Nie zastanawiała się nad tym teraz, ale gdzieś podświadomie wiedziała, że Cathal nic nie powie w towarzystwie, bo z całą swoja bezczelnością i gburowatością, był też człowiekiem zadziwiająco dyskretnym. Ale tez podejrzliwym i aż dziw, że nie kazał jej udowodnić, że ona to ona, skoro nie przyszła na zbiórkę o czasie, nie było jej w namiocie i równie dobrze mogła być swoim własnym sobowtórem, tak jak kiedyś podszyto się pod Nell, choć nie do końca umiejętnie. Być może jednak zły nastrój Guinevere był tak dla niego oczywisty, że nie było szansy na pomyłkę, a i ona tego nie kwestionowała, wysłuchując tej dość klasycznej wymiany zdań w ciszy. Normalnie pewnie by coś wtrąciła, ale teraz tylko lekko przeczesała zmierzwione wiatrem włosy palcami i poprawiła pasek na swoim ramieniu.
Odezwała się dopiero po jakimś czasie, gdy już weszli do środka. Egipcjance najwyraźniej bardzo zależało na tym, żeby zachować jakieś pozory normalności (swojej) i ewidentnie długo nad tym myślała, gdy ni z tego ni z owego zagaiła temat teoretycznie porzucony przed wejściem do budynku.
– Nell, zastanawiałaś się kiedyś jakie jest twoje zwierzę totemiczne? – był to koncept szeroko eksplorowany w Uagadou, gdzie zresztą nie mieli zakazu nauczania nekromancji i Guinevere uczyła się jej podstaw, ćwiczyła więc w warunkach szkolnych choćby zaklęcie Patronusa – tak mocno związane z duchowością i też pewną pierwotną, animalistyczną stroną człowieczeństwa. – Tyle mówisz o tych skorpionach, że jestem niemal przekonana, że zapisał się nie tylko w twojej głowie, ale też duszy – zawyrokowała, ale choć nie brzmiała na przesadnie energiczną jak zwykle, był w tym cień jej klasycznych zaczepek. I wcale nie chodziło o doprowadzenie Cala do bólu głowy.
Nie wspominając o tym, że jeśli skądś mieli wytrzasnąć skorpiona, to Guinevere mogła coś w niego transmutować. Ale wątpliwe, że rzuciłaby nim w kogokolwiek, bo choć przyjaźniła się z Jamilem i nie raz lądowała z nim na dywaniku u opiekuna, to nie przejawiała takich zapędów jak on.
Starała się być czujna, ale przy tym próbowała nie myśleć o śnie, którego obrazy nachalnie cisnęły się pod powieki, gdy tylko je zamykała. Sama trzymała za swoją różdżkę, gdy doszli do tego niezbadanego wcześniej korytarza i trochę niepewnie patrzyła na cienie, jakie rzucali na ścianę w tym korytarzu. O tym, że faktycznie czuła się nie najlepiej mogło świadczyć chociaż to, że nie próbowała zaczepiać Shafiqa w ten klasyczny sposób, proponując mu, że może go zmienić w kociaka, żeby łatwiej mu było przejść (jak mu zresztą już kiedyś „groziła”, kiedy włamali się do grobowca Wintera).
– Są tu jakieś zaklęcia? – odezwała się po jakimś czasie i po którymś z kolei wymruczanym przez Cala pod nosem zaklęciu rozpraszającym.