Nie trzeba było Guineverze powtarzać, że z ich dwójki to Cathal jest znacznie lepiej przystosowany do picia alkoholu, niż ona, mało w to wprawiona i preferująca kawę przez dobrą połowę swojego życia. Najlepiej taką parzoną w tygielku do kawy, jak to robiła ona. Że z ich dwójki to najpewniej ona ma kaca po tej cholernej ognistej, o ile go w ogóle miała, ale jak na jej, to owszem, doprawionego jeszcze tym okropnym snem, przez który zupełnie się nie wyspała. Powinna zjeść coś słodkiego. Może całe bryłki cukru w zajebiście słodkiej, mocnej herbacie (bo, oczywiście, kawy cukrem ni mlekiem nie powinno się plugawić), może wtedy poczułaby się lepiej, chociaż nie było tak źle, bo obyło się bez rzygania jak kot.
A na domiar wszystkiego Nell i Owen się kłócili. Nie zauważyła spojrzenia, jakie Cathal rzucił Nell, bo miała wciąż przymknięte powieki, próbując chociaż częściowo odciąć się od bodźców, ale ich głosy, nieco podniesione i na pewno poruszone, ciągle wżerały jej się w czaszkę, aż nawet ona, na co dzień tak spokojna i cierpliwa, nie wytrzymała.
– Czy możecie się… zamknąć chociaż na chwilę? – powiedziała na wydechu, a lekkie zirytowanie dało się odczytać gdzieś z krawędzi jej głosu. – Nie da się zebrać myśli, jak się tak przepychacie – dodała, marszcząc przy tym brwi. Otworzyła jedno oko, które łypnęło na nich pionową źrenicą. Ciągle miała wrażenie, że coś słyszy, że to coś ważnego, że powinna coś z tym zrobić, ale ich nadawanie ją rozpraszało. Nie umiała tego wytłumaczyć nawet przed sobą. A potem Cathal zaczął mówić i przynajmniej Nell i Owen się przytkali i…
Kap. Jedna kropla. Kap. Druga…
– Słyszycie to? – zapytała po chwili i zmrużyła oczy, jakby to pozwoliło jej słyszeć lepiej. Nic takiego nie miało rzecz jasna miejsca, ale był to jasny znak, że intensywnie myśli.
…i trzecia.
Kap.
Guinevere otworzyła szerzej oczy. To było… dokładnie tak jak w tym śnie. Ciemność i jakaś duszność, kłótnia, krople… Co było dalej?
Ale przecież doskonale wiedziała, co było dalej. Jej oddech przyspieszył. Uświadomiła sobie dokładnie, co było dalej.
– Na zewnątrz. Musimy wyjść na zewnątrz – rzuciła i tym razem w jej głosie nie było zirytowania, nawet nie było zmęczenia. Było realne przerażenie. – JUŻ!