16.07.2026, 20:53 ✶
Stała pochylona nad XVII-wiecznym pejzażem, którego warstwa werniksu zżółkła do koloru starego miodu. Delikatnym ruchem prowadziła cienki pędzelek, niemal nie oddychając. W takich chwilach jej świat zwężał się do kilku centymetrów płótna. Do mikroskopijnych spękań farby. Do odcieni, których przeciętny człowiek nigdy by nie zauważył. Dlatego pierwsze uderzenie w drzwi zabrzmiało niemal brutalnie. Pędzel zamarł w powietrzu. Drugie uderzenie wyrwało ją już całkowicie z pracy. Poczuła to nieprzyjemne napięcie między łopatkami, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy rzeczywistość miała za chwilę skręcić w nieoczekiwanym kierunku. Odłożyła ostrożnie pędzel, zdjęła cienkie rękawiczki i ruszyła ku drzwiom. Gdy je otworzyła, zaskoczenie przemknęło przez jej twarz szybciej, niż zdążyła je ukryć.
Rodolphus. Oczy zdradzały coś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziała.
Nie zdążyła nawet zrobić kroku w bok, by zaprosić go do środka, kiedy minął ją szybkim, zdecydowanym krokiem. Odwróciła się natychmiast, obserwując, jak kolejne zaklęcia oplatają drzwi smugami magii.
- Słucham? - wydusiła zdezorientowana. - Czy ty właśnie kazałeś mi milczeć w mojej własnej pracowni? - zmarszczyła brwi, obserwując jego niecodzienne zachowanie. Co on sobie wyobrażał, żeby nią tak dyrygować? Wyglądał osobliwie, jakby ktoś go gonił. Jej umysł zaczął podsuwać najgorsze scenariusze - zamach, pościg, kolejna katastrofa, która miała za moment wtargnąć również do jej spokojnej galerii. Chyba nie sprowadziłby na nią jakiegoś niebezpieczeństwa? Może to jakiś szczeniacki żart, jak za czasów Hogwartu?
Stała naprzeciwko niego z lekko przekrzywioną głową, słuchając każdego słowa, nie odrywając od niego wzroku ani na moment.
- Rodolphus, ostrzegam cię, jeśli to jakiś parszywy żart, to pożałujesz.
Patrzyła uważnie, z zawodową drobiazgowością człowieka przyzwyczajonego dostrzegać szczegóły, które innym umykały. Żadnych śladów zatrucia. Żadnych charakterystycznych przebarwień skóry, oparzeń. A jednak zachowywał się tak, jakby jego własny umysł przestał być miejscem bezpiecznym. Zmarszczka pomiędzy jej brwiami pogłębiła się niemal niezauważalnie.
- Możesz mówić jaśniej? Co to za urok? - zapytała zniecierpliwiona. Bez zewnętrznych objawów, problem musiał leżeć w środku. "Nie pytaj mnie o nic". Serum prawdy? To jedyne w miarę logiczne wytłumaczenie, ale wciąż nie rozumiała, dlaczego przyszedł właśnie do niej. Jej twarz pozostawała niemal idealnie spokojna, lecz w oczach zatańczyła ta charakterystyczna, figlarna iskra, którą zdążył już poznać. Naprawdę sądził, że będzie na tyle dobroduszna, by nie wykorzystać tej sytuacji? Może ich ostatnie spotkania uśpiły czujność mężczyzny, może poczuł się przy niej swobodnie, a może po prostu jej nie docenił.
Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że nie musiała obawiać się żadnego ataku, no może poza paranoicznymi atakami Rodolphusa.
- Cholera, przestraszyłeś mnie, ty dupku! - uniosła dłoń i bez większego zastanowienia szturchnęła go lekko w ramię, bardziej odruchowo niż z rzeczywistej złości. - Wparowałeś tutaj jakby gonił cię sam Merlin, pozamykałeś drzwi zaklęciami, patrzyłeś na mnie tak, jakby za chwilę miał runąć cały Londyn… - mówiła coraz żywiej, gestykulując przy tym z wyraźnym wzburzeniem. - Naprawdę myślałam, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Że ktoś stoi tuż za tobą. Albo że sprowadziłeś na moją galerię coś znacznie gorszego niż… - urwała, wykonując nieokreślony ruch dłonią w jego stronę. - siebie. - miała ochotę wyciągnąć różdżkę i poprawić kolejną klątwą, żeby już go dobić i skrócić męki.
Westchnęła cicho. Im dłużej patrzyła na jego zmęczoną twarz, tym bardziej mieszały się w niej dwa zupełnie sprzeczne odruchy. Pod cienką warstwą ironii coraz wyraźniej dostrzegała prawdę. Nie przyszedł tutaj odgrywać sceny. Nie dramatyzował. Po prostu był zdesperowany.
- Słuchaj, nie będę udawała, że rozumiem, ale postaram się pomóc - zdecydowała ostatecznie i skierowała się do biblioteczki w odległym kącie pomieszczenia. Opuszki palców sunęły po grzbietach kolejnych ksiąg, po czym delikatnie wysunęła jeden z ciężkich woluminów.
- Skoro to zjadłeś, to może potrzebny będzie jakiś eliksir, no wiesz, antidotum? - zastanawiała się głośno, ostrożnie wertując pożółkłe strony. - Jak się właściwie czujesz? -
Rodolphus. Oczy zdradzały coś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziała.
Nie zdążyła nawet zrobić kroku w bok, by zaprosić go do środka, kiedy minął ją szybkim, zdecydowanym krokiem. Odwróciła się natychmiast, obserwując, jak kolejne zaklęcia oplatają drzwi smugami magii.
- Słucham? - wydusiła zdezorientowana. - Czy ty właśnie kazałeś mi milczeć w mojej własnej pracowni? - zmarszczyła brwi, obserwując jego niecodzienne zachowanie. Co on sobie wyobrażał, żeby nią tak dyrygować? Wyglądał osobliwie, jakby ktoś go gonił. Jej umysł zaczął podsuwać najgorsze scenariusze - zamach, pościg, kolejna katastrofa, która miała za moment wtargnąć również do jej spokojnej galerii. Chyba nie sprowadziłby na nią jakiegoś niebezpieczeństwa? Może to jakiś szczeniacki żart, jak za czasów Hogwartu?
Stała naprzeciwko niego z lekko przekrzywioną głową, słuchając każdego słowa, nie odrywając od niego wzroku ani na moment.
- Rodolphus, ostrzegam cię, jeśli to jakiś parszywy żart, to pożałujesz.
Patrzyła uważnie, z zawodową drobiazgowością człowieka przyzwyczajonego dostrzegać szczegóły, które innym umykały. Żadnych śladów zatrucia. Żadnych charakterystycznych przebarwień skóry, oparzeń. A jednak zachowywał się tak, jakby jego własny umysł przestał być miejscem bezpiecznym. Zmarszczka pomiędzy jej brwiami pogłębiła się niemal niezauważalnie.
- Możesz mówić jaśniej? Co to za urok? - zapytała zniecierpliwiona. Bez zewnętrznych objawów, problem musiał leżeć w środku. "Nie pytaj mnie o nic". Serum prawdy? To jedyne w miarę logiczne wytłumaczenie, ale wciąż nie rozumiała, dlaczego przyszedł właśnie do niej. Jej twarz pozostawała niemal idealnie spokojna, lecz w oczach zatańczyła ta charakterystyczna, figlarna iskra, którą zdążył już poznać. Naprawdę sądził, że będzie na tyle dobroduszna, by nie wykorzystać tej sytuacji? Może ich ostatnie spotkania uśpiły czujność mężczyzny, może poczuł się przy niej swobodnie, a może po prostu jej nie docenił.
Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że nie musiała obawiać się żadnego ataku, no może poza paranoicznymi atakami Rodolphusa.
- Cholera, przestraszyłeś mnie, ty dupku! - uniosła dłoń i bez większego zastanowienia szturchnęła go lekko w ramię, bardziej odruchowo niż z rzeczywistej złości. - Wparowałeś tutaj jakby gonił cię sam Merlin, pozamykałeś drzwi zaklęciami, patrzyłeś na mnie tak, jakby za chwilę miał runąć cały Londyn… - mówiła coraz żywiej, gestykulując przy tym z wyraźnym wzburzeniem. - Naprawdę myślałam, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Że ktoś stoi tuż za tobą. Albo że sprowadziłeś na moją galerię coś znacznie gorszego niż… - urwała, wykonując nieokreślony ruch dłonią w jego stronę. - siebie. - miała ochotę wyciągnąć różdżkę i poprawić kolejną klątwą, żeby już go dobić i skrócić męki.
Westchnęła cicho. Im dłużej patrzyła na jego zmęczoną twarz, tym bardziej mieszały się w niej dwa zupełnie sprzeczne odruchy. Pod cienką warstwą ironii coraz wyraźniej dostrzegała prawdę. Nie przyszedł tutaj odgrywać sceny. Nie dramatyzował. Po prostu był zdesperowany.
- Słuchaj, nie będę udawała, że rozumiem, ale postaram się pomóc - zdecydowała ostatecznie i skierowała się do biblioteczki w odległym kącie pomieszczenia. Opuszki palców sunęły po grzbietach kolejnych ksiąg, po czym delikatnie wysunęła jeden z ciężkich woluminów.
- Skoro to zjadłeś, to może potrzebny będzie jakiś eliksir, no wiesz, antidotum? - zastanawiała się głośno, ostrożnie wertując pożółkłe strony. - Jak się właściwie czujesz? -
learn the rules
then break some
then break some