09.08.2026, 02:51 ✶
Bliskość, którą jeszcze przed chwilą można było złożyć na karb gniewu, napięcia czy przekory, teraz nabrała innego ciężaru. Astoria, ku własnemu zaskoczeniu, poczuła, że jej ciało zdradza ją szybciej, niż zdążył to uczynić rozum. Ciepło jego dłoni, dotykające jej talii, nie powinno mieć dla niej żadnego znaczenia; powinno być tylko kolejnym gestem w tej osobliwej rozmowie, podobnie jak palce na jej podbródku. A jednak pod skórą przebiegł jej drobny, prawie niedostrzegalny dreszcz, który natychmiast próbowała opanować, prostując ramiona i unosząc głowę z tą przesadną godnością, która zdradzała ją bardziej niż jakiekolwiek zakłopotanie. Najgorsze było to, że nie wiedziała, co właściwie chciała zrobić. Odsunąć go? Czy zostać jeszcze chwilę?
Patrzyła w jego oczy i po raz pierwszy nie widziała w nich człowieka, który usiłował ją przechytrzyć. Widziała kogoś zmęczonego własną ostrożnością, kogoś, kto przez lata wznosił mur za murem, aż w końcu sam nie wiedział, czy jeszcze chroni się przed światem, czy już tylko więzi we własnej twierdzy. Różniły ich przyczyny, różniły ich drogi, różniły nawet sposoby, w jakie bronili tego, co pozostało z ich serc, lecz sama potrzeba była boleśnie podobna. Nie dopuszczać zbyt blisko. Nie przywiązywać się zanadto. Nie pozwolić, aby cudza obecność stała się koniecznością, bez której później nie sposób oddychać. Bo wszystko, co staje się konieczne, może pewnego dnia zostać odebrane.
Nie odsunęła się. Nie uciekła również wzrokiem, choć jeszcze niedawno zapewne uczyniłaby jedno albo drugie, byle tylko odzyskać przewagę. Zamiast tego trwała nieruchomo przy zamkniętych drzwiach, czując za plecami twarde drewno, przed sobą zaś jego obecność, która nagle przestała przypominać zagrożenie, a zaczęła przypominać pytanie. Czy naprawdę był błędem? Wiedziała jedno - nie chciała, aby wyszedł. Mogła przecież pozwolić mu odejść. Wystarczyłoby jedno słowo. Jedno krótkie, chłodne zdanie, którym zamknęłaby drzwi nie tylko pracowni, lecz również tej osobliwej historii, jaka od pewnego czasu zaczynała wymykać się spod jej kontroli. Nie powiedziała go. Jej spojrzenie zsunęło się na chwilę z jego oczu, jakby potrzebowała zebrać myśli. Dostrzegła napięcie w jego szczęce, zmęczenie osiadłe pod oczami i coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać.
Nie przestraszyło jej to, co powiedział o rzeczach, do których został zmuszony, o magii, o wolności oddanej komuś w zamian za obietnicę, której cenę najwyraźniej przyszło mu płacić długo po tym, jak przestała obowiązywać. Było w tym wiele, czego nie rozumiała, jeszcze więcej, o co chciałaby zapytać. Zamiast tego uniosła dłoń i ostrożnie położyła ją na jego mostku, która miała przecież być granicą, wyraźnym znakiem, że dystans między nimi należy do niej i że to ona zdecyduje, kiedy zostanie skrócony. Tymczasem pod palcami czarownicy biło jego serce - równe, lecz ciężkie; przyspieszone odrobinę, jakby i ono nie bardzo wiedziało, co począć z bliskością, której rozum nie potrafił już uporządkować. Czuła każde głębsze nabranie przez niego powietrza, lekkie napięcie mięśni pod materiałem szaty i ciepło, które przenikało przez jej palce, jakby między nimi nie istniała już żadna z tych warstw, za którymi oboje tak uparcie zwykli się chować.
- Nie jestem pewna, czy powinnam była to usłyszeć - umilkła na moment, a w jej oczach pojawił się cień tej samej ostrożności, która od dawna strzegła jej własnych uczuć. - Chociaż przyznaję, że chętnie dowiedziałabym się, co dokładniej masz na myśli.
Nie naciskała. Nie był jej winien odpowiedzi, przekonywała siebie samą. W tym momencie serce uderzyło jej mocniej, jakby nagle przypomniało sobie o własnym istnieniu i z przekorną gorliwością postanowiło oznajmić jej, że nie wszystko, co czuje, można uciszyć samym nakazem woli.
- Mhm, tragiczny błąd - przymknęła powieki, gdy ich czoła zetknęły się ze sobą i jego oddech mieszał się z jej własnym. - A jednak nie chcę, żebyś wychodził tylko dlatego, że przestraszyłeś się własnej szczerości.
Nie zwykła mówić rzeczy podobnych tak otwarcie - łatwiej przychodziło jej zasłaniać zainteresowanie ironią i udawać, że wszystko, co ją poruszało, było jedynie przedmiotem chłodnej obserwacji.
- Więc zrób to. Przewróć szachownicę i pozwól mi wygrać.
Może po raz pierwszy oboje stali po tej samej stronie szachownicy, patrząc na rozsypane figury i próbując zrozumieć, dlaczego przez tyle czasu byli przekonani, że muszą grać przeciwko sobie.
Patrzyła w jego oczy i po raz pierwszy nie widziała w nich człowieka, który usiłował ją przechytrzyć. Widziała kogoś zmęczonego własną ostrożnością, kogoś, kto przez lata wznosił mur za murem, aż w końcu sam nie wiedział, czy jeszcze chroni się przed światem, czy już tylko więzi we własnej twierdzy. Różniły ich przyczyny, różniły ich drogi, różniły nawet sposoby, w jakie bronili tego, co pozostało z ich serc, lecz sama potrzeba była boleśnie podobna. Nie dopuszczać zbyt blisko. Nie przywiązywać się zanadto. Nie pozwolić, aby cudza obecność stała się koniecznością, bez której później nie sposób oddychać. Bo wszystko, co staje się konieczne, może pewnego dnia zostać odebrane.
Nie odsunęła się. Nie uciekła również wzrokiem, choć jeszcze niedawno zapewne uczyniłaby jedno albo drugie, byle tylko odzyskać przewagę. Zamiast tego trwała nieruchomo przy zamkniętych drzwiach, czując za plecami twarde drewno, przed sobą zaś jego obecność, która nagle przestała przypominać zagrożenie, a zaczęła przypominać pytanie. Czy naprawdę był błędem? Wiedziała jedno - nie chciała, aby wyszedł. Mogła przecież pozwolić mu odejść. Wystarczyłoby jedno słowo. Jedno krótkie, chłodne zdanie, którym zamknęłaby drzwi nie tylko pracowni, lecz również tej osobliwej historii, jaka od pewnego czasu zaczynała wymykać się spod jej kontroli. Nie powiedziała go. Jej spojrzenie zsunęło się na chwilę z jego oczu, jakby potrzebowała zebrać myśli. Dostrzegła napięcie w jego szczęce, zmęczenie osiadłe pod oczami i coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać.
Nie przestraszyło jej to, co powiedział o rzeczach, do których został zmuszony, o magii, o wolności oddanej komuś w zamian za obietnicę, której cenę najwyraźniej przyszło mu płacić długo po tym, jak przestała obowiązywać. Było w tym wiele, czego nie rozumiała, jeszcze więcej, o co chciałaby zapytać. Zamiast tego uniosła dłoń i ostrożnie położyła ją na jego mostku, która miała przecież być granicą, wyraźnym znakiem, że dystans między nimi należy do niej i że to ona zdecyduje, kiedy zostanie skrócony. Tymczasem pod palcami czarownicy biło jego serce - równe, lecz ciężkie; przyspieszone odrobinę, jakby i ono nie bardzo wiedziało, co począć z bliskością, której rozum nie potrafił już uporządkować. Czuła każde głębsze nabranie przez niego powietrza, lekkie napięcie mięśni pod materiałem szaty i ciepło, które przenikało przez jej palce, jakby między nimi nie istniała już żadna z tych warstw, za którymi oboje tak uparcie zwykli się chować.
- Nie jestem pewna, czy powinnam była to usłyszeć - umilkła na moment, a w jej oczach pojawił się cień tej samej ostrożności, która od dawna strzegła jej własnych uczuć. - Chociaż przyznaję, że chętnie dowiedziałabym się, co dokładniej masz na myśli.
Nie naciskała. Nie był jej winien odpowiedzi, przekonywała siebie samą. W tym momencie serce uderzyło jej mocniej, jakby nagle przypomniało sobie o własnym istnieniu i z przekorną gorliwością postanowiło oznajmić jej, że nie wszystko, co czuje, można uciszyć samym nakazem woli.
- Mhm, tragiczny błąd - przymknęła powieki, gdy ich czoła zetknęły się ze sobą i jego oddech mieszał się z jej własnym. - A jednak nie chcę, żebyś wychodził tylko dlatego, że przestraszyłeś się własnej szczerości.
Nie zwykła mówić rzeczy podobnych tak otwarcie - łatwiej przychodziło jej zasłaniać zainteresowanie ironią i udawać, że wszystko, co ją poruszało, było jedynie przedmiotem chłodnej obserwacji.
- Więc zrób to. Przewróć szachownicę i pozwól mi wygrać.
Może po raz pierwszy oboje stali po tej samej stronie szachownicy, patrząc na rozsypane figury i próbując zrozumieć, dlaczego przez tyle czasu byli przekonani, że muszą grać przeciwko sobie.
learn the rules
then break some
then break some