15.09.2026, 20:38 ✶
– To byłoby trochę… niezręczne w moim wieku – przytaknął Christopher dyplomatycznie, chociaż do głowy przychodziły mu też inne określenia, w tym „absolutnie przerażające”. – Mam wielką nadzieję, że te śmieszne drinki wyjdą z mody – prychnął. Czy uznałby je zabawne? Tak, ale w jakimś barze, na przyjęciu w ogrodzie albo potańcówce znajomych, a nie na eleganckim balu, gdzie wszyscy pojawiali się, aby zaprezentować się z jak najlepszej strony i nikt nie chciał, aby wdarł się chaos. A gdyby jakiś zamienił go w małego chłopca, to chyba szlag jasny by go trafił: śpiewanie jeszcze zniósł, a anielskie skrzydła były nawet ciekawym dodatkiem… i teraz kącik ust drgnął mu lekko na to wspomnienie, zaraz jednak uśmiech znikł, bo niedogodność może była drobna i, na całe szczęście, krótkotrwała, ale wciąż zbijała go z tropu.
Niemal zapomniał jednak o tym, jak Victoria wyglądała, kiedy zaczęła oglądać szatę. Nie spojrzał nawet na przyniesioną herbatę, zbyt zaoferowany swoim projektem. Widział, że wyraźnie jest zadowolona i to sprawiało satysfakcję, choć i w swojej pewności swego chyba nawet przez moment nie zakładał, że mogłoby być inaczej.
– Ma kieszenie, i wewnętrzne, i zewnętrzne. Podejrzewam, że możesz potrzebować jakichś… drobiazgów – powiedział. Co nosiło się na takie akcje? Nie miał pojęcia, ale coś na pewno. Sama różdżka to chyba za mało na potencjalnie wpadanie do Limba. – Chciałem jakoś pomóc – stwierdził po prostu na jej podziękowania. Może by rzucił coś cwaniacko o tym, że mogłaby mu podziękować jak za walkę z imbrykami albo jakiś inny, flirciarski tekst, ale absolutnie nie zdołałby się przemóc, aby zrobić coś takiego teraz, gdy wyglądała jak jego mała kuzynka, chodząca bodaj do szóstej klasy w Hogwarcie. Trochę za bardzo dzieciak, nawet jeżeli w środku wciąż była Victorią. – Wiesz, że mogłaś mnie o nią po prostu poprosić? – dodał, jakby z odrobiną wahania. Bo oczywiście, że on powinien pomyśleć, ale zastanawiał się, czy Victoria nie wspomniała o niej wcześniej, chociaż słyszała o takich, z jakichś konkretnych powodów. Zdawało mu się, że zaczyna pewne rzeczy rozumieć: takie, które tkwiły pod powierzchnią, i których nie próbował wyławiać, bo najpierw była starszą Ślizgonką, potem narzeczoną kuzyna, a wreszcie związaną z Rookwoodem aurorką. Ale nie mógł być pewny.
– Pewnie masz rację. Dom i krzesło… Spalona Noc i ci cali… – podsumował, jakby brakowało mu słów i machnął ręką. – Ale cała reszta? Brzmi trochę, jakby ktoś działał przeciwko tobie – skwitował, a potem skrzywił się lekko. Dużo pracy… – Nie przeszkadza mi nawał pracy, ale nie lubię szyć na prawo i lewo. Powiedzmy, że nagiąłem trochę raz zasady, z powodu wyjątkowych okoliczności ale sporą część pracy i tak robi szwaczka… Nie chodzi o naginianie dla ciebie, oczywiście. Tę szatę chciałem uszyć.
Niemal zapomniał jednak o tym, jak Victoria wyglądała, kiedy zaczęła oglądać szatę. Nie spojrzał nawet na przyniesioną herbatę, zbyt zaoferowany swoim projektem. Widział, że wyraźnie jest zadowolona i to sprawiało satysfakcję, choć i w swojej pewności swego chyba nawet przez moment nie zakładał, że mogłoby być inaczej.
– Ma kieszenie, i wewnętrzne, i zewnętrzne. Podejrzewam, że możesz potrzebować jakichś… drobiazgów – powiedział. Co nosiło się na takie akcje? Nie miał pojęcia, ale coś na pewno. Sama różdżka to chyba za mało na potencjalnie wpadanie do Limba. – Chciałem jakoś pomóc – stwierdził po prostu na jej podziękowania. Może by rzucił coś cwaniacko o tym, że mogłaby mu podziękować jak za walkę z imbrykami albo jakiś inny, flirciarski tekst, ale absolutnie nie zdołałby się przemóc, aby zrobić coś takiego teraz, gdy wyglądała jak jego mała kuzynka, chodząca bodaj do szóstej klasy w Hogwarcie. Trochę za bardzo dzieciak, nawet jeżeli w środku wciąż była Victorią. – Wiesz, że mogłaś mnie o nią po prostu poprosić? – dodał, jakby z odrobiną wahania. Bo oczywiście, że on powinien pomyśleć, ale zastanawiał się, czy Victoria nie wspomniała o niej wcześniej, chociaż słyszała o takich, z jakichś konkretnych powodów. Zdawało mu się, że zaczyna pewne rzeczy rozumieć: takie, które tkwiły pod powierzchnią, i których nie próbował wyławiać, bo najpierw była starszą Ślizgonką, potem narzeczoną kuzyna, a wreszcie związaną z Rookwoodem aurorką. Ale nie mógł być pewny.
– Pewnie masz rację. Dom i krzesło… Spalona Noc i ci cali… – podsumował, jakby brakowało mu słów i machnął ręką. – Ale cała reszta? Brzmi trochę, jakby ktoś działał przeciwko tobie – skwitował, a potem skrzywił się lekko. Dużo pracy… – Nie przeszkadza mi nawał pracy, ale nie lubię szyć na prawo i lewo. Powiedzmy, że nagiąłem trochę raz zasady, z powodu wyjątkowych okoliczności ale sporą część pracy i tak robi szwaczka… Nie chodzi o naginianie dla ciebie, oczywiście. Tę szatę chciałem uszyć.