24.08.2026, 21:51 ✶
— Tyle planów, tyle rachunków, tyle papierów…
Przez uchylone okna do salonu wślizgiwało się październikowe powietrze — wilgotne, ostre oraz przesycone zapachem mokrych liści. Niosło ze sobą woń ziemi. Zdradliwy i nieproszony dreszcz przebiegł po jej ramionach. Lydia natychmiast poprawiła kaszmirową chustę, otulając się nią szczelniej.
Przesunęła wzrokiem po rozłożonych planach, zatrzymała się na szkicu straganu, kiedy zajęła fotel naprzeciwko Othella. Drobna sylwetka zapadła się nieco w miękkie oparcie. Oszczędność ruchów była jedną z zasad dobrego wychowania… Nie, zdradzało kobietę jedynie drobne drżenie palców wskazująć, że chłód zdołał wedrzeć się pod warstwy odzienia. Była to pewna przykrość, ponieważ Black chłód lubiła, a niestety, jej ciało nie podzielało tej filozofii.
— Mogę ci pomóc przy stoisku, lecz nie wiem tylko, czy będę w stanie pozostać tam przez cały czas. Mam… sprawy. Whitecroft potrzebuje mojego wsparcia. Pojawię się jednak na chwilę. Jakże mogłabym odmówić, skoro Samhain jest już tak blisko?
Na wspomnienie Teda jej spojrzenie przesunęło się ku mężczyźnie.
— Służy ci wiernie — powiedziała mimochodem, jak gdyby jego wcześniejsza uwaga o braku rozmowności była co najmniej niesprawiedliwa. — Nie każda istota musi przecież mówić, aby być pożyteczna.
Lydia, mimo całej tej jego ponurej (wręcz mrocznej!) aparycji i atmosfery, jaką roztaczał wokół siebie, darzyła Othella pewnym trudnym do wyjaśnienia zaufaniem. Był typem spod ciemnej gwiazdy — takim, którego rozsądna dama zapewne ominęłaby szerokim łukiem, gdyby spotkała go samotnie po zmroku. Był dziwny, niepokojący, a miejscami właściwie makabryczny… (Matko, należy szanować istoty obcujące ze śmiercią, prawda?)
— Powinnam cię jednak ostrzec. Widziałam mgłę, która wiła się między straganami… pęknięte lustra. Kilka. Rozrzucone po ziemi. To zły omen, Othello. Bardzo zły. Musisz być czujny. Ktoś lub coś może chcieć zakłócić równowagę tej nocy — jej smukłe palce spoczęły na krawędzi podłokietnika. Błądziły po drewnie bez wyraźnego celu, kreśląc niewidzialne wzory.
Przez uchylone okna do salonu wślizgiwało się październikowe powietrze — wilgotne, ostre oraz przesycone zapachem mokrych liści. Niosło ze sobą woń ziemi. Zdradliwy i nieproszony dreszcz przebiegł po jej ramionach. Lydia natychmiast poprawiła kaszmirową chustę, otulając się nią szczelniej.
Przesunęła wzrokiem po rozłożonych planach, zatrzymała się na szkicu straganu, kiedy zajęła fotel naprzeciwko Othella. Drobna sylwetka zapadła się nieco w miękkie oparcie. Oszczędność ruchów była jedną z zasad dobrego wychowania… Nie, zdradzało kobietę jedynie drobne drżenie palców wskazująć, że chłód zdołał wedrzeć się pod warstwy odzienia. Była to pewna przykrość, ponieważ Black chłód lubiła, a niestety, jej ciało nie podzielało tej filozofii.
— Mogę ci pomóc przy stoisku, lecz nie wiem tylko, czy będę w stanie pozostać tam przez cały czas. Mam… sprawy. Whitecroft potrzebuje mojego wsparcia. Pojawię się jednak na chwilę. Jakże mogłabym odmówić, skoro Samhain jest już tak blisko?
Na wspomnienie Teda jej spojrzenie przesunęło się ku mężczyźnie.
— Służy ci wiernie — powiedziała mimochodem, jak gdyby jego wcześniejsza uwaga o braku rozmowności była co najmniej niesprawiedliwa. — Nie każda istota musi przecież mówić, aby być pożyteczna.
Lydia, mimo całej tej jego ponurej (wręcz mrocznej!) aparycji i atmosfery, jaką roztaczał wokół siebie, darzyła Othella pewnym trudnym do wyjaśnienia zaufaniem. Był typem spod ciemnej gwiazdy — takim, którego rozsądna dama zapewne ominęłaby szerokim łukiem, gdyby spotkała go samotnie po zmroku. Był dziwny, niepokojący, a miejscami właściwie makabryczny… (Matko, należy szanować istoty obcujące ze śmiercią, prawda?)
— Powinnam cię jednak ostrzec. Widziałam mgłę, która wiła się między straganami… pęknięte lustra. Kilka. Rozrzucone po ziemi. To zły omen, Othello. Bardzo zły. Musisz być czujny. Ktoś lub coś może chcieć zakłócić równowagę tej nocy — jej smukłe palce spoczęły na krawędzi podłokietnika. Błądziły po drewnie bez wyraźnego celu, kreśląc niewidzialne wzory.
Nie każ mi odchodzić, moja gwiazdo
Królestwo można utracić,
świątynię można spalić,
imię można wymazać z ksiąg,
lecz cóż pocznie niewiasta, która straciła gwiazdę,
wedle której znała drogę?
Królestwo można utracić,
świątynię można spalić,
imię można wymazać z ksiąg,
lecz cóż pocznie niewiasta, która straciła gwiazdę,
wedle której znała drogę?