04.07.2026, 13:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.07.2026, 13:47 przez Anthony Shafiq.)
Jeśli miałby powiedzieć jak bardzo nienawidził tego typu uroczystości, to… wystarczyłoby zaznaczyć, że to właśnie tego typu wystawne spędy wyznaczały skalę jego dyskomfortu. Oczywiście jego starszy brat był tego absolutnie świadom, posyłał go więc do ościennych księstw na największe z możliwych celebracji, aby - zgodnie z oficjalnie przynajmniej przedstawianym tłumaczeniem - zaprawić go w boju. Tymczasem Antóin wolał zdecydowanie towarzystwo książek od fae, zwłaszcza podpitych fae, których kłamliwe oczka śledziły jego ruchy, gotowe najdrobniejszą pomyłkę wytknąć mu w możliwie najgorszej dla niego chwili.
Choć liczył już sobie 300 wiosen, (a właściwie 299, co sugerowało stanowczo zbyt wielką i huczną imprezę zanotowaną w kalendarzu od co najmniej trzech lat…) nigdy nie był na Dworze Nocy i zdecydowanie przyjęcie zorganizowane TUTAJ udowadniało mu, że skala może mieć jeszcze kilka cali w dół… Ilość dusz, ilość potraw, ilość zapachów, ilość wrzawy, dźwięków, muzycznych zespołów poustawianych w różnych kątach i tworzących niewątpliwie niezapomnianą kakofonadę bufonowatości, którą lokalny watażka zwany Księciem przed nimi odstawiał. Siedem dworów, trzeba było oczywiście się pokazać, ale dlaczego akurat on musiał w tym uczestniczyć?
Niewątpliwie na odbiór całego przyjęcia wpływał jego stan fizyczny. Rany po strzałach zostały niemal całkowicie zasklepione, dobrana przez niego osobiście świta szczęśliwie nie powinna donieść… komu nie powinna. Rana po magicznej pułapce jednak goiła się, mimo zastosowanego proszku, niesamowicie paskudnie, przez co dzisiejszej nocy musiał posilać się podczas chodzenia czy stania laską. Fizycznym wsparciem, którym teraz, słysząc o zgrozo znajomy głos, kilkukrotnie postukał o wypolerowany marmur.
Zacisnął szczękę, wysuwając nieco ku górze w obronnym geście podbrudek, jego stalowe oczy pilnie śledziły przemieszczający się wokół tłum, tak bardzo TAK BARDZO liczył, że laska odstraszy nawet desperatki, a nieprzystępna twarz ozdobiona ściągniętymi gniewnie brwiami odstraszy zdesperowanych mężczyzn pragnących rozmowy o tak zwanej dworskiej dupie maryni.
Pomilczał chwilę, jakby udając, że komplementu wcale nie usłyszał. Oczywiście, że miał świetną szatę. Miał doskonałą szatę! Soczysta zieleń gęsto była wypełniona mieniącym się listowiem, złociste guziki mieniły się jak słońce odbite od jeziora pośród leśnej polany. Na wysoki kołnierz opadały kaskadą ciemne czarne włosy sięgające łopatek, również przetkane należnym mu złotem. Osadzone na skroniach misterne poroże sugerowało przynależność do książęcej rodziny, choć nie było diademem per se. W końcu kto inny został namaszczony do tej funkcji. Ktoś starszy i bardziej doświadczony.
Decyzja wymagała chwili, fae nie mógł pozbyć się myśli, że został rozpoznany. Bo oczywiście tak po brzmieniu głosu, jak i po unoszących się wokół podejrzanie przyjacielskiego intruza aurze jego korzennych perfum, a patrząc na jego szczęście spośród co najmniej dwóch setek gości, błoniasty musiał akurat podejść do niego.
– Tempo walców zbyt szybkie? – odpowiedział może zbyt oschle, z silnym południowym akcentem, którego nie zamierzał maskować. – Czy może wino nieco zbyt mocne i naszła Cię Panie potrzeba przerwy? Tarasy gwarantują dobry przewiew, sądzę, że tam z pewnością znajdziesz kogoś chętnego konwersacji. – Mruknął, nawet się do niego nie odwracając, zamiast tego maczając usta w kielichu wypełnionym krystaliczną wodą. Mimo sojuszu sprzed trzech dekad to nadal był teren wroga. Musiał pozostać czujny.
Choć liczył już sobie 300 wiosen, (a właściwie 299, co sugerowało stanowczo zbyt wielką i huczną imprezę zanotowaną w kalendarzu od co najmniej trzech lat…) nigdy nie był na Dworze Nocy i zdecydowanie przyjęcie zorganizowane TUTAJ udowadniało mu, że skala może mieć jeszcze kilka cali w dół… Ilość dusz, ilość potraw, ilość zapachów, ilość wrzawy, dźwięków, muzycznych zespołów poustawianych w różnych kątach i tworzących niewątpliwie niezapomnianą kakofonadę bufonowatości, którą lokalny watażka zwany Księciem przed nimi odstawiał. Siedem dworów, trzeba było oczywiście się pokazać, ale dlaczego akurat on musiał w tym uczestniczyć?
Niewątpliwie na odbiór całego przyjęcia wpływał jego stan fizyczny. Rany po strzałach zostały niemal całkowicie zasklepione, dobrana przez niego osobiście świta szczęśliwie nie powinna donieść… komu nie powinna. Rana po magicznej pułapce jednak goiła się, mimo zastosowanego proszku, niesamowicie paskudnie, przez co dzisiejszej nocy musiał posilać się podczas chodzenia czy stania laską. Fizycznym wsparciem, którym teraz, słysząc o zgrozo znajomy głos, kilkukrotnie postukał o wypolerowany marmur.
Zacisnął szczękę, wysuwając nieco ku górze w obronnym geście podbrudek, jego stalowe oczy pilnie śledziły przemieszczający się wokół tłum, tak bardzo TAK BARDZO liczył, że laska odstraszy nawet desperatki, a nieprzystępna twarz ozdobiona ściągniętymi gniewnie brwiami odstraszy zdesperowanych mężczyzn pragnących rozmowy o tak zwanej dworskiej dupie maryni.
Pomilczał chwilę, jakby udając, że komplementu wcale nie usłyszał. Oczywiście, że miał świetną szatę. Miał doskonałą szatę! Soczysta zieleń gęsto była wypełniona mieniącym się listowiem, złociste guziki mieniły się jak słońce odbite od jeziora pośród leśnej polany. Na wysoki kołnierz opadały kaskadą ciemne czarne włosy sięgające łopatek, również przetkane należnym mu złotem. Osadzone na skroniach misterne poroże sugerowało przynależność do książęcej rodziny, choć nie było diademem per se. W końcu kto inny został namaszczony do tej funkcji. Ktoś starszy i bardziej doświadczony.
Decyzja wymagała chwili, fae nie mógł pozbyć się myśli, że został rozpoznany. Bo oczywiście tak po brzmieniu głosu, jak i po unoszących się wokół podejrzanie przyjacielskiego intruza aurze jego korzennych perfum, a patrząc na jego szczęście spośród co najmniej dwóch setek gości, błoniasty musiał akurat podejść do niego.
– Tempo walców zbyt szybkie? – odpowiedział może zbyt oschle, z silnym południowym akcentem, którego nie zamierzał maskować. – Czy może wino nieco zbyt mocne i naszła Cię Panie potrzeba przerwy? Tarasy gwarantują dobry przewiew, sądzę, że tam z pewnością znajdziesz kogoś chętnego konwersacji. – Mruknął, nawet się do niego nie odwracając, zamiast tego maczając usta w kielichu wypełnionym krystaliczną wodą. Mimo sojuszu sprzed trzech dekad to nadal był teren wroga. Musiał pozostać czujny.