• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór

[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór
Technically Alive
Pod dłutem nie umiera,
tylko zmienia imię.
wiek
20
sława
IV
krew
czysta
genetyka
ghoul
zawód
rzemieślnik
Wygląda jak ktoś, kto zapomniał, że kiedyś żył. Jego skóra ma barwę chłodnego popiołu, a rude włosy, splątane i matowe, płoną w świetle świec jak zgaszona miedź. Twarz szczupła, o ostrych rysach, przypomina bardziej wyrzeźbione drewno niż ludzką tkankę, a duży, wyrazisty nos nadaje jej uporu i charakteru. Oczy ma jasne, blade jak poranny dym, patrzą uważnie, lecz jakby z innego miejsca niż reszta jego ciała. Ruchy są ostrożne, ciche, niemal bezgłośne, jakby bał się, że każdy dźwięk mógłby coś obudzić. Dłonie ma chude, z drobnymi nacięciami, zawsze pachną drewnem, woskiem i kurzem. Ubrany skromnie, w ciemne tkaniny przesiąknięte zapachem warsztatu, wygląda jak cień rzemieślnika, który nigdy nie odszedł z miejsca pracy. W jego postawie jest pokora, ale i ciężar. Nawet w bezruchu widać w nim napięcie, które nie zna ukojenia. Kiedy zaś podnosi wzrok, ma się wrażenie, że widzi więcej, niż ktokolwiek chciałby, by zobaczył.

Savaš Gregorovitch
#1
20.09.2026, 19:53  ✶  

Został sam w domu Gregorovitchów, a ponure Little Hangleton zdawało się jeszcze bardziej pozbawione życia niż zwykle. Resztki jesiennego światła dogasały na szybach, a wraz z nimi pokoje powoli traciły domowy nastrój. Savaš znał tę porę dobrze. Smutek samotności przychodził wtedy pierwszy, jak przypływ, który przez cały dzień pozostawał niewidoczny, by wieczorem odnaleźć drogę do każdego pustego pomieszczenia. Nauczył się jednak z nim żyć. Jak człowiek, który po wielu latach przestaje walczyć z demonem i zamiast tego sadza go naprzeciw siebie. Nie wypędzał go, ale pozwalał mu mówić, a potem wykorzystywał jego czar.

Na środku stołu ułożył narzędzia rytuału. Czarną świece, wiązkę tarniny, której gałęzie zostały wcześniej spalone na drobny, czarny popiół. Wiklinę oraz płytką miseczkę, w której popiół czekał na swoją przemianę. Zgasił wszystkie lampy. Pozostała tylko jedna świeca. Przez chwilę siedział nieruchomo przed jej płomieniem. Nie rozpoczynał zaklęcia. Najpierw musiał pozwolić smutkowi osiąść w sobie do właściwej głębokości. Rytuał wymagał ciszy, dogłębnej, duchowej i pozbawionej dźwięku. Potrzebował ciszy, w której człowiek słyszy własne myśli wyraźniej niż wszystko, co znajduje się poza nim. Przycisnął dłonie do swoich skroni z zamkniętymi oczami. Trwał tak kilka minut, aż ciężar przytłaczających, gnębiących myśli przelał się na jego ręce. Wtedy uniósł je i wystawił przed siebie, tuż nad płomieniem. Poczuł ciepło, co dodało mu przez moment sił, ale tylko na moment. Potem czekał dłużej i chwilę jeszcze. Aż do momentu, aż swąd palonej skóry mógł być wyczuwalny w pomieszczeniu. Nie czuł już bólu, to nie mogło go odwlec od czarno magicznego rytuału. Pozwolił myślom wrócić do jednego z tych wieczorów, które jego pamięć przechowywała z okrutną dokładnością. Nie przywoływał obrazu w całości. Wystarczył jej głos i tylko jedno zdanie. Nikt z nas nie jest niczym więcej niż krwią, która w nim płynie.

Pierwsza łza spadła na popiół. Nie otarł jej. Druga. Trzecia, a potem jeszcze kilka kolejnych.  Wilgotny popiół tarniny zaczął ciemnieć, nasiąkając czymś, co dla każdego innego byłoby jedynie oznaką słabości. Dla niego stało się składnikiem. Bazą. Gregorovitchowska magia znała przedmioty, które można było uczynić bardziej podatnymi na klątwę, jeśli odpowiednio przygotowano ich materię. Tarnina nadawała się do tego szczególnie dobrze, cierń, granica, drewno, które od dawna kojarzono z ochroną i przekraczaniem tego, czego przekraczać nie należało. Savaš zanurzył dwa palce w czarnym, nasiąkniętym łzami popiele. Dopiero wtedy rozpoczął pracę. Wiklina układała się pod jego dłoń w równy, cierpliwy splot. Nie spieszył się. Każde pasmo przechodziło nad drugim, każde skrzyżowanie było jak kolejna linia zaklęcia. Z czasem płaska mata zaczęła przypominać ozdobną ceratę przeznaczoną na stół. Wzór był subtelny, niemal elegancki. Z daleka wyglądałby jak przedmiot wykonany przez kogoś, kto chciał nadać zwyczajnemu posiłkowi odrobinę uroku. Savaš wiedział jednak, co ukrywał splot. Co pewien czas dotykał wikliny popiołem, zostawiając na niej czarne ślady. Przy każdym takim dotknięciu wypowiadał pojedyncze słowo inkantacji. Słowa miały zamykać się w materiale tak, jak jego smutek zamykał się w nim. Kiedy ostatni splot został ukończony, Savaš koniec różdżki na powierzchni maty. Płomień świecy wygiął się nagle w jego stronę. Wypowiedział ostatnią formułę. Nie było huku ani błysku. Tylko głęboka cisza, która na krótką chwilę zdawała się wypełniać cały dom. Potem płomień wrócił do normalnego kształtu. Klątwa została zamknięta. Każdy, kto zasiadłby do posiłku nad zaczarowaną matą, początkowo nie zauważyłby niczego. Dopiero później pojawiłoby się w nim poczucie przytłoczenia, niepokój bez wyraźnej przyczyny, smutek bez wspomnienia, żal bez źródła. Z czasem wszystko, co dobre, zaczęłoby wydawać się odległe i kruche. Nadzieja stawałaby się czymś naiwnym, niemal absurdalnym. Rozpacz narastałaby cierpliwie, aż zaklęcie zostałoby rozproszone. Savaš patrzył na gotowy przedmiot długo. Nie czuł triumfu. Nie czuł też winy. Ojciec kazał, syn wysłuchał. Zdmuchnął świecę. W ciemności czarna wiklina pozostała niewidoczna. Tylko zapach spalonej skóry wciąż wisiał w powietrzu, jak ślad po modlitwie skierowanej do czegoś, czego Savaš nigdy nie odważyłby się nazwać bogiem.

Przełom przyszedł przez rzecz zupełnie błahą, niemal żałosną w swojej zwyczajności. Savaš nie dogasił świecy. Nie tak jak powinien. Zorientował się dopiero wtedy, gdy usłyszał zwęglający się pergamin za sobą. Płomień, pozostawiony na skraju stołu, musiał przechylić się podczas jego pracy i liznąć brzeg starej księgi. Była to jedna z tych staroruskich ksiąg, które ojciec przechowywał niemal jak relikwie, kruche karty, wyblakłe pismo, notatki naniesione przez kilka pokoleń Gregorovitchów. Savaš znał jej wartość. Wiedział, ile razy ojciec przestrzegał, by nawet nie stawiać przy niej filiżanki z herbatą. Teraz kilka kart było nadpalonych. Zamarł. Przez chwilę patrzył tylko na cienką strużkę dymu unoszącą się nad księgą. Potem gwałtownie zdusił płomień i ostrożnie odsunął świecę, jakby sam dotyk mógł pogorszyć sytuację. Palce zaczęły mu drżeć. To była jego wina. Nie żadna klątwa. Nie cudza magia. Nie los, który znów postanowił przypomnieć mu o własnej złośliwości. Jego nieuwaga. I nagle cały ten smutek, z którym nauczył się żyć, zmienił kształt. Smutek ustąpił miejsca czemuś ostrzejszemu. Lękowi Nie bał się samej kary. Bał się twarzy ojca, kiedy ten zobaczy zniszczoną księgę. Bał się rozczarowania, które mogło pojawić się w jego oczach, tego cichego, znacznie gorszego od gniewu. Tego spojrzenia, które mówiłoby, że nawet teraz, po wszystkim, po śmierci i powrocie, po całej tej próbie udowodnienia swojej wartości, Savaš wciąż potrafił zawieść. Przycisnął dłonie do twarzy. Oddech stał się płytki, choć jego ciało nie powinno przecież potrzebować oddechu tak jak dawniej. Myśli zaczęły biec jedna za drugą. Co jeśli ojciec wróci wcześniej? Co jeśli zauważy? Co jeśli uzna, że zrobił to przez lekkomyślność? Co jeśli… Kolejna łza spadła na nadpalony brzeg księgi. Tym razem nie była składnikiem rytuału. Była czystym strachem, a strach był inny. Nie dawał się prowadzić. Rozlewał się po nim bez kierunku i odbierał mu możliwość myślenia. Spojrzał na drzwi pracown i na pusty korytarz. Na miejsce, gdzie zwykle siedział ojciec. I wtedy, niemal wbrew sobie, pomyślał o Septimie. O jej dłoni zamykającej się na jego własnej. O cieple, które wtedy odpędziło wszystkie lęki. Po raz pierwszy samotność nie była już czymś, co mógł cierpliwie przeczekać. Savaš odsunął nadpaloną księgę, sięgnął po pergamin i przez dłuższą chwilę trzymał pióro nieruchomo nad pustą kartką. Potem zaczął pisać do ostatniego promienia światła, który pozostał mu jeszcze w zasięgu ręki.


« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Savaš Gregorovitch (1000), Septima Ollivander (871)




Wiadomości w tym wątku
[27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Savaš Gregorovitch - 20.09.2026, 19:53
RE: [27.10.72] Widzę jak sól wypala wzór - przez Septima Ollivander - 05.10.2026, 22:02

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa