Zapatrzyła się na Christophera, a gdy zobaczyła jego wyraźną ulgę i nieskładną próbę wybrnięcia, zamrugała.
– No bywa, ale nie z nastolatką – jęknęła i westchnęła jednocześnie, no bo panowie mający kryzys wieku średniego, oglądający się za nastolatkami, byli po prostu oblechami. To z Chrisem byłoby jeszcze do ugrania, jakoś, ale to byłoby trudne ogólnie, poukładanie sobie w głowie rzeczy i w ogóle… Nawet jeśli psychicznie i wedle wszelkich doświadczeń nastolatką nie była, to bardzo by nie chciała utknąć w takiej formie. – Jak to tak bal bez tych popularnych śmiesznych drinków – westchnęła raz jeszcze, cierpiętniczo i uśmiechnęła się blado. Widziała, że Chris próbował robić dobrą minę do tej głupiej gry, tym bardziej że zostało jej tak przetrzymać jeszcze tylko kilka lub kilkanaście godzin. – Na szczęście to tylko na dzisiaj. Na Panią Księżyca, nie chciałabym tak utknąć na dłużej – spojrzała po sobie znowu, nadal nie mogąc przywyknąć, że to jej ciało – jednocześnie tak znajome i tak obce. – Tylko chwilowa niedogodność – mruczała dalej pod nosem, jakby próbowała przekonać samą siebie, że będziedobrzebędziedobrze. Trochę tak było. Znaczy no wszystkie zmysły i wiedza związana z rozpraszaniem magii czy klątwołamaniem, wszystko to jej mówiło, że nie ma innej opcji, ale jednak jakaś malutka i jednocześnie bardzo głośna część świadomości krzyczała „hej, a co jeśli się pomyliłaś???”. Bardzo nie chciała się pomylić. Nawet nie dziwiło ją, że Christopher jej się przygląda, no bo, kurczę… na jego miejscu chyba też nie wiedziałaby, gdzie podziać oczy.
Przyjęła od niego pudełko, dokładnie tym samym wystudiowanym ruchem, co w dorosłej wersji, odłożyła je delikatnie na wolne miejsce na stoliku i otworzyła, po czym wyciągnęła z niego materiał i uniosła, rozprostowując, by sobie obejrzeć to, o czym właśnie do niej mówił.
W tym czasie pojawiła się skrzatka z dzbankiem herbaty i filiżankami (tym starym, nietańczącym kompletem), i innymi potrzebnymi do tegoż rzeczami.
– Słyszałam o nich – przyznała, oglądając sobie jego dzieło, i nie umiała powstrzymać uśmiechu, nawet w takich okolicznościach. W jakiś sposób ją to ujęło za serce: ten gest, że o niej pomyślał, że… chciał zrobić dla niej coś, co przynajmniej w teorii mogłoby pomóc ochronić przed Limbo, a jak wiedział – już raz weń wpadła. Był to wzór niezwykle praktyczny, skoro można tego było użyć na kilka sposów, widziała też, że przy rękawach się nie powstrzymał od delikatnej dekoracji. Po trochę sądziła, że nie będzie miała żadnej: bo jego głupio było poprosić, a miałaby pisać do innych krawców? To dopiero byłoby jak zdrada, duma jej na to nie pozwalała. Więc teraz przycisnęła szatę do piersi, jak ten najcenniejszy skarb i spojrzała miękko na Christophera. – Dziękuję – powiedziała z wdzięcznością. – Jest… naprawdę dziękuję – fakt, nie było to coś typowego w wykonaniu Christophera, ale była pewna, że uszył tę szatę tak, żeby dobrze się dopasowywała do figury. Jej figury. Tej DOROSŁEJ figury, a nie… Ufała jego wyczuciu i nie musiał jej przekonywać, że jest zdolny, by uszyć dla niej coś ładnego. Na bal czy nie. Czy inaczej nosiłaby jego sukienki tak chętnie?
– To znaczy? – nie zrozumiała w pierwszej chwili, gdy powiedział o tym „przypadku” i zmarszczyła lekko brwi. Mimo wszystko nie mogła się powstrzymać i zamiast złożyć szatę i wsadzić ją z powrotem do pudełka, założyła ją, żeby zobaczyć tak mniej-więcej jak leży. Na długość była dobra, bo Victoria w tym wieku już prawie osiągnęła swój wzrost, zostawała kwestia rękawów, ale aż rozwinęła ten od sukienki, który miała pod spodem i długość się zgadzała, no i jej figury, która się znacznie zaokrągliła z wiekiem, ale teraz nie była w stanie nic z tym zrobić. Była jednak pewna, że pod tym względem oko Chrisa było tak wyczulone, jak zawsze. I tak właśnie, ubrana w tę niedopasowaną do niej chwilowo szatę, słuchała tego, o czym mówi Chris. – Jestem prawie pewna, że poltergeist w tamtej kamienicy i dom, z którego ocalało krzesło, to nie są sprawy ze sobą powiązane… – powiedziała w końcu. Chociaż nie wątpiła, że obie z nich były celem. Wiadomością. Tyle że dwóch różnych osób – taką miała teorię. Nie bardzo wiedziała, do czego przypisać tę cholerną piwniczkę, no i poltergeista z londyńskich ulic, oraz przeklęty zestaw do herbaty, ale nie ulegało wątpliwości, że natężenie, zwłaszcza ostatnio, było… No cóż. Duże. – Dziwnego… Chyba niespecjalnie? Ale wiesz co, no w ostatnim… Tygodniu natężenie jest znacznie większe. Och, jeszcze ta burza – przypomniało jej się, ale dotąd również tych rzeczy ze sobą nie powiązała. Ale jak tak teraz myślała, to odkąd zaczęli się widywać częściej, to i jakby częściej zaczęły się przydarzać te rzeczy. – To chyba dużo pracy, skoro masz teraz dużo takich zamówień – a wiedziała przecież, jaki Chris ma stosunek do szycia na zamówienie. – Ale w takich warunkach przynajmniej nie napadnie na ciebie poltergeist – Victoria w końcu ściągnęła szatę, złożyła ją równo (nie mogła inaczej), i wreszcie sobie usiadła.