30.07.2026, 17:08 ✶
Uparty dzban.
Nie powinien się temu dziwić, bo błoniasty dał już popis swoich najlepszych cech w lesie, gdy wbrew wszelkiej logice postanowił przed tą panną popisywać się zaklinaniem zwierząt.
Idiota. Gdybym to nie był ja, pilibyśmy teraz na stypie, a nie dyplomatycznym party.
– rozmyślał, dając słowom impertynenta przepływać przez umysł, czekając aż się znudzi. Rana wciąż doskwierała, diadem z insygniami brata ciążył, a korzenna woń, którą infekował jego myśli błoniasty stawała się trudna do zniesienia.
– Och, w to akurat nie wątpię – wyrzucił z siebie opryskliwie, w końcu obdarzając rozmówcę karcącym spojrzeniem spod ściągniętych brwi. Co to za okrążanie? Co to za domaganie się uwagi? Lada moment gotów wejść w niego, niczym natrętna przekupka. – Wasz Dwór, a Ty Panie w szczególności jesteś zdolny do tego aby mnie w pełni zaspokoić, – Słowa zawisły między nimi gdy tylko zdał sobie sprawę z ich dwuznaczności. Slowa w duchocie tych przeklętych perfum, aksamitem podszytego głosu i wspomnienia błogiego, kojącego dotyku, który… – …możesz na ten przykład się zamknąć i iść dręczyć kogoś innego – wypchnął z siebie wściekle i stuknąwszy laską w marmur jednokrotnie, imitując w pewien sposób znak interpunkcyjny ale i dając ujście ściśniętej w duchu frustracji na zaistniałą sytuację, odstawił puchar i odwrócił się zamierzając odejść gdziekolwiek indziej. Tarasy wydały się dobrą opcją, nawet jeśli ktokolwiek uznałby to zaproszenie do pogawędki, w tym momencie byłby skory się na to zgodzić tak długo jak nie będzie to przerośnięty błoniasty ubrany w samo nocne niebo.
Sztywno i z widocznie ukrywaną trudnością zaczął iść kuśtykając, przeklinając w duchu własną bezsilność i wszystkie piekielne urządzenia wymyślone po to by uczynić jego życie tak beznadziejnym. To pewnie jakiś świtenski wynalazek. Powinni ten Dwór już dawno temu zrównać z powierzchni ziemi, aby ująć mu tej potwarzy…
Kiedy ten dzień zamierzał się w końcu skończyć?
Nie powinien się temu dziwić, bo błoniasty dał już popis swoich najlepszych cech w lesie, gdy wbrew wszelkiej logice postanowił przed tą panną popisywać się zaklinaniem zwierząt.
Idiota. Gdybym to nie był ja, pilibyśmy teraz na stypie, a nie dyplomatycznym party.
– rozmyślał, dając słowom impertynenta przepływać przez umysł, czekając aż się znudzi. Rana wciąż doskwierała, diadem z insygniami brata ciążył, a korzenna woń, którą infekował jego myśli błoniasty stawała się trudna do zniesienia.
– Och, w to akurat nie wątpię – wyrzucił z siebie opryskliwie, w końcu obdarzając rozmówcę karcącym spojrzeniem spod ściągniętych brwi. Co to za okrążanie? Co to za domaganie się uwagi? Lada moment gotów wejść w niego, niczym natrętna przekupka. – Wasz Dwór, a Ty Panie w szczególności jesteś zdolny do tego aby mnie w pełni zaspokoić, – Słowa zawisły między nimi gdy tylko zdał sobie sprawę z ich dwuznaczności. Slowa w duchocie tych przeklętych perfum, aksamitem podszytego głosu i wspomnienia błogiego, kojącego dotyku, który… – …możesz na ten przykład się zamknąć i iść dręczyć kogoś innego – wypchnął z siebie wściekle i stuknąwszy laską w marmur jednokrotnie, imitując w pewien sposób znak interpunkcyjny ale i dając ujście ściśniętej w duchu frustracji na zaistniałą sytuację, odstawił puchar i odwrócił się zamierzając odejść gdziekolwiek indziej. Tarasy wydały się dobrą opcją, nawet jeśli ktokolwiek uznałby to zaproszenie do pogawędki, w tym momencie byłby skory się na to zgodzić tak długo jak nie będzie to przerośnięty błoniasty ubrany w samo nocne niebo.
Sztywno i z widocznie ukrywaną trudnością zaczął iść kuśtykając, przeklinając w duchu własną bezsilność i wszystkie piekielne urządzenia wymyślone po to by uczynić jego życie tak beznadziejnym. To pewnie jakiś świtenski wynalazek. Powinni ten Dwór już dawno temu zrównać z powierzchni ziemi, aby ująć mu tej potwarzy…
Kiedy ten dzień zamierzał się w końcu skończyć?