07.08.2026, 09:52 ✶
Czy przyrównałby Astorię do Kobry? Nie. Nie przyrównałby jej do drapieżnika, chociaż potrafiła kąsać. Nie po tym, co widział podczas spalonej nocy. Być może uważał, że ma wobec niego jakichś dług, chociaż w teorii spłaciła go kolacją, dlatego tu się znalazł. Ten, w którym uratował jej życie. Być może uznał, że tamten pocałunek na przyjęciu jednak coś znaczył. A być może po prostu był głupcem, chociaż każda jedna osoba w jego otoczeniu nigdy by go tak nie nazwała. Na pewno jej nie nie doceniał, ale żeby mówić o niej jako kobrze? Nie.
Jego wzrok, na powrót zimny i beznamiętny, obserwował Astorię. Jeśli liczyłeś, że szlachetnie odpuszczę ci wszystkie winy przeszłości, a potem bez jednego pytania rzucę się ratować cię z opresji… to przeceniłeś mnie. Może właśnie na to liczył? Może jednak faktycznie był głupcem, naiwniakiem, kimś kto popełniał błędy? Przysiągł sobie, że już nigdy nie popełni tego błędu, nie po Robercie. A jednak wchodził w kolejne relacje, które kończyły się dramatycznie. Każda jedna. Lestrange zacisnął dłonie w pięści. Czy fakt, że nikomu o tym nie powie, to był akt łaski? Czy kolejna pułapka?
- Znacznie więcej? - szepnął, wyciągając dłoń. Jego palce owinęły się wokół jej podbródka, tak dumnie uniesionego w wyzywającym geście. Delikatnie zmusił ją, by spojrzała mu w oczy. Oczy szaleńca, oczy kogoś, kto został złamany o raz za dużo. Balansował na przepaści i właśnie tracił równowagę. Ciemność zbyt kusząco go przyzywała. Wszystko to było widać jak na dłoni, gdy chłodna maska obojętności opadła z trzaskiem na podłogę i rozbiła się w drobny mak. - Nie przyszedłem tutaj, bo jesteś nieszkodliwa.
Powiedział poważnie, zniżając głos do szeptu. Druga dłoń Rodolphusa spoczęła na talii Astorii tylko po to, by mogli zamienić się miejscami. Jeden szybki ruch i teraz to ona stała przy zamkniętych drzwiach, przez które planował wyjść. Opierała się plecami o twarde drewno, tak kontrastujące z dotykiem czarodzieja, którego wszyscy uważali za zimnego, chłodnego - za kogoś ponad to. Jego dłonie były zadziwiająco miękkie, ciepłe i złaknione dotyku innego ciała. Ciała, które nie tylko będzie na nie reagować, a ciała, które będzie chciało reagować na nie w kółko i w kółko, bez końca, dłużej niż potrwa świat.
- Robiłem rzeczy, na które nie mogłem nic poradzić- powiedział cicho, odrobinę się nachylając w jej kierunku. - Rzeczy, do których zmuszono mnie podstępem i magią. Wieczysta przysięga jednak już nie działa, bo przerywa się w chwili, w której jeden z przysięgających umiera. W teorii znowu jestem wolny. A w praktyce…
W praktyce znowu ugrzązł. Ugrzązł w bagnie, które roztaczało się wokół Astorii, która stała na skale na środku i odmawiała zejścia do niego. Lestrange mówił cicho, powoli. Pachniał świeżo, wodą kolońską, proszkiem do prania, nowością i deszczem, przez który szedł.
- Być może ciągnie mnie do ciebie, bo faktycznie wyczuwam w tobie coś znajomego - przyznał w końcu. Żaden eliksir prawdy czy klątwa nie były w stanie sprawić, że nazwie uczucia, których sam nie rozumiał. Mogły zmusić go tylko do tego, żeby wypowiedział je na głos. - Oddawałem ludziom wolność zbyt często, pozwalając im zbliżyć się na odległość oddechu. A jednak… A jednak wciąż popełniam te same błędy.
Musnął palcem linię jej żuchwy, na moment przymrużając oczy. Dłoń na talii zacisnęła się niekontrolowanie. Wyczuwał miękki materiał, idealną krzywiznę ciała. Ale wciąż pamiętał tamten pocałunek. Agresywny, zaborczy, niekontrolowany i… Nieprzemyślany. A może jednak?
- Przychodząc tu, znowu popełniłem błąd. Powiedz tylko słowo, a stąd wyjdę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz - zmniejszył dzielący ich dystans i delikatnie oparł czoło o jej czoło. Zamknął oczy. - Jestem zmęczony. Zmęczony tym, że mi nie ufasz. Zmęczony tym, że patrzysz na mnie jak na partię szachów, na gracza który myśli tylko o tym, żeby przesunąć kolejny pionek i zaszachować przeciwnika. Stoisz naprzeciwko mnie przy tej szachownicy, a ja mam ochotę przewrócić wszystkie figury, żebyś tylko wygrała.
Jego wzrok, na powrót zimny i beznamiętny, obserwował Astorię. Jeśli liczyłeś, że szlachetnie odpuszczę ci wszystkie winy przeszłości, a potem bez jednego pytania rzucę się ratować cię z opresji… to przeceniłeś mnie. Może właśnie na to liczył? Może jednak faktycznie był głupcem, naiwniakiem, kimś kto popełniał błędy? Przysiągł sobie, że już nigdy nie popełni tego błędu, nie po Robercie. A jednak wchodził w kolejne relacje, które kończyły się dramatycznie. Każda jedna. Lestrange zacisnął dłonie w pięści. Czy fakt, że nikomu o tym nie powie, to był akt łaski? Czy kolejna pułapka?
- Znacznie więcej? - szepnął, wyciągając dłoń. Jego palce owinęły się wokół jej podbródka, tak dumnie uniesionego w wyzywającym geście. Delikatnie zmusił ją, by spojrzała mu w oczy. Oczy szaleńca, oczy kogoś, kto został złamany o raz za dużo. Balansował na przepaści i właśnie tracił równowagę. Ciemność zbyt kusząco go przyzywała. Wszystko to było widać jak na dłoni, gdy chłodna maska obojętności opadła z trzaskiem na podłogę i rozbiła się w drobny mak. - Nie przyszedłem tutaj, bo jesteś nieszkodliwa.
Powiedział poważnie, zniżając głos do szeptu. Druga dłoń Rodolphusa spoczęła na talii Astorii tylko po to, by mogli zamienić się miejscami. Jeden szybki ruch i teraz to ona stała przy zamkniętych drzwiach, przez które planował wyjść. Opierała się plecami o twarde drewno, tak kontrastujące z dotykiem czarodzieja, którego wszyscy uważali za zimnego, chłodnego - za kogoś ponad to. Jego dłonie były zadziwiająco miękkie, ciepłe i złaknione dotyku innego ciała. Ciała, które nie tylko będzie na nie reagować, a ciała, które będzie chciało reagować na nie w kółko i w kółko, bez końca, dłużej niż potrwa świat.
- Robiłem rzeczy, na które nie mogłem nic poradzić- powiedział cicho, odrobinę się nachylając w jej kierunku. - Rzeczy, do których zmuszono mnie podstępem i magią. Wieczysta przysięga jednak już nie działa, bo przerywa się w chwili, w której jeden z przysięgających umiera. W teorii znowu jestem wolny. A w praktyce…
W praktyce znowu ugrzązł. Ugrzązł w bagnie, które roztaczało się wokół Astorii, która stała na skale na środku i odmawiała zejścia do niego. Lestrange mówił cicho, powoli. Pachniał świeżo, wodą kolońską, proszkiem do prania, nowością i deszczem, przez który szedł.
- Być może ciągnie mnie do ciebie, bo faktycznie wyczuwam w tobie coś znajomego - przyznał w końcu. Żaden eliksir prawdy czy klątwa nie były w stanie sprawić, że nazwie uczucia, których sam nie rozumiał. Mogły zmusić go tylko do tego, żeby wypowiedział je na głos. - Oddawałem ludziom wolność zbyt często, pozwalając im zbliżyć się na odległość oddechu. A jednak… A jednak wciąż popełniam te same błędy.
Musnął palcem linię jej żuchwy, na moment przymrużając oczy. Dłoń na talii zacisnęła się niekontrolowanie. Wyczuwał miękki materiał, idealną krzywiznę ciała. Ale wciąż pamiętał tamten pocałunek. Agresywny, zaborczy, niekontrolowany i… Nieprzemyślany. A może jednak?
- Przychodząc tu, znowu popełniłem błąd. Powiedz tylko słowo, a stąd wyjdę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz - zmniejszył dzielący ich dystans i delikatnie oparł czoło o jej czoło. Zamknął oczy. - Jestem zmęczony. Zmęczony tym, że mi nie ufasz. Zmęczony tym, że patrzysz na mnie jak na partię szachów, na gracza który myśli tylko o tym, żeby przesunąć kolejny pionek i zaszachować przeciwnika. Stoisz naprzeciwko mnie przy tej szachownicy, a ja mam ochotę przewrócić wszystkie figury, żebyś tylko wygrała.