05.08.2026, 09:24 ✶
Rodolphus zastygł na ułamek sekundy, a bolesny przymus klątwy czy co to było natychmiast wykręcił mu gardło, eliminując jakąkolwiek możliwość wymijającej odpowiedzi czy ironicznego żartu. Jego twarz, zazwyczaj stanowiąca nieprzeniknioną maskę chłodnej uprzejmości i doskonale wyreżyserowanych emocji, stężała w rysach czystej, nagiej prawdy. Zmarszczył brwi, wolno wypuszczając powietrze przez usta. Gdy odzyskał panowanie nad głosem, brzmiał on cicho, ale zadziwiająco surowo – pozbawiony jakiejkolwiek pozowanej czarującej nuty.
– Myślałem… że w przeszłości wyraziłem się dostatecznie jasno – odezwał się, a jego spojrzenie wreszcie oderwało się od pożółkłych grzbietów i utkwiło bezpośrednio w oczach Astorii. – Myślałem, że zrozumiałaś, iż przy tobie nie udaję. Że ta gra, te szachy, o których mówisz, zostają za drzwiami twojej pracowni, domu czy kawiarni.
Zrobił krok w jej stronę, chociaż postawa ciała wciąż pozostawała spięta, zmuszona do absolutnej szczerości przez działające zaklęcie. W jego oczach nie było gniewu, jedynie głębokie, dojrzałe rozczarowanie.
– Skoro jednak to do ciebie nadal nie dociera… Skoro wciąż jesteś tu tylko po to, by doszukiwać się we mnie kolejnego podstępu, i co gorsza – skoro wolisz zastanawiać się, jak tę bezbronność wykorzystać… to być może przychodzenie tutaj było z mojej strony koszmarnym błędem - po raz kolejny wszystko wskazywało na to, że zaufanie było czymś, czym nie tyle co nie wolno było szafować, a nie wolno było dawać nikomu.
Zamilkł na chwilę. Prawda parzyła jego przełyk, domagając się dokończenia myśli, odsłonięcia tego jednego fragmentu, którego pod żadnym pozorem nie zamierzał wyjawiać w normalnych okolicznościach. Rodolphus zacisnął szczęki, ale mięśnie twarzy odmówiły mu posłuszeństwa.
– Udaję przed ludźmi, bo nie chcę, żeby mnie zranili – wyrzucił z siebie cicho, a każde słowo brzmiało dla niego jak ostateczna porażka. – Udaję przed całym światem, bo w przeszłości robiłem to zbyt wiele razy i zbyt wiele razy pozwolono mi zapłacić za to najwyższą cenę.
Odwrócił wzrok, chwytając podany przez nią wolumin i opierając go ciężko o blat, jakby w ten sposób chciał zasygnalizować koniec tej rozmowy. Patrzył na drzwi i zrobił krok w ich stronę. Tak, to był błąd.
– Myślałem… że w przeszłości wyraziłem się dostatecznie jasno – odezwał się, a jego spojrzenie wreszcie oderwało się od pożółkłych grzbietów i utkwiło bezpośrednio w oczach Astorii. – Myślałem, że zrozumiałaś, iż przy tobie nie udaję. Że ta gra, te szachy, o których mówisz, zostają za drzwiami twojej pracowni, domu czy kawiarni.
Zrobił krok w jej stronę, chociaż postawa ciała wciąż pozostawała spięta, zmuszona do absolutnej szczerości przez działające zaklęcie. W jego oczach nie było gniewu, jedynie głębokie, dojrzałe rozczarowanie.
– Skoro jednak to do ciebie nadal nie dociera… Skoro wciąż jesteś tu tylko po to, by doszukiwać się we mnie kolejnego podstępu, i co gorsza – skoro wolisz zastanawiać się, jak tę bezbronność wykorzystać… to być może przychodzenie tutaj było z mojej strony koszmarnym błędem - po raz kolejny wszystko wskazywało na to, że zaufanie było czymś, czym nie tyle co nie wolno było szafować, a nie wolno było dawać nikomu.
Zamilkł na chwilę. Prawda parzyła jego przełyk, domagając się dokończenia myśli, odsłonięcia tego jednego fragmentu, którego pod żadnym pozorem nie zamierzał wyjawiać w normalnych okolicznościach. Rodolphus zacisnął szczęki, ale mięśnie twarzy odmówiły mu posłuszeństwa.
– Udaję przed ludźmi, bo nie chcę, żeby mnie zranili – wyrzucił z siebie cicho, a każde słowo brzmiało dla niego jak ostateczna porażka. – Udaję przed całym światem, bo w przeszłości robiłem to zbyt wiele razy i zbyt wiele razy pozwolono mi zapłacić za to najwyższą cenę.
Odwrócił wzrok, chwytając podany przez nią wolumin i opierając go ciężko o blat, jakby w ten sposób chciał zasygnalizować koniec tej rozmowy. Patrzył na drzwi i zrobił krok w ich stronę. Tak, to był błąd.