwawi albo płacze?
– Rozumiem, że nie da się z nią nic zrobić, skoro to sprawdzaliście, a ona ciągle tu jest? – zapytał. I pomyślał, że w tym wypadku woli nie wiedzieć, czy to dzieło jakiegoś artysty czy ktoś zaklęty. Że i tak nie był kimś, kto zdoła jej pomóc, nie chciał więc brać tego na siebie jako ciężar. – Natknęliście się na nią tutaj? Wtedy teleportacja pewnie działała? – dodał i ponownie spróbował, ale wciąż nie wychodziło. Westchnął, bo wyglądało na to, że będą musieli wrócić jednak do tej wioski i może przynajmniej spytać o nazwę okolicy. Ale jeżeli tak jak mówiła Victoria, znajdowali się pod Londynem, to już był jakiś postęp. Prędzej czy później gdzieś dotrą, nawet na piechotę.


RE: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Victoria Lestrange - 01.10.2026

Na pewno można było to wszystko uznać za… wyjątkowo pechowy tydzień. Codziennie działo się coś, i Victoria gdzieś podświadomie zaczynała się zastanawiać, czy to nie jest jakaś… wiadomość wysyłana przez wszechświat, dotycząca zbliżającego się wielkimi krokami Samhain? Nie była pesymistką z natury, bardziej realistką, ale nawet ona musiała przyznać, że coś jest na rzeczy. Chociaż może… ten pech zdąży się do Samhain wyczerpać?

– Tak? – zareagowała na to nagłe „hej” i odwróciła spojrzenie od posągu, by popatrzeć sobie na Chrisa pytająco, jak zwykle trochę zadzierając głowę w górę, bo Rosier był od niej sporo wyższy. – Och, nie jestem? Czyli zadziałało? Cudownie – Victoria uśmiechnęła się z jakimś takim rzadko widywanym u niej samozadowoleniem i nie oponowała, kiedy Chris sięgnął po jej dłoń. Chłodną, bo był koniec października, a ona nie miała na sobie żadnego płaszcza, ale nie lodowatą w ten ziejący, nieprzyjemny sposób. – Pracowałam nad tym cały ranek, prawdę mówiąc. Próbowałam stworzyć eliksir, który by sprawił, że dla innych nie będę tak nieprzyjemnie lodowata… Skoro tego tak nie czujesz, to znaczy, że zadziałało. Bo mi jest ciągle bardzo zimno, to nic nie zmieniło – powiedziała zaraz, lekko zaciskając palce na jego dłoni, jakoś z nową pewnością, skoro nie była tak zimna jak wcześniej.

Jakoś poprawiło jej to humor: fakt, że wyszedł jej eliksir, była to nieodmiennie dziedzina, która ją uspokajała, nie zawodziła, a potknięcia wiedziała jak naprawić. Nawet w tak pechowym okresie.

– Wiesz no, aurorzy zajmują się czarną magią w ogólności, czarnoksiężnikami i obiektami czarnomagicznymi w szczególności… Dostaliśmy jakieś zawiadomienie o dziwnej rzeźbie w środku lasu, ale nie stwierdziliśmy, żeby miała strzelać z oczu jakimiś raniącymi światłami, albo coś, chociaż przyznaję, że ściąganie dwójki aurorów do rzeźby w lesie było… osobliwe – powiedziała, ponownie przyglądając się rzeźbie. Nawet ją sobie okrążyła, oglądając z każdej strony. – Doszliśmy do wniosku, że to jakieś magnum opus rzeźbiarza-fetyszysty, żadne z nas nie znało się na zaklinaniu dzieł sztuki i zostawiliśmy ją w tamtym miejscu, ale… Nie dam sobie ręki uciąć, że to było właśnie to miejsce – obejrzała się teraz dookoła na drzewa. Ale no miało być jakieś inne? – Wtedy teleportacja zdecydowanie działała, ale i tak musieliśmy trochę pochodzić po lesie, zanim ją znaleźliśmy.




RE: [26.10.1972] Bo czasami trzeba się na chwilę zgubić - Christopher Rosier - 06.10.2026

– Czyli to eliksir, który emituje ciepło, ale nie ogrzewa ciebie? – zapytał, trochę niepewnie, bo cóż, akurat może i był Ślizgonem, a opiekunem ich domu był mistrz eliksirów, ale Chris zwyczajnie nie celował w tej dziedzinie. Nie cierpiał siekać korzonków, wyciskać oczu traszki i tych wszystkich innych obrzydlistw, więc z roku na rok bardziej się prześlizgiwał, nadrabiając pewne rzeczy teorią albo robieniem słodkich oczu do koleżanek, które dzieliły się z nim wyciśniętymi fasolkami czy co tam trzeba było wrzucić do kociołka.
Trochę nie mógł sobie wyobrazić, jak to jest przez cały czas czuć zimno. Ale fakt, że Victoria nie była już tak lodowata Chris uważał za niewątpliwą zaletę.
– Powinienem oddać ci płaszcz? Nie mam pojęcia, jak to działa. To znaczy wiem, że nie będzie ci w nim ciepło, ale chyba ciągle możesz zachorować? – zapytał, odrobinę skonfundowany tym wszystkim. W normalnych okolicznościach bycie dżentelmenem wymagałoby oddania okrycia, tyle że jeśli to i tak miało nie dać absolutnie nic poza tym, że Victoria będzie wlekła o wiele za duży na nią płaszcz, co będzie dla niej niewygodne, a on też zacznie marznąć…
Magnum opus rzeźbiarza – fetyszysty brzmiało dużo lepiej niż zaklęta, płacząca dziewczyna w środku lasu. Mimo to dzieło, choć wspaniałe, wzbudzało w Christopherze jakiś dziwny niepokój i zastanawiał się czy skoro ani Victoria, ani Atreus nie byli specjalistami od dzieł sztuki ani klątwołamaczami, to się tutaj nie mylili. A jeszcze jeśli to nie było to miejsce…
– W takim razie albo ktoś ją przeniósł… albo sama pobiegła? – zasugerował. Mogło to brzmieć absurdalnie, ale przecież dziewczyna zdawała się uwieczniona w biegu, a Victoria mówiła coś o krwawieniu i płaczu. – Mógłbym przysiąc, że zbroje w Hogwarcie czasem się ruszały, więc czemu nie ona – mruknął, ale potem odwrócił wzrok od rzeźby i chwycił Victorię za rękę, wreszcie nie tak absurdalnie zimną. – Jeśli grasują tu rzeźbiarze fetyszyści, lepiej chodźmy w inną stronę. Może trzeba będzie spróbować jednak spytać w tamtych domach, w którą stronę do Londynu.
Bo chyba nie będą mieli tyle szczęścia, że to magowie z kominkami fiuu. Chociaż… właściwie, to kto wie? Skoro nie działała tu teleportacja, może to ich zabezpieczenia?