Charakter Owena i Nell był ewidentnie niekompatybilny i jakikolwiek kontakt ze sobą mieli, to krzewili iskry i to wcale nie te dobrego rodzaju. Ginewra starała się to ignorować (choć jeszcze chwilę temu bardzo jej to przeszkadzało), bo w tej chwili miała ważniejsze sprawy na głowie, jakkolwiek by to groteskowo nie brzmiało. Była to sprawa pomiędzy Nell a Owenem i nie zamierzała się w to mieszać, a sądząc po reakcji Cathala – on również nie. Mieli więc Bagshotównę, która dość przytomnie wypadła na zewnątrz, poinformować innych, którzy najpewniej usłyszeli ten wstrząs, i klątwołamacza, który rzucił focha z przytupem, najwyraźniej zupełnie nieprzygotowany raz, że do trudniejszych warunków na wykopaliskach, a dwa, że ewidentnie nie był odroprny na słowne prowokacje.
Guinevere przetarła twarz dłońmi i spojrzała przez palce na Cala, gdy ten się odezwał.
– Nadawały na tych samych falach. Z Nell – stwierdziła, nieco zachrypniętym głosem, po części się z nim zgadzając. Bo i jej brakowało Jamila, czy Lety czy innych członków ekipy, którzy po czasie pracy w Egipcie dotarli się i wiedzieli co i jak, a tutaj trzeba było wszystko ustalać niemalże od zera.
Ale też potwierdzało to teorię Ginewry na temat Anglików: że mają kija w dupie (z nielicznymi wyjątkami rzecz jasna).
Koło dziesiątej spowodowało, że poczuła jak zimna bryła lodu wpada jej do żołądka i mrozi wszystko od środka. Tego się właśnie obawiała, ale kto ostatni włosek nadziei, której już nawet nie miała, ale się łudziła, właśnie się zerwał. A ostatecznie chcąc przełknąć ślinę poczuła, że ma całkowicie suche gardło.
– Nic nie widziałam. Słyszałam tylko kapanie wody – powiedziała po chwili. – Wszystko było tak jak w moim śnie. Ciemność, kłótnia, woda i… – i wybuch.
I ta pomylona godzina, po której czuła, że zupełnie jej się wszystko już mieszało. Jak miała funkcjonować, skoro nie mogła być nawet pewna, czy jest w trakcie wizji czy nie? Na pewno dało się to jakoś rozróżnić, tylko zwyczajnie nie wiedziała jak.