![]() |
|
[25.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [25.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno (/showthread.php?tid=6392) Strony:
1
2
|
[25.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Victoria Lestrange - 11.09.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek] ![]() Teraz, gdy Victoria na powrót była w swoim domu, zastanawiała się, czy coś zrobiła nie tak i to Bogini karze ją w taki sposób, czy może zwyczajnie wlazła ostatnio w jakieś gówno, które się do niej przykleiło i nie chciało przestać śmierdzieć (metaforycznie). Była dzisiaj w pracy, a jakże. Wykonywała jakieś czynności w Londynie, kiedy ni z tego, ni z owego, zjawił się on. Najpierw nastąpił głuchy, niemalże rozchodzący się echem rechot, potem pojawił się śmieszny, lewitujący człowieczek w czapeczce i paskudnym uśmiechu. A chwilę później oglądała świat z nieco niższej perspektywy, w za dużym mundurze, a zdecydowanie bardziej dziecięcy głos rzucał (kontr)przekleństwa pod adresem poltergeista. Musiała pilnie prosić o zwolnienie z tego dnia w pracy. Zła jak osa wpadła do biura aurorów, gdzie spotkała się najpierw ze zdziwieniem, co nastolatka tu w ogóle robi i kto ją wpuścił, potem czemu nosi mundur aurora, a potem ze śmiechem, gdy koledzy zorientowali się, że to Victoria Lestrange we własnej osobie. Nie nadawała się do pracy w takich warunkach: nikt nie wziąłby jej na poważnie (co już zresztą było widać w biurze i choć się zamknęli kiedy napyskowała jednemu czy drugiemu, to pod nosem nadal słyszała chichoty), poza tym warunki fizyczne były gorsze, jakby musiała dać komuś w nos, to wiedziała, że źle to sobie wszystko wyliczy i tragedia gotowa. Ktoś jej poradził, żeby poszła do Munga, ale Victoria warknęła na to tylko, że sama sobie lepiej poradzi. I dlatego wróciła do domu. I nie zamierzała nigdzie wychodzić przez całą dobę: bo dość szybko połapała się z tym, co się dzieje. I co prawda jej przydarzyło się to po raz pierwszy, ale już to przecież widziała, w nieco innym wydaniu. I na ile rozumiała już działanie klątw, to chyba faktycznie ściąganie tego było zbyt niebezpieczne i kontrproduktywne, skoro mijało samoistnie po czasie… Ale w domu też spotkała się ze zdziwieniem, tym razem skrzatki, która nie powstrzymała zrobienia oczu wielkich jak spodki od filiżanek herbaty (jakby już nie miała dużych oczu), kiedy zobaczyła Victorię jako żywo cofnięta w czasie o kilkanaście lat. Dopiero tutaj miała okazję uważnie spojrzeć w lustro, zastanawiając się, czy tak właśnie wyglądała gdy miała jakieś… trzynaście? Może czternaście lat? Albo piętnaście? Nie umiała ocenić. Rysy twarzy, owszem, jej, ale łagodniejsze, jeszcze trochę dziecięce, głos trochę inny… i tylko spojrzenie to samo. I ciało nadal lodowate. I ubrania jakoś za luźne w biodrach i klatce piersiowej. Niełatwo było wygrzebać z szafy coś, co nie wyglądałoby teraz komicznie. A choć nie zamierzała się już nigdzie dzisiaj pokazywać, to chciała się przynajmniej dobrze czuć we własnym domu. Przynajmniej koty po pierwszym zdziwieniu, dokładnie wiedziały, kim jest, cokolwiek od niej wyczuwały, zapach czy cokolwiek innego – wystarczyło, by ją teraz obległy, jakby wyczuwając, że ich właścicielka właśnie tego potrzebuje. A potem przyleciała sowa. Od Chrisa. Że wpadnie. I zaczęła panikować. Była rozdarta, bo z jednej strony chciała się z nim zobaczyć, z drugiej nie chciała żeby oglądał ją taką. Krążyła po swojej sypialni, nie wiedząc co zrobić, aż w końcu dotarło do niej, że nie zdąży mu nawet wysłać informacji, że dzisiaj jednak nie może, nawet gdyby chciała. A potem uznała, że w takim razie przyjmie taktykę pod tytułem, że… nic się nie stało. Że wszystko jest tak jak miało być (na Matkę, umysł też jej cofnęło do czasów nastoletnich?). Więc teraz czekała w salonie, trochę jak na szpilkach, trochę przekonując samą siebie, że zupełnie nic się nie stało, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tak, miała przed sobą książkę o klątwołamaniu. Mimo wszystko, nawet znając dziedzinę rozpraszania magii tak dobrze, szukała informacji o tym, czy nie ma jakiegoś kruczka, czy nie można tego ściągnąć wcześniej… Nie, nie można było. A potem usłyszała pukanie do drzwi. Wzięła głęboki oddech i poszła otworzyć. RE: [24.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Christopher Rosier - 12.09.2026 Christopher posłał do Victorii liścik, ledwo skończył te kilka prototypowych szat w swojej pracowni. Był zadowolony: i z siebie, i z tego, co stworzył. Nie tylko uszył w bardzo krótkim czasie parę projektów, zarazem doskonale się prezentujących i posiadających praktyczne zastosowanie, ale jeszcze ten dla Lestrange wyszedł, jego zdaniem przynajmniej, szczególnie dobrze. Krój ze względu na przeznaczenie prosty, ale wciąż elegancki, kolorystyka dostosowana do tego, by nocą mogła wtopić się w las – odpadały to wszystkie jaskrawe barwy – zdobienia bardzo drobne, bo jednak będzie miała ją na sobie w pracy, ale istniejące przy rękawach, wszak to jednak był projekt Rosiera… Ba, dało się ją nawet nosić i jako szatę, i po rozpięciu jako płaszcz, bo prawdopodobnie będzie musiała pokazywać mundur aurora. Może powinien zapowiedzieć się wcześniej i spytać o zdanie, a nie tylko posłać sowę, że dziś do niej wpadnie – z takim wyprzedzeniem, że właściwie miał przybyć niedługo po sowie – ale chyba w tym całym zapomnieniu przy pracy nad szatami stagnacji nawet nie pomyślał o tym, że to niegrzeczne albo że może mieć absolutnie inne plany. Pojawił się więc przed jej domem z pojedynczym, charakterystycznym pudłem, ozdobionym różą Rosierów i zapukał do drzwi. Wpuszczony przez skrzatkę mruknął jakieś nieuważne podziękowanie, nie patrząc nawet na nią, nim wszedł do środka. A chwilę później zobaczył… Christopher zamrugał, mając wrażenie, że oczy go mylą albo przeniósł się w czasie. W głowie rozległo się echo głosów jednego z kolegów, że o nie, nie wymykamy się tędy, patrz, tu stoją prefekci i potem wspomnienie siebie samego, zerkającego zza zakrętu, aby zobaczyć właśnie tę dziewczynę, gadającą z prefektem z jednego z innych domów. – Olivia? – spytał trochę niepewnie, bo dziewczyna wyglądała jak skóra zdarta z Victorii. Tylko co ona tu robiła, zamiast w Hogwarcie? Ale to musiała być ona, przecież Victoria nie wyglądała, jakby miała piętnaście lat i Rosier nie mógł sobie wyobrazić żadnego wyjaśnienia, dla którego miałaby postanowić wyglądać jak nastolatka? – Jest Victoria…? – spytał dalej, wciąż oszołomiony. – Bo to… to nie żaden eliksir? – dodał jeszcze, dalej z tą samą niepewnością, bo do diabła, naprawdę wyglądała zupełnie tak jak Victoria w Hogwarcie. RE: [24.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Victoria Lestrange - 12.09.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek] Victorii głupio było poprosić Christophera o wykonanie dla niej takiej szaty. Coś tam jej się obiło wczoraj o uszy, ale nie chciała, żeby to wyglądało tak, że spotyka się z nim, żeby mieć z tego jakieś korzyści. Kompletnie inaczej na tę kiełkującą relację patrzyła i nie miało to nic wspólnego z tym, że przez lata lwia część ich znajomości opierała się na sprawach zdecydowanie bardziej zawodowych. Kiedyś to był dla niej kolega ze szkoły, pewny siebie, przystojny kuzyn (niechcianego) narzeczonego, który widział w niej coś, co sprawiało, że chciał szyć dla niej ubrania. Teraz z kolei, gdy widzieli się niemal codziennie, a nie raz na kilka miesięcy, gdy miała okazję poznać go od zupełnie innej strony, gdy już sobie powiedzieli, że są sobą zainteresowani (a dla Victorii to był trochę skok nad przepaścią, bo dotąd jej relacje z mężczyznami wyglądały kompletnie inaczej, a poza tym nie minęło wcale dużo czasu od takiego definitywnego zakończenia… czegokolwiek, co ją łączyło z Rookwoodem, chociaż już dużo dłużej czuła, że to zmierza absolutnie donikąd), widziała w nim coś więcej, i te myśli przywitała tak z zaskoczeniem, jak i z pewną ulgą. I też dlatego, gdy to wszystko było w takich powijakach, a ona nie była już tylko koleżanką, której z łatwością i chęcią szyje się sukienki, jakoś po prostu trudno było powiedzieć „hej, wiem, że nie za bardzo szyjesz na zamówienie, ale czy zrobisz dla mnie szatę stagnacji? Co prawda możliwe, że uratuje mi to życie, jak coś pójdzie mocno nie tak, ale wiesz, bez presji, haha” – zwyczajnie nie przeszłoby jej to przez gardło w takich warunkach. Dlatego nie zapytała. I nawet nie spodziewała się, że Christopher sam o niej pomyśli i wykona tak wielką rzecz – dlatego, że chciał, a nie dlatego, że musiał, tak jak to zawsze było między nimi; bo zwyczajnie nie była przyzwyczajona do takich gestów. Ale i tak, pomimo tego, jak idiotycznie teraz wyglądała, jakaś jej część chciała się z nim zobaczyć. Skrzatka Strzałka, jak zwykle schludnie ubrana w fartuszek, ubiegła Victorię w otworzeniu drzwi i zresztą zaraz odsunęła się, dość niepewnie oglądając tę scenę, bo Christopher już zobaczył Victorię, która zdążyła pojawić się w przejściu. – Och, ojejej – wydusiła po cichu, kiedy zobaczyła skonfundowanie Rosiera i z kim pomylił Victorię, martwiąc się najwyraźniej o to, co stało się z panią domu, dla którego służyła. Victoria za to bardzo starała się czuć bardziej pewnie, niż była. Uśmiechnęła się do blondyna nieco niemrawo, nerwowo wygładziła rękaw sukienki, który musiała podwinąć dwa razy, by nie był za długi i to jakby dodało jej odrobiny sił. – Ano, jest, tak – odparła i wbiła spojrzenie w Christophera, tak zaaferowana jego reakcją, że nie zauważyła nawet pudełka, z którym przyszedł. – We własnej osobie. Miło cię widzieć, Chris – dodała i płytko nabrała powietrze w płuca. – To nie eliksir, chociaż byłoby całkiem zabawnie, gdyby któryś tak zadziałał, nie? – Victoria lekko przygryzła usta w dokładnie takim samym odruchu, jaki Chris mógł już u niej zauważyć, gdy była czymś zdenerwowana (ale w sposób sugerujący zmartwienie, a nie złość – bo tej w tej chwili nie czuła). Brakowało w tym wszystkim jeszcze tylko nerwowego śmiechu, ale ten był domena jej siostry Primrose, a nie Victorii. – Livia jest teraz w szkole, najbliższa przerwa jest w okolicy Yule… – wyjaśniła i lekko splotła ze sobą za plecami palce dłoni, tylko po to, by je zaraz puścić. – Wejdziesz? O ile się nie boisz, że mój pech jakoś na ciebie przejdzie, ale nie wydaje mi się, żeby to było zaraźliwe – bo jak dotąd te wszystkie dziwaczne rzeczy przydarzały się właśnie jej, a nie ludziom, z którymi miała do czynienia. – P-podać h-h-herbatę? Albo ka-kawę? – wyjąkała skrzatka, patrząc tymi swoimi dużymi oczami to na Victorię, to na Chrisa. RE: [24.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Christopher Rosier - 14.09.2026 W porządku, Olivia chyba nie mówiłaby do niego w ten sposób, ale Chris wciąż czuł się trochę zagubiony. Bo nie był pewien, czy to byłoby zabawne, i właściwie ciągle nie wyjaśniła, dlaczego wyglądała jakby uciekła właśnie z Hogwartu. Przypatrywał się jej więc z absolutnie niepewną miną, nie mogąc zdecydować, czy powinien wejść, czy raczej wymamrotać coś w stylu, że wróci później. Może ostatecznie te słowa o tym, czy się nie boi, przesądziły, że ruszył w głąb domu, gotów usiąść… właściwie gdziekolwiek. – Ale… ale tak ci nie zostanie, prawda? – zapytał. Pytanie „czy kochałbyś mnie, gdybym była robakiem” nabierało tutaj nowego znaczenia, mianowicie „czy kochałbyś mnie, gdybym stała się nastolatką”. Mężczyźni podobno lubili młodsze i chętnie oglądali się za nastolatkami, ale Chrisowi daleko było do kryzysu wieku średniego i do bycia absolutnie nienormalnym, więc czuł się tak trochę dziwnie na myśl o tym, że miałby przyprowadzić na rodzinną kolację piętnastolatkę. Nie wspominając już o tym, że prawdopodobnie matka zamordowałaby go na taki widok, zanim zdołałby cokolwiek wytłumaczyć. Być może z robakiem byłoby prościej. – Herbaty, proszę – powiedział skrzatce, chociaż na usta to mu się cisnęło raczej pytanie, czy mógłby whisky. Szybko jednak się zreflektował, bo czy gdyby napisała się razem z nim, to nie byłoby nielegalne? – Ja… mam coś dla ciebie… ale teraz chyba będzie trudno przymierzyć – stwierdził, przypominając sobie o pudełku, które przyniósł, a w którym kryła się szata. Ten jak na niego bardzo prosty projekt, który miał przede wszystkim chronić, skoro podczas Samhain miała utkwić w Dolinie Godryka, a on wciąż się obawiał, że spadną tam ognie piekielne. I o ile nie dawał się zbytnio do walki, o tyle może będzie mógł pomóc w nieco inny sposób. Czy ona w ogóle wróci do siebie do Samhain? Czy powinien tę szatę pomniejszyć? I czy ktoś puści ją na patrol do Doliny Godryka w dziecięcym ciele? A może powinna wypić jakieś eliksiry postarzające? Musiał istnieć sposób, żeby to odwrócić, prawda? Usiadł na fotelu, przypatrując się jej przez chwilę, a potem odchrząknął. – Co się w ogóle stało, Victorio? RE: [24.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Victoria Lestrange - 14.09.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0CxKE54.png[/inny avek] Doskonale rozumiała jego niepewność i skonfundowanie, bo sama je czuła. Ba, rozumiała je po stokroć, bo kurwa mać, przychodzisz do dziewczyny, a tu kilkanaście lat młodsza wersja niej. A przynajmniej fizycznie, bo psychicznie to dalej była dorosła kobieta, a nie podlotek, co mimo wszystko tylko trochę łagodziło całą sprawę. Mimo wszystko uśmiechnęła się do niego lekko, co prawda nieświadoma myśli, które właśnie przegalopowały mu przez głowę, ale sama była bardzo niezadowolona ze stanu, w jakim się obecnie znalazła. Na brodę Merlina, była przecież kobietą, kobietą, nie dziewczynką! Już dawno wyrosła z czasów szkolnych i bardzo nie chciała do tego wracać, miała przecież swoje życie, priorytety, pracę i tak dalej, a gdy wyglądała tak… to było wręcz śmieszne, ale nie w ten zabawny sposób, po którym nie możesz złapać oddechu i łzy ciekną po policzku. Nie była zresztą naiwna: może i ujęła go swoją osobowością, podejściem do życia, czy ogólnie tym, jaka była na co dzień, ale nie miała żadnych wątpliwości, że… że wyglądanie jak nastolatka nie gra tutaj na jej korzyść. I byłoby bardzo dziwnie, gdyby było inaczej. – Powinno mi przejść do jutra gdzieś do… do południa – wyznała i westchnęła. – Tak mówi cała moja wiedza na ten temat i książki zresztą też – dodała, patrząc trochę niepewnie w bok. – Zaręczam, że to cały czas ja. Jestem tak samo lodowata, jak zawsze – skrzywiła się przy tym trochę, bo najwyraźniej nawet głupie „żarty” poltergeista, nawet tak potężnego, nie mogły nic na to poradzić. – Dla mnie też herbatę, Strzałko – zwróciła się do skrzatki, chociaż na końcu języka miała sarkastyczny komentarz o tym, że może jednak powinna wypić całą fiolkę eliksiru nasennego i obudzić się dopiero jutro, w nadziei, że ten koszmar się już skończy, niczym ta śpiąca królewna, która przespała cały bałagan. Nie powiedziała tego jednak. – Dla mnie? Co takiego? – zdumiała się patrząc przez moment na Chrisa, nim weszli do salonu. Tu nie było już śladów po przedwczorajszym chaosie filiżankowym, szafka była naprawiona, zasłona wyrównana i niepozaciągana, worka z resztkami też już dawno nie było. Było tu spokojnie, niemal sennie – kolorowe rybki powoli pływały w swoich akwariach, rośliny tworzyły tu specyficzny klimat, a koty… Luna była zadziwiająco spokojna, a na widok Chrisa przewróciła się na kanapie na plecki, z kolei Kwiatuszek ocierał się o jedną z roślinek. – Poltergeist – wyznała krótko. – Nie tutaj, rzecz jasna. Byłam wtedy w pracy, robiliśmy coś w Londynie i ten… ten… – Victoria najwyraźniej szukała odpowiedniego określenia, by nazwać poltergeista, ale cisnęły jej się na usta tylko same niecenzuralne, powstrzymała się jednak. Christopher był kreatywnym chłopcem, z pewnością był w stanie sobie w to miejsce wstawić odpowiedni epitet. – Zarechotał, błysnęło, a w następnej chwili byłam już taka – i spojrzała po sobie ze złością, a zamiast usiąść sobie na kanapie czy fotelu, to zaczęła krążyć. To też był jej odruch nerwowy. – To klątwa. Takie coś utrzymuje się zwykle dobę, a do tego jest ryzykowne, żeby to łamać więc… oto jestem. I czekam. Musiałam się dzisiaj zwolnić z pracy, bo wyobrażasz sobie, jakbym miała pracować tak? Już zresztą w biurze mieli niezły ubaw, jak do nich dotarło, że nie jestem jakąś losową gówniarą, która jakimś cudem władowała się do Ministerstwa i ktoś ją wpuścił na drugie piętro, tylko, no… sobą – zatrzymała się na moment i skrzywiła się wyraźnie. – Mam nadzieję, że twój dzień był chociaż przyjemniejszy? – powiedziała już łagodniej. RE: [25.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Christopher Rosier - 14.09.2026 – Całe szczęście – wyrwało się Christopherowi z wyraźną ulgą, a potem uśmiechnął się do niej przepraszająco i dłonią przeczesał jasną czuprynę. – No wiesz, różnica wieku bywa… bywa normalna… - …zwłaszcza w małżeństwach aranżowanych, znał parę par, które dzieliła i dekada, ale nie w takich warunkach… - …ale wyglądalibyśmy trochę głupio, jakbyśmy poszli razem na kolejny bal. I na pewno nikt nie dopuściłby cię do drinków – spróbował wyjaśnić nieporadnie. Do południa to nie brzmiało tak źle: kilka godzin zaledwie. Nie dostrzegł nawet kotów, trochę zbyt zdumiony całą tą sytuacją, niepewny, czy grzecznie było teraz na Victorię się patrzeć, by nie wyszło, że ucieka wzrokiem, czy wręcz przeciwnie, bo nadmiernie się gapił. Mimowolnie przypominał ją sobie w stroju Slytherinu, choć było to wspomnienie niemal już zapomniane, i czuł się z tym wszystkim trochę głupio. Na całe szczęście spytała, co jej przyniósł i przynajmniej na tym gruncie poczuł się pewnie. – Proszę – powiedział, pośpiesznie podając jej pudełko, aby mogła je otworzyć. – To ta cała szata stagnacji. Podobno mają utrudniać opętanie, i jeżeli tak… to ta została wykonana zgodnie z wymaganiami rzemiosła. Poza tym jest dość ciemna, więc nada się na patrol podczas Samhain, dość skutecznie powinna chronić przed wiatrem i lekkim deszczem, i rozpięta może spokojnie służyć jako płaszcz, więc nada się na mundur – zrelacjonował. Nie bał się, że się jej nie spodoba: był trochę zbyt pewny siebie i swoich projektów, aby go to martwiło, nawet jeżeli ten nie był tak okazały, jak to co zwykle przygotowywał. – Jest prosta w kroju, ale to w końcu coś na patrol w Dolinie Godryka, na wypadek, gdyby zaczęli wypuszczać tam z Limbo tabuny duchów, a nie strój na bal. Na bal przygotuję lepszy – obiecał, rozsiadając się wygodniej. Z pewnym zdumieniem wysłuchał dalszych wyjaśnień: oczywiście, że pamiętał poltergeista. Jak mógłby nie pamiętać? I nawet uwierzył, że ten był zdolny do czegoś takiego, natomiast nie mógł oprzeć się myśli, że to jest dziwne. Bo… – Jesteś pewna, że to przypadek? – spytał w końcu. – Może znalazłaś się na czyimś celowniku? Przeklęta piwniczka w twoim mieszkaniu, poltergeist w twoim mieszkaniu, przeklęte krzesło w domu, poltergeist przeklinający mnie, przeklęty zestaw herbaciany no i… przeklęty ja… – dokończył, okropnie zażenowany na samo wspomnienie tego, jak wygadywał wszystko, co tylko pomyślał, pod wpływem złośliwego ducha. – To brzmi prawie, jakby ktoś wziął cię na cel. Czy zdarzyło się jeszcze coś dziwnego? – dopytał. – Był nudny, mówiąc szczerze. Zajmowałem się głównie szatami. Nagle każdy zapragnął taką mieć i normalnie bym odmówił, ale postanowiłem spróbować na paru mało ważnych prośbach, zanim zabrałem się za tę dla ciebie. Dlatego najpierw uszył to dla Woody, a dopiero potem zabrał się za szatę dla Victorii. RE: [25.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Victoria Lestrange - 14.09.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek] Zapatrzyła się na Christophera, a gdy zobaczyła jego wyraźną ulgę i nieskładną próbę wybrnięcia, zamrugała. – No bywa, ale nie z nastolatką – jęknęła i westchnęła jednocześnie, no bo panowie mający kryzys wieku średniego, oglądający się za nastolatkami, byli po prostu oblechami. To z Chrisem byłoby jeszcze do ugrania, jakoś, ale to byłoby trudne ogólnie, poukładanie sobie w głowie rzeczy i w ogóle… Nawet jeśli psychicznie i wedle wszelkich doświadczeń nastolatką nie była, to bardzo by nie chciała utknąć w takiej formie. – Jak to tak bal bez tych popularnych śmiesznych drinków – westchnęła raz jeszcze, cierpiętniczo i uśmiechnęła się blado. Widziała, że Chris próbował robić dobrą minę do tej głupiej gry, tym bardziej że zostało jej tak przetrzymać jeszcze tylko kilka lub kilkanaście godzin. – Na szczęście to tylko na dzisiaj. Na Panią Księżyca, nie chciałabym tak utknąć na dłużej – spojrzała po sobie znowu, nadal nie mogąc przywyknąć, że to jej ciało – jednocześnie tak znajome i tak obce. – Tylko chwilowa niedogodność – mruczała dalej pod nosem, jakby próbowała przekonać samą siebie, że będziedobrzebędziedobrze. Trochę tak było. Znaczy no wszystkie zmysły i wiedza związana z rozpraszaniem magii czy klątwołamaniem, wszystko to jej mówiło, że nie ma innej opcji, ale jednak jakaś malutka i jednocześnie bardzo głośna część świadomości krzyczała „hej, a co jeśli się pomyliłaś???”. Bardzo nie chciała się pomylić. Nawet nie dziwiło ją, że Christopher jej się przygląda, no bo, kurczę… na jego miejscu chyba też nie wiedziałaby, gdzie podziać oczy. Przyjęła od niego pudełko, dokładnie tym samym wystudiowanym ruchem, co w dorosłej wersji, odłożyła je delikatnie na wolne miejsce na stoliku i otworzyła, po czym wyciągnęła z niego materiał i uniosła, rozprostowując, by sobie obejrzeć to, o czym właśnie do niej mówił. W tym czasie pojawiła się skrzatka z dzbankiem herbaty i filiżankami (tym starym, nietańczącym kompletem), i innymi potrzebnymi do tegoż rzeczami. – Słyszałam o nich – przyznała, oglądając sobie jego dzieło, i nie umiała powstrzymać uśmiechu, nawet w takich okolicznościach. W jakiś sposób ją to ujęło za serce: ten gest, że o niej pomyślał, że… chciał zrobić dla niej coś, co przynajmniej w teorii mogłoby pomóc ochronić przed Limbo, a jak wiedział – już raz weń wpadła. Był to wzór niezwykle praktyczny, skoro można tego było użyć na kilka sposów, widziała też, że przy rękawach się nie powstrzymał od delikatnej dekoracji. Po trochę sądziła, że nie będzie miała żadnej: bo jego głupio było poprosić, a miałaby pisać do innych krawców? To dopiero byłoby jak zdrada, duma jej na to nie pozwalała. Więc teraz przycisnęła szatę do piersi, jak ten najcenniejszy skarb i spojrzała miękko na Christophera. – Dziękuję – powiedziała z wdzięcznością. – Jest… naprawdę dziękuję – fakt, nie było to coś typowego w wykonaniu Christophera, ale była pewna, że uszył tę szatę tak, żeby dobrze się dopasowywała do figury. Jej figury. Tej DOROSŁEJ figury, a nie… Ufała jego wyczuciu i nie musiał jej przekonywać, że jest zdolny, by uszyć dla niej coś ładnego. Na bal czy nie. Czy inaczej nosiłaby jego sukienki tak chętnie? – To znaczy? – nie zrozumiała w pierwszej chwili, gdy powiedział o tym „przypadku” i zmarszczyła lekko brwi. Mimo wszystko nie mogła się powstrzymać i zamiast złożyć szatę i wsadzić ją z powrotem do pudełka, założyła ją, żeby zobaczyć tak mniej-więcej jak leży. Na długość była dobra, bo Victoria w tym wieku już prawie osiągnęła swój wzrost, zostawała kwestia rękawów, ale aż rozwinęła ten od sukienki, który miała pod spodem i długość się zgadzała, no i jej figury, która się znacznie zaokrągliła z wiekiem, ale teraz nie była w stanie nic z tym zrobić. Była jednak pewna, że pod tym względem oko Chrisa było tak wyczulone, jak zawsze. I tak właśnie, ubrana w tę niedopasowaną do niej chwilowo szatę, słuchała tego, o czym mówi Chris. – Jestem prawie pewna, że poltergeist w tamtej kamienicy i dom, z którego ocalało krzesło, to nie są sprawy ze sobą powiązane… – powiedziała w końcu. Chociaż nie wątpiła, że obie z nich były celem. Wiadomością. Tyle że dwóch różnych osób – taką miała teorię. Nie bardzo wiedziała, do czego przypisać tę cholerną piwniczkę, no i poltergeista z londyńskich ulic, oraz przeklęty zestaw do herbaty, ale nie ulegało wątpliwości, że natężenie, zwłaszcza ostatnio, było… No cóż. Duże. – Dziwnego… Chyba niespecjalnie? Ale wiesz co, no w ostatnim… Tygodniu natężenie jest znacznie większe. Och, jeszcze ta burza – przypomniało jej się, ale dotąd również tych rzeczy ze sobą nie powiązała. Ale jak tak teraz myślała, to odkąd zaczęli się widywać częściej, to i jakby częściej zaczęły się przydarzać te rzeczy. – To chyba dużo pracy, skoro masz teraz dużo takich zamówień – a wiedziała przecież, jaki Chris ma stosunek do szycia na zamówienie. – Ale w takich warunkach przynajmniej nie napadnie na ciebie poltergeist – Victoria w końcu ściągnęła szatę, złożyła ją równo (nie mogła inaczej), i wreszcie sobie usiadła. RE: [25.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Christopher Rosier - 15.09.2026 – To byłoby trochę… niezręczne w moim wieku – przytaknął Christopher dyplomatycznie, chociaż do głowy przychodziły mu też inne określenia, w tym „absolutnie przerażające”. – Mam wielką nadzieję, że te śmieszne drinki wyjdą z mody – prychnął. Czy uznałby je zabawne? Tak, ale w jakimś barze, na przyjęciu w ogrodzie albo potańcówce znajomych, a nie na eleganckim balu, gdzie wszyscy pojawiali się, aby zaprezentować się z jak najlepszej strony i nikt nie chciał, aby wdarł się chaos. A gdyby jakiś zamienił go w małego chłopca, to chyba szlag jasny by go trafił: śpiewanie jeszcze zniósł, a anielskie skrzydła były nawet ciekawym dodatkiem… i teraz kącik ust drgnął mu lekko na to wspomnienie, zaraz jednak uśmiech znikł, bo niedogodność może była drobna i, na całe szczęście, krótkotrwała, ale wciąż zbijała go z tropu. Niemal zapomniał jednak o tym, jak Victoria wyglądała, kiedy zaczęła oglądać szatę. Nie spojrzał nawet na przyniesioną herbatę, zbyt zaoferowany swoim projektem. Widział, że wyraźnie jest zadowolona i to sprawiało satysfakcję, choć i w swojej pewności swego chyba nawet przez moment nie zakładał, że mogłoby być inaczej. – Ma kieszenie, i wewnętrzne, i zewnętrzne. Podejrzewam, że możesz potrzebować jakichś… drobiazgów – powiedział. Co nosiło się na takie akcje? Nie miał pojęcia, ale coś na pewno. Sama różdżka to chyba za mało na potencjalnie wpadanie do Limba. – Chciałem jakoś pomóc – stwierdził po prostu na jej podziękowania. Może by rzucił coś cwaniacko o tym, że mogłaby mu podziękować jak za walkę z imbrykami albo jakiś inny, flirciarski tekst, ale absolutnie nie zdołałby się przemóc, aby zrobić coś takiego teraz, gdy wyglądała jak jego mała kuzynka, chodząca bodaj do szóstej klasy w Hogwarcie. Trochę za bardzo dzieciak, nawet jeżeli w środku wciąż była Victorią. – Wiesz, że mogłaś mnie o nią po prostu poprosić? – dodał, jakby z odrobiną wahania. Bo oczywiście, że on powinien pomyśleć, ale zastanawiał się, czy Victoria nie wspomniała o niej wcześniej, chociaż słyszała o takich, z jakichś konkretnych powodów. Zdawało mu się, że zaczyna pewne rzeczy rozumieć: takie, które tkwiły pod powierzchnią, i których nie próbował wyławiać, bo najpierw była starszą Ślizgonką, potem narzeczoną kuzyna, a wreszcie związaną z Rookwoodem aurorką. Ale nie mógł być pewny. – Pewnie masz rację. Dom i krzesło… Spalona Noc i ci cali… – podsumował, jakby brakowało mu słów i machnął ręką. – Ale cała reszta? Brzmi trochę, jakby ktoś działał przeciwko tobie – skwitował, a potem skrzywił się lekko. Dużo pracy… – Nie przeszkadza mi nawał pracy, ale nie lubię szyć na prawo i lewo. Powiedzmy, że nagiąłem trochę raz zasady, z powodu wyjątkowych okoliczności ale sporą część pracy i tak robi szwaczka… Nie chodzi o naginianie dla ciebie, oczywiście. Tę szatę chciałem uszyć. RE: [25.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Victoria Lestrange - 16.09.2026 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Av03fUS.png[/inny avek] – Jedyną kwestią łagodzącą byłoby to, że faktycznie to ja jestem od ciebie starsza – westchnęła, bo to niby tylko głupie ciało, ale jednocześnie kurwa no nie do końca „tylko”. – Ale nie. Jestem przekonana, że to się utrzyma maksymalnie dobę – powiedziała, trochę tak, jakby próbowała przekonać o tym jednocześnie i jego i siebie, ale prawda była taka, że no przecież u Laurenta się to sprawdziło. – Co, nie chciałbyś być zamieniony w elfa przy następnej okazji? – uśmiechnęła się blado. Te drinki miały w sobie coś z ruletki, w większości były nieszkodliwe, efekty mijały szybko, ale te wszystkie nagłe zakochiwania się w kimś innym, chęć całowania obcych – to było chore i powinno zniknąć. Ileż takie rzeczy mogły namieszać wśród ludzi… – Kieszenie to zawsze dobry wybór – przyznała, zaglądając przez ramię, żeby zobaczyć, jak szata układa się z tyłu, przynajmniej odrobinę. Nie leżała oczywiście idealnie, nie w tej wersji, ale oczyma wyobraźni już widziała, że gdy wszystko wróci do normy, to powinno być bez zarzutu. – W sukienkach też. Kobiety lubią mieć przy sobie drobiazgi – dodała. Szminkę, puder… Albo inne rzeczy – absolutna norma. Rzecz jasna do Doliny Godryka na patrol nie planowała brać takich rzeczy, bardziej jakieś fiolki eliksirów. – Pomogłeś bardzo – powiedziała miękko i w innych warunkach faktycznie zasłużyłby na kolejnego buziaka, ale i jej to nie przechodziło przez filtr w głowie w obecnej chwili. Niby byli sami i wciąż była sobą, ale jednak… No nie. Po prostu nie. Podziękuje mu następnym razem, gdy już będzie wyglądała normalnie – obiecała to sobie. – Wiem – odpowiedziała po chwili na jego pytanie. Najwyraźniej ta kwestia chodziła mu po głowie… albo przyszła mu do niej teraz, gdy stwierdziła, że słyszała o tych szatach. – Ale nie poprosiłam – potwierdziła. Zastanawiał się dlaczego? Chciał… próbował ją zrozumieć? Victoria nie chciała tego utrudniać… Pewnie na jego miejscu też by pytała. – Nie chciałam, żebyś pomyślał… żeby to wyglądało, jakbym widywała się z tobą dlatego, że chcę mieć z tego jakieś korzyści, jakbym na tobie żerowała – powiedziała wprost. – Albo żebyś czuł z tego tytułu jakąś presję – wiedząc, co było w Dolinie Godryka, wiedząc, że miał tam nastąpić atak na Polanę Ognisk i Knieję… i to jeszcze w Samhain, przypuszczała, że wpływ Limbo może tam być mocniejszy i nikt nie wiedział, jak to zadziała na nią czy Atreusa. Ten płaszcz… Jeśli faktycznie mógł taki wpływ do pewnego stopnia negować, był dla Zimnych prawdopodobnie najcenniejszym, co mogą tam mieć, oprócz różdżki rzecz jasna. I ona tej presji na Christopherze wywierać nie chciała. – Dlatego nie poprosiłam – wolała pójść tam bez szaty, niż żeby Christopher miałby pomyśleć coś, czego nie chciała sugerować żadnym gestem. Wolała pójść tam bez ochrony, niż pisać do innych rzemieślników i zamawiać szatę u nich. – Mogłam się komuś narazić – w końcu była aurorem, prawdopodobieństwo było niezerowe. – Ale ten ktoś musiałby być pięć kroków przede mną i jeszcze przewidywać moje ruchy. A to niełatwe nawet dla jasnowidzów… Jestem oklumentką – właściwie to Christopher mógł o tym nie wiedzieć, bo to nie było coś, czym chwaliła się na lewo i prawo. Czy w ogóle interesował się teorią magii na tyle, by wiedzieć, czym dokładnie była oklumencja? – Wiem, że nie lubisz… To w sumie bardzo hojne z twojej strony, że nagiąłeś własne zasady – ale to faktycznie były trochę wyjątkowe okoliczności… a Chris okazywał się nie być taki zadufany w sobie, na jakiego pozował z daleka. Przy bliższym poznaniu ogólnie okazywał się inny. Ale… Victoria zapewne też. Uśmiechnęła się, gdy powiedział, że tę dla niej chciał uszyć sam. – Dużo masz tych zamówień? RE: [25.10.1972, Grasmere] Zmieniam twarz i nagle jest zimno - Christopher Rosier - 17.09.2026 Nie wdawał się już w dywagacje, że w takim wypadku chyba na każdym jej ubraniu musiałby umieścić jej datę urodzenia, a i tak nikt by nie uwierzył. Zadowolił się deklaracją, że to wszystko przejdzie najdalej do jutra, i postanowił jakoś przetrwać to, że teraz czuł się trochę dziwnie, kiedy na nią zerkał i widział jednak dziecko. Nawet wiedząc, że w środku znajduje się dorosła kobieta. – Zostawię takie zabawy Atreusowi, on przepada za atrakcjami tego typu – zakpił lekko. Och, gdyby to jemu dostał się ten drink, istniała spora szansa, że zrobiłby potem jakąś awanturę… chociaż nie, pewnie nie chciałby wyjść na absolutnego palanta wobec Victorii. – Za to, że ich zwykle nie ma, obwiniaj Diora – skwitował. To znaczy już wcześniej kobietom zwykle nie dawano kieszeni, a przynajmniej nie takich, jak mężczyznom, bo zaczęto dążyć do tego, aby je wyszczuplać i podkreślać kształty… ale Dior był tutaj największym złolem, i choć moda mugolska i czarodziejska mocno się różniły, i ta druga pozostawała bardziej konserwatywna, to Chris miał wrażenie, że jego stwierdzenie wzięli sobie do serca i amerykańscy, i francuscy magiczni projektanci. Jeżeli szło o niego, to sprawa kieszeni zależała od tego, jaki akurat strój szył, bo nie do każdej sukni balowej pasowały, ale przy większości dało się je wpasować. Milczał przez chwilę, przetwarzając jej słowa. Zmarszczył lekko jasne brwi, bo to wyjaśnienie wcale nie wydawało mu się tak całkiem oczywiste, chociaż pojmował, jaka logika za nim stała. A przynajmniej Victoria całkiem dobrze ją wyjaśniała. Nie byłoby to też tak zaskakujące. Mężczyźni lubili umawiać się z dziewczynami tylko dlatego, że były młodsze i ładne. Kobiety czasem umawiały się z mężczyznami tylko dlatego, że byli zamożni i popularni. Po prostu nigdy nawet nie wziął tego pod uwagę tutaj. Trochę, bo nijak mu to do niej nie pasowało. Trochę, bo tak naprawdę nie widział między nimi nierówności. Oboje byli raczej młodzi, oboje pochodzili z bogatych rodzin, oboje sami zarabiali, oboje mieliby inne opcje, gdyby chcieli się za nimi rozejrzeć. Nawet jeżeli różnili się pod wieloma względami, to dużo budowało się tu po prostu na wzajemnym podobieństwie. Chyba dotarło do niego w tym właśnie momencie, że Victoria Lestrange zawsze wydawała się niezwykle pewna siebie, ale ta pewność siebie musiała zostać zachwiana. – Nie pomyślałbym tak – stwierdził w końcu. - Możesz prosić mnie o takie rzeczy. Szukanie wsparcia nie jest wykorzystywaniem, a ja spróbuję pomóc nie dlatego, że prosisz, a dlatego, że chcę to zrobić. Kiwnął głową, na jej dalsze wyjaśnienia: wciąż nie był do końca przekonany, bo tego wszystkiego zdawało się być za dużo, ale dzielnie postarał się zwalczyć paranoiczną myśl, że może uwzięła się na nią Cressida. - Sporo. Nie powiem, że wszystkie mam ochotę realizować, ale umówiliśmy się z kuzynką, że nad niektórymi rzeczami pomogę jej popracować. Uczy się. |