[Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Anthony Shafiq - 13.04.2026
—30/10/1972—
Anglia, Brighton
Jonathan Selwyn & Anthony Shafiq
To fling my arms wide
In some place of the sun,
To whirl and to dance
Till the white day is done.
Then rest at cool evening
Beneath a tall tree
While night comes on gently,
Dark like me—
That is my dream!
Nie dało się umknąć przed czasem.
Oboje byli zmęczeni jawą, oboje strudzeni wyzwaniami, które rzucał im pod nogi los. Oboje też, gdy przychodził zmierzch grawitowali ku sobie, by spróbować chociaż tej nocy zmrużyć oczy, mimo natłoku myśli, planów i obaw, strategii, które trzeba było omówić, konfliktów, które trzeba było zażegnać.
Tego wieczoru Anthony podał Jonathanowi inną fiolkę. Ciężkie błękitne szkło odbijało ich twarze, eliksir w środku ogrzewał się niespiesznie otulony dwoma parami dłoni. W pokoju unosił się już duszny zapach kadzidła usypiającego, otulających ich mdlistym bursztynowym zapachem, przywodzącym na myśl ciepło pustynnych piasków.
– Dostałem je z Egiptu. Ponoć kadzidło i mikstura połączone razem gwarantują dwanaście godzin snu, jednak... – zawahał się na moment i tak mówiąc spokojnie i miarowo, nie chcąc spać i jednocześnie będąc w pełni świadomym, że spać musieli. Ciało nie miało jak się zregenerować, myśli odpocząć, uciec od trwającej wojny i ciężaru zadań. – ...jest pewien skutek, nazwijmy go ubocznym. Ponoć barwność snów przeżytych za sprawą tego specyfiku znacząco... znacząco wzrasta. – Odchrząknął zmieszany. Z każdą przyjemnością szła cena, a ceną przyjemności, które współdzielił z Jonathanem był fakt, że kiedyś się kończyły. Zawsze zbyt szybko. – Twórca tych ekskluzywnych specyfików, gwarantuje, że nie zaciśnie się nam na gardle pętla koszmarów, ale... sam rozumiesz, mam pewną obawę. – Nie był pewien czy dobrze zrozumiał dołączony opis działania. Normalnie, gdy przychodziły noce nękających go mar, wystarczyło rozbudzić się lekko i poczuć miarowy oddech i bicie serca ukochanego. Teraz jednak - jak zrozumiał arabską adnotację - nie byłoby takiej możliwości. Sen nieprzerwany był gwarantem.
– Jeśli chcesz... możemy zażyć to co zwykle – zaproponował niepewnie, w cichości współdzielonej sypialni wytracając butę na rzecz wszechogarniającej troskliwości, podgrzewanej tylko ciepłem zmęczonych zatroskanych oczu Jonathana. Chciał ofiarować mu sen, ale nie zamierzał nie uprzedzać go o możliwych konsekwencjach. Dom był odpowiednio zabezpieczony, możliwi goście oddelegowani, skrzaty stały na straży spokojności ich ciał. – Cóż decydujesz miły? Wzniesiemy modły do wiernego aptekarza? Jego lek zadziała szybko. Tak więc z pocałunkiem Zaśniemy. – parafrazował, pozwalając sobie na lekki kokieteryjny ton, gdy uzyskawszy zgodę zdjął zabezpieczający specyfik lak i wypił swoją część jako pierwszy.
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Jonathan Selwyn - 14.04.2026
Wbrew temu co optymistycznie zakładała zakochana głowa Jonathana, wspólne zasypianie z Anthonym nie pomogło na jego problemu ze snem. Czasem zasypiał bez problemów, czasem leżał długo w ciemności wsłuchując się w rytmiczny oddech drugiego mężczyzny, próbując przekonać siebie samego, że jest szalenie zmęczony i zaraz zaśnie. Czasem też do jego snu wdzierały się złowieszcze barwy perfidnie przekonujące go że są prawdziwe i należą do Anthony'ego, który cierpiał właśnie katusze. Budził się wtedy przerażony tylko po to aby uświadomić sobie, że jego ukochany miał się dobrze, wściekły na samego siebie, że ponownie dał się na to nabrać. Zazwyczaj gdy brał eliksiry nasenne, lub, znacznie częściej, palił odpowiednie kadzidełka, wszystkie te problemy zanikały. Czasami jednak były one na te specyfiki uparcie oporne, a z jakiegoś powodu w ciągu ostatnich kilku dni było to wyjątkowo nasilone. Zdecydowanie musieli znaleźć z Anthonym coś nowego, coś co będzie pomagało im obu, bo o ile on mógł chodzić z worami pod oczami (i tak maskował je odpowiednimi kosmetykami) to martwił się o niewyspanie Shafiqa.
Jonathan, już ubrany w wygodną piżamę, sięgnął po podaną mu butelkę. Zapach nowego kadzidła już powoli koił jego zmęczony umysł, ale nie na tyle, aby spacyfikować pewne wątpliwości.
Dwanaście godzi snu... To brzmiało... Doskonale. Oboje na to zasłużyli. Dwanaście godzin podczas których będą mogli po prostu leżeć obok siebie. Dwanaście godzin odpoczynku bez zmartwień i koszmarów.
– Wiesz, zawsze możemy też wypróbować moją roboczą teorię związaną z tym że poswójne zbliżenie danego dnia pozytywnie wpływa na sen – zażartował bawiąc się szklaną butelką. – Myślę, że jestem w stanie zaakceptować barwne sny. Myślę też, że nawet gdybym miał koszmary, to i tak otrzymałbym dwanaście godzin wypoczynku ciała, a rano i tak osłodziłbyś mi życie swoim widokiem – powiedział całując Anthony'ego w policzek. – Jestem na tak. A jeśli ty chcesz to wziąć to ja tym babrdziej go wezmę.
A jeśli ten aptekarz go okłamał i sny Shafiqa wcale nie będą przyjemne, osobiście go znajdzie i wstawi mu wszystkie możliwe zakazy handlu z Wielką Brytanią i nie tylko. Jonathan wypił specyfik zaraz po Anthonym. Senny środek w dziwny sposób smakował jak unoszące się w sypialni kadzidełka. Odstawił butelkę i z uśmiechem położył na łóżku, wyciągając swoje ramiona.
– Zignoruj proszę na chwilę konotacje łączące nas z tym i imieniem i daj mi zasnąć w twoich ramionach, mój Morfeuszu.
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Anthony Shafiq - 15.04.2026
Aby być zgodnie z obiektywną prawdą historyczną - Anthony również zakładał, że będzie łatwiej mu się zasypiało z Jonathanem obok. Jego problem polegał głównie na tym, że kiedy Jonathan wyruszał na tajne misje, nie spał w ogóle, a kiedy powracał z tajnych misji to obaj panowie byli zbyt aktywni, aby spać...
– Nasza robocza teoria bardzo się sprawdza, problem polega na tym, że oboje z tego co zdążyłem zauważyć preferujemy rozciągać przyjemność do granic możliwości, a wtedy nasze niewyspanie wynika z nadmiaru aktywności, a nie z niemożności spania. – odchrząknął, bardzo dbając o to, aby stalowe oczy nie ześlizgnęły się po gryfońskiej sylwetce. Wypił już eliksir, miał plan, pokusa aby sprawdzić ostatni raz, czy na umiłowanej ciepłej skórze nie pojawił się nowe blizny była silna, ale nie aż tak, aby w dłonie ukochanego złożyć coś co tym dłoniom wymykało się regularnie.
Dwanaście. Godzin. Regeneracyjnego. Snu.
– Jeśli zadziała dobrze, zamówię go więcej. Nawet jeśli nie jest to specyfik do brania codziennie, raz w miesiącu myślę, dobrze będzie dla ciała i umysłu odciąć się i zmusić do odpoczynku... mniej aktywnego. – Przyciągnął go do siebie w tym pożegnalnym uścisku wertykalnym, aby przejść do kolejnej fazy, w której jeszcze przez moment będzie mógł cieszyć się uściskiem horyzontalnym. Już czuł jak powieki mu ciążą, a smak eliksiru rozciąga się lepko po podniebieniu słodyczą i cynamonem, podbijając ociężałość snującego się po zabezpieczonym pokoju kadzidła. Rozwiązał jedwabny pasek okrywającego go szlafroka, swoim zwyczajem zamierzając spać tylko w spodniach. Nie potrzebował więcej, Jonathan był jak grzejnik, a on nawet we śnie szukał kontaktu i bliskości, zaskakując swoje własne, nienawykłe do tego typu czułostek ciało.
Teraz jednak mieli się nie budzić. Dlatego zdecydował, że gdy tylko położyli się w przestronnym łożu, okutał ich ciasno kołdrą, tworząc przyjemny miłosny kokon, w którym bezpieczenie i blisko siebie mogli po prostu... zamknąć...
...oczy.
![[Obrazek: imgproxy.php?id=NBppFjP.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=NBppFjP.png)
RE: [Jesień 1972, 30.10 | Jonathan & Anthony] A Court of Dusk and Dreams - Anthony Shafiq - 15.04.2026
To był moment. Uderzenie serca. Poczuł nienawistną woń w powietrzu i zadarł łeb strzygąc uchem, do którego dobiegło ostrzegawcze warknięcie jego własnego gardła, które doskonale wiedziało co się dzieje. Co nadchodzi. Dreszcze przebiegły przez jego ciało, gdy rozpoznał niebezpieczeństwo, choć nie wiedział jeszcze, skąd nadejdzie. Jego ciało się zalane adrenaliną, futro zjeżyło w rytm terkoczącego warkotu.
...nie... dlaczego... znowu...
Nagle, z oddali, usłyszał krótki, stanowczy rozkaz: "Goń!". Z czterech stron wypadły na niego gończe psy, szczekając i warcząc z wściekłością. Nie mógł już zostać w norze, bronić swojej pozycji. Musiał uciekać, musiał walczyć na zewnątrz o przetrwanie pośród gęstej puszczy, kniei zasłanej wijącymi się w chaosie korzeniami. Gończe psy, jego bracia, tacy sami jak on, cztery łapy, głowa, futro. A jednak na ich szyjach lśniły srebrne węże zaciskające się obłudą zwycięstwa, czyniące z nich marionetki w rękach człowieka.
Świst w powietrzu. Poczuł ugryzienie, jakby kły jednego z oprawców wbiły się głęboko, a krew trysnęła z rany brocząc na leśną ściółkę. Nie, to nie zęby. To uścisk złocistej pułapki, gubiącej jego cwał, wgryzającej się w futro i blokującej możliwość...
magii...
...przemiany
Krzyki łowców zlewały się ze sobą, on biegł na oślep szukając jakiegokolwiek miejsca, w którym mógłby się ukryć i zerwać kłami blokadę. Wyrwać ją z siebie, z futrem, ze skórą, z mięsniem, nie ważne. Jak inaczej znów mógłby stać się sobą? Jak mógłby udowodnić tym plugawym psom z Dworu Nocy, że nie jest zwierzyną na którą się poluje tylko...
Dyplomatą.
Tocząc pianę z ust, obficie brocząc krwią zobaczył prześwit w tej plugawej leśnej gęstwienie. Nie myśląc wiele wypadł z krzewów i momentalnie zdał sobie sprawę z popełnionego błędu. Mimo nocnej pory, rozświetlone migotliwymi światełkami tutejszej magii snów i cieni, dwójka tutejszych fae postanowiła... co?
Myśliwi.
Nie był pewien, ale zwaliste ciało ogromnego czarnego wilka myślało za niego. Zziajany, oblepiony pogoni, śliną i krwią, zjeżył się wbijając pazury w leśne poszycie. Z lewego boku sterczała najeżony zębiskami potrzask z dyndającym łańcuchem z którego udało mu się zerwać, w jego biodro wbito kilka jesionowych strzał, żadna jednak nie sięgnęła kluczowych do przeżycia żył.
Barbarzyńcy.
I to mają być ich sojusznicy?! To ma być naród, od którego zależą losy wyspy?! Stalowe oczy wilka utkwione były w postaciach, które napotkał. Nie miał siły uciekać dalej, ale będzie miał siłę, jeśli przyjdzie mu walczyć. Do ostatniej kropli krwi. Bronić honoru Dworu.
Bronić Dworu Wiosny.
Warczał, to była obecnie jego jedyna możliwa droga komunikacji. Jego czujne oczy ześlizgiwały się po sylwetkach, po błoniastych skrzydłach, które teraz napawały go nienawiścią, bo przecież nie trwogą. Sojusz. Wojna. Ostatecznie to dwie strony tej samej monety.
A mógł zostać w komnatach, mógł nie chcieć rozprostować łap, mógł przejrzeć bibliotekę tego dziwacznego miejsca, które jeszcze kilka dekad temu było zasłonięte przed oczami wszystkich, a teraz wszyscy mieli udawać, że to normalne, że Noc tak na prawdę nie posiada podziemnego, obślizgłego miasta wykutego w kamieniu, że to nie ich stolica, och nie nie, tylko piękne miejsce pełne mostów i kadzideł i onirycznych opowieści ze szczęśliwym zakończeniem. Nie lubił miast, nie sądził jednak, że las przywita go otworzeniem żył.
Taki właśnie los dyplomaty.
Krew w piach. A konkretniej w mech, przynajmniej w obecnej chwili.
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/b3/29/8e/b3298e297c117fcd8b878ce770ac649a.jpg[/inny avek]
|