21.07.2026, 10:55 ✶
Kiedy wysunęła księgę i zadała to jedno, absolutnie najgorsze z możliwych pytań, Rodolphus zamarł. Mięśnie jego twarzy natychmiast stwardniały, a w oczach pojawił się błysk kogoś, kto właśnie zobaczył zapalony lont. Gwałtownie odepchnął się od biurka, robiąc krok w jej stronę, ale nie po to, by zaatakować – po prostu jego ciało odruchowo chciało powstrzymać dźwięk, który już zaczynał formować się w jego gardle. Zaciął usta tak mocno, że aż pojaśniały mu wargi. Szczęka pulsowała bólem, gdy walczył z magią, która bezlitośnie przejmowała kontrolę nad jego aparatem mowy.
– Powiedziałem… nie pytaj – wycedził przez zęby, a jego głos brzmiał jak kruszony żwir.
Przegryzł wargę niemal do krwi, próbując zdusić słowa, ale klątwa uderzyła w niego pełną mocą. To nie była kwestia woli. To był fizyczny nakaz. Na czole pojawiły się drobne kropelki potu. Na moment przymknął oczy, próbując złapać oddech i uspokoić myśli. Po co tu w zasadzie przyszedł?
– Czuję… – zaczął, a każda sylaba wyrywała mu się z gardła wbrew jego woli. Otworzył oczy, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbijały mu się w dłonie. – Czuję ulgę. Czuję się bezpieczny po raz pierwszy od całego dnia, bo jesteś jedyną osobą w tym mieście, przy której nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem.
Słowa wyrwały się z niego jak woda spomiędzy skruszonych murów kamiennej tamy. Gdy tylko przebrzmiały, w pracowni zapadła głucha, wręcz ogłuszająca cisza, przerywana jedynie bębnieniem deszczu o szyby.
Rodolphus skrzywił się. Na jego zwykle chłodnej, dymorficznej i opanowanej twarzy odmalowało się absolutne, śmiertelne przerażenie połączone z dziką wściekłością – głównie na samego siebie. Wyglądał, jakby przed chwilą ktoś zdarto z niego szaty na środku pokoju pełnego ludzi. Odetchnął gwałtownie, chwytając powietrze z trudem, i powoli odwrócił od niej wzrok, opierając się ciężko o regał z książkami. Sam nie wiedział, kiedy stało się tak, że przy Avery nie musiał udawać kogoś, kim nie jest. Być może dlatego, że ona tego nie zauważała i wciąż węszyła spisek? Dlatego nie musiał w nic grać - bo myślała, że udaje. To był komfort, na który rzadko kiedy mógł sobie pozwolić. I teraz już wiedział dlaczego.
– Satysfakcjonuje cię ta odpowiedź, Astorio? – odezwał się znacznie ciszej, a w jego głosie, oprócz goryczy, brzmiała cicha, wyczerpana prośba. Nie patrzył na nią, uporczywie wpatrując się w grzbiety woluminów. – Słodycze od tego małego, złośliwego gówniarza z poltergeistem w tle. Żadnej czarnej magii Śmierciożerców, żadnego spisku. Zwykły, durny urok szczerości w sprawach… Nieważne. Nie mogę skłamać. Ani razu. Nie wiem jak długo.
Nie patrzył na nią. Jego wzrok utkwiony był w ścianie, jakby obawiał się zobaczyć wyraz jej delikatnej twarzy. Zapewne zobaczyłby w jej oczach złośliwe błyski oraz kpiący uśmiech wyginający jej wargi. Nie chciał na to patrzeć.
– Powiedziałem… nie pytaj – wycedził przez zęby, a jego głos brzmiał jak kruszony żwir.
Przegryzł wargę niemal do krwi, próbując zdusić słowa, ale klątwa uderzyła w niego pełną mocą. To nie była kwestia woli. To był fizyczny nakaz. Na czole pojawiły się drobne kropelki potu. Na moment przymknął oczy, próbując złapać oddech i uspokoić myśli. Po co tu w zasadzie przyszedł?
– Czuję… – zaczął, a każda sylaba wyrywała mu się z gardła wbrew jego woli. Otworzył oczy, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbijały mu się w dłonie. – Czuję ulgę. Czuję się bezpieczny po raz pierwszy od całego dnia, bo jesteś jedyną osobą w tym mieście, przy której nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem.
Słowa wyrwały się z niego jak woda spomiędzy skruszonych murów kamiennej tamy. Gdy tylko przebrzmiały, w pracowni zapadła głucha, wręcz ogłuszająca cisza, przerywana jedynie bębnieniem deszczu o szyby.
Rodolphus skrzywił się. Na jego zwykle chłodnej, dymorficznej i opanowanej twarzy odmalowało się absolutne, śmiertelne przerażenie połączone z dziką wściekłością – głównie na samego siebie. Wyglądał, jakby przed chwilą ktoś zdarto z niego szaty na środku pokoju pełnego ludzi. Odetchnął gwałtownie, chwytając powietrze z trudem, i powoli odwrócił od niej wzrok, opierając się ciężko o regał z książkami. Sam nie wiedział, kiedy stało się tak, że przy Avery nie musiał udawać kogoś, kim nie jest. Być może dlatego, że ona tego nie zauważała i wciąż węszyła spisek? Dlatego nie musiał w nic grać - bo myślała, że udaje. To był komfort, na który rzadko kiedy mógł sobie pozwolić. I teraz już wiedział dlaczego.
– Satysfakcjonuje cię ta odpowiedź, Astorio? – odezwał się znacznie ciszej, a w jego głosie, oprócz goryczy, brzmiała cicha, wyczerpana prośba. Nie patrzył na nią, uporczywie wpatrując się w grzbiety woluminów. – Słodycze od tego małego, złośliwego gówniarza z poltergeistem w tle. Żadnej czarnej magii Śmierciożerców, żadnego spisku. Zwykły, durny urok szczerości w sprawach… Nieważne. Nie mogę skłamać. Ani razu. Nie wiem jak długo.
Nie patrzył na nią. Jego wzrok utkwiony był w ścianie, jakby obawiał się zobaczyć wyraz jej delikatnej twarzy. Zapewne zobaczyłby w jej oczach złośliwe błyski oraz kpiący uśmiech wyginający jej wargi. Nie chciał na to patrzeć.