18.09.2026, 00:14 ✶
Helloise miała na myśli każde słowo, które przed paru tygodniami napisała w liście do Hestii. Prawdziwie pragnęła dzielić się pięknem przyrody z każdym, kto zechciał jej słuchać. Każdy powinien móc odnaleźć w sobie te zachwyty, a jeśli nie potrafił sam, dobrym uczynkiem było mu dopomóc. Sama czarownica zachwytów nad naturą doświadczała na każdym kroku. Umieranie przyrody wzruszało ją w równym stopniu, co jej odrodzenie. W tym czasie rozmakały na dzikich ścieżynach uschłe liście, tworząc miękkie, grząskie dywany, po których przyjemnością było przechadzać się w chłodniejące dni. Wiatr pachniał jesienią, ludzie cieszyli się ostatnim plonem przed nastaniem zimy — i bardziej Helloise ceniła te ostatki niż najsłodszy, soczysty letni owoc. Cieszyła się światem wokół, mimo że tak rozległe jego połacie pokrywała spalona ziemia i popioły. Smuciła się nad tym, co stracone podczas pożarów, a jednocześnie z ekscytacją wypatrywała tego, co wyrośnie tam w przyszłości.
To były dobre dni. Dobre, gdy Helloise zestawiała je z tym, co wcześniej, i z tym, co miało nadejść potem. Tych kilka dni zapamiętała jako spokojne, a przynajmniej relatywnie spokojne, bo wciąż nękał ją w domu pradawny demon, a z okna widziała las zajęty złowrogą obecnością widm. Perspektywa — to perspektywa czyniła owe dni spokojnymi.
Gdy więc zjawiła się w progach chaty na kurzej nodze Hestia, gospodyni była w dobrym nastroju. Drzwi ze skrzypnięciem otworzyły się przed młodą adeptką sztuk, dopuszczając ją do ciepłego wnętrza o zaparowanych oknach. Ogień trzaskał na palenisku zastawionym kilkoma kociołkami, nad którymi pochylała się wiedźma. Ubrana była, jak na czarownicę przystało: w obszerne szaty w ziemistych kolorach.
Drzwi zamknęły się za panną Bletchley, a Helloise odwróciła się przez ramię i obrzuciła gościa spojrzeniem. Jej brwi uniosły się lekko w wyrazie zdumienia, gdy ujrzała dziwaczny strój dziewczyny.
— Ależ co ty masz na sobie? Czy to jakieś mugolskie szkaradztwo? — dopytała, bardziej zdziwiona niż oburzona. — Ale tak, już cię pamiętam. Wejdź, wejdź. — Skinęła na Hestię dłonią, zachęcając, aby ta rozgościła się w środku.
Czarownica niespiesznie upewniła się, że w kotłach wszystko gra, i wtedy dopiero oddała uczennicy pełnię swojej uwagi.
— Nie przejmuj się, jeśli poczujesz się obserwowana. W domu mieszka tymczasowo pradawna, zła moc. Nie powinna ci przeszkadzać, jeśli nie będziesz jej zaczepiać — westchnęła niezadowolona wiedźma. Obracając w palcach smoczy kieł zawieszony na szyi jako wisiorek, rozejrzała się po kątach za wspomnianą przeciwniczką. Ta jednak jak zawsze pozostawała ukryta. Wobec tego ospała w ruchach Helloise, pogrążona w jakichś tajemniczych rozmyślaniach, sięgnęła do szafki po dodatkową czarkę, aby swojego gościa odpowiednio podjąć. — Jesteś wystarczająco duża. — Trudno było ocenić, czy pyta, czy stwierdza, ale na stole stało zaoferowane Bletchley wino, które przed jej przyjściem czarownica sączyła sama. Obok niego dostępne były również w miseczkach jabłka, gruszki i różne rodzaje orzechów. — Nie przepraszaj mnie za nic. Musisz mi powiedzieć, czego potrzebujesz się nauczyć, albo zdecyduję o tym za ciebie — pouczyła nie na żarty mistrzyni eliksirów.
To były dobre dni. Dobre, gdy Helloise zestawiała je z tym, co wcześniej, i z tym, co miało nadejść potem. Tych kilka dni zapamiętała jako spokojne, a przynajmniej relatywnie spokojne, bo wciąż nękał ją w domu pradawny demon, a z okna widziała las zajęty złowrogą obecnością widm. Perspektywa — to perspektywa czyniła owe dni spokojnymi.
Gdy więc zjawiła się w progach chaty na kurzej nodze Hestia, gospodyni była w dobrym nastroju. Drzwi ze skrzypnięciem otworzyły się przed młodą adeptką sztuk, dopuszczając ją do ciepłego wnętrza o zaparowanych oknach. Ogień trzaskał na palenisku zastawionym kilkoma kociołkami, nad którymi pochylała się wiedźma. Ubrana była, jak na czarownicę przystało: w obszerne szaty w ziemistych kolorach.
Drzwi zamknęły się za panną Bletchley, a Helloise odwróciła się przez ramię i obrzuciła gościa spojrzeniem. Jej brwi uniosły się lekko w wyrazie zdumienia, gdy ujrzała dziwaczny strój dziewczyny.
— Ależ co ty masz na sobie? Czy to jakieś mugolskie szkaradztwo? — dopytała, bardziej zdziwiona niż oburzona. — Ale tak, już cię pamiętam. Wejdź, wejdź. — Skinęła na Hestię dłonią, zachęcając, aby ta rozgościła się w środku.
Czarownica niespiesznie upewniła się, że w kotłach wszystko gra, i wtedy dopiero oddała uczennicy pełnię swojej uwagi.
— Nie przejmuj się, jeśli poczujesz się obserwowana. W domu mieszka tymczasowo pradawna, zła moc. Nie powinna ci przeszkadzać, jeśli nie będziesz jej zaczepiać — westchnęła niezadowolona wiedźma. Obracając w palcach smoczy kieł zawieszony na szyi jako wisiorek, rozejrzała się po kątach za wspomnianą przeciwniczką. Ta jednak jak zawsze pozostawała ukryta. Wobec tego ospała w ruchach Helloise, pogrążona w jakichś tajemniczych rozmyślaniach, sięgnęła do szafki po dodatkową czarkę, aby swojego gościa odpowiednio podjąć. — Jesteś wystarczająco duża. — Trudno było ocenić, czy pyta, czy stwierdza, ale na stole stało zaoferowane Bletchley wino, które przed jej przyjściem czarownica sączyła sama. Obok niego dostępne były również w miseczkach jabłka, gruszki i różne rodzaje orzechów. — Nie przepraszaj mnie za nic. Musisz mi powiedzieć, czego potrzebujesz się nauczyć, albo zdecyduję o tym za ciebie — pouczyła nie na żarty mistrzyni eliksirów.
dotknij trawy