25.06.2026, 09:19 ✶
Antóin pasjami nie znosił Dworu Nocy, głównie dlatego, że ich miasto tak zwane flagowe było Koszmarne, nomen omen nie tylko z nazwy. Odkryte dla świata Velaris - obiecujące prawdziwą realizację snu na jawie - również okazywało się wielkim rozczarowaniem aż do…
…ta chwila nie była i nie mogła być prawdziwa, ale łagodna pieszczota mamiła jego wilcze zmysły, czyniąc go miast krwiożerczą bestią, nażartego i bardzo zadowolonego kanapowca rozłożonego na miękkim poszyciu. Aż zapomniał o tym, że z jego ciała wciąż sterczały jesionowe strzały, że przed momentem cwał przez puszczę prawie przyprawił go o śmierć nie tyle od kłusowników, co z wycieńczenia. Proszek działał cuda, podobnie jak palce zatopione w gęstej sierści i och gdyby tylko ta nieoczekiwana słodka chwila mogła trwać dłużej… Gdyby tylko…
Sięgnięcie do dołu pleców przebiegło prądem po jego kręgosłupie, sam po sobie nie spodziewałby się takich reakcji, zważywszy na fakt, że ani nie miał na swoim Dworze osoby mu przypisanej, ani nie zwykł brać udziału w ojczystych wysyconych hedonizmem rytuałach, a też nikt przy żadnej okazji zwyczajnie nie ośmieliłby się zachowywać tak wobec młodszego brata miłościwie panującego Księcia. Skowytem woli i osobistego na siebie samego oburzenia, wierzgnął z miejsca swojego tymczasowego odpoczynku i puścił się galopem w stronę rzeki. Mógł się oczywiście przemienić, ale nie mógł dopuścić by żaden fae połączył to zaszczute zwierze z wiosennym dyplomatą. Ba! Żaden fae nie mógł połączyć jego osoby z rozwalonym merdającym ogonem psiakiem, któremu ktokolwiek śmiał wymyślić miano Aksamitka!
Dlatego czmychnął, dlatego wpadł do wody i gdy tylko przeskoczył nurt dbając by fizycznie jego trop był trudny do podjęcia, dopiero wtedy zrzucił wilczą skórę i rozpoczął żmudny proces teleportacji, ograniczony zakresem widzenia, wciąż jednak skuteczniejszy w pospiesznym transportowaniu własnego ciała do bezpiecznego schronienia na okręcie noszącym wdzięczną nazwę Pierwiosnek.
Był bardzo bezmyślny w tym, porzucając za sobą trzy jesionowe strzały, które znaczył jego miejsce pierwszego skoku.
Trudno.
Dopiero na statku zorientował się ze swojej nieostrożności i opatrywany przez lojalną służbę, klął w duchu na siebie i swoją lekkomyślność. Na szczęście wątpił, aby ktokolwiek na możliwie odległym dworze kojarzył przyjmowaną przez niego zwierzęcą formę. Zwłaszcza liczył, że nie będzie łączył kropek dość przystojny, wciąż jednak błoniasty, z którym - co zamierzał zadbać, zwłaszcza w kontekście nadciągającej uroczystości - miał zamiar mieć możliwie żadną interakcję. Skinienie głowy maksymalnie! A gdy koniunkcja dworów się zakończy już nigdy przenigdy… dla jego własnego dobra. Dla dobra jego poczytalności, która nękana była podczas ubierania w strojne szaty zapachem dłoni sunących tak wprawnie pod wilczą brodą, bez lęku, bez zawahania….
…ta chwila nie była i nie mogła być prawdziwa, ale łagodna pieszczota mamiła jego wilcze zmysły, czyniąc go miast krwiożerczą bestią, nażartego i bardzo zadowolonego kanapowca rozłożonego na miękkim poszyciu. Aż zapomniał o tym, że z jego ciała wciąż sterczały jesionowe strzały, że przed momentem cwał przez puszczę prawie przyprawił go o śmierć nie tyle od kłusowników, co z wycieńczenia. Proszek działał cuda, podobnie jak palce zatopione w gęstej sierści i och gdyby tylko ta nieoczekiwana słodka chwila mogła trwać dłużej… Gdyby tylko…
Sięgnięcie do dołu pleców przebiegło prądem po jego kręgosłupie, sam po sobie nie spodziewałby się takich reakcji, zważywszy na fakt, że ani nie miał na swoim Dworze osoby mu przypisanej, ani nie zwykł brać udziału w ojczystych wysyconych hedonizmem rytuałach, a też nikt przy żadnej okazji zwyczajnie nie ośmieliłby się zachowywać tak wobec młodszego brata miłościwie panującego Księcia. Skowytem woli i osobistego na siebie samego oburzenia, wierzgnął z miejsca swojego tymczasowego odpoczynku i puścił się galopem w stronę rzeki. Mógł się oczywiście przemienić, ale nie mógł dopuścić by żaden fae połączył to zaszczute zwierze z wiosennym dyplomatą. Ba! Żaden fae nie mógł połączyć jego osoby z rozwalonym merdającym ogonem psiakiem, któremu ktokolwiek śmiał wymyślić miano Aksamitka!
Dlatego czmychnął, dlatego wpadł do wody i gdy tylko przeskoczył nurt dbając by fizycznie jego trop był trudny do podjęcia, dopiero wtedy zrzucił wilczą skórę i rozpoczął żmudny proces teleportacji, ograniczony zakresem widzenia, wciąż jednak skuteczniejszy w pospiesznym transportowaniu własnego ciała do bezpiecznego schronienia na okręcie noszącym wdzięczną nazwę Pierwiosnek.
Był bardzo bezmyślny w tym, porzucając za sobą trzy jesionowe strzały, które znaczył jego miejsce pierwszego skoku.
Trudno.
Dopiero na statku zorientował się ze swojej nieostrożności i opatrywany przez lojalną służbę, klął w duchu na siebie i swoją lekkomyślność. Na szczęście wątpił, aby ktokolwiek na możliwie odległym dworze kojarzył przyjmowaną przez niego zwierzęcą formę. Zwłaszcza liczył, że nie będzie łączył kropek dość przystojny, wciąż jednak błoniasty, z którym - co zamierzał zadbać, zwłaszcza w kontekście nadciągającej uroczystości - miał zamiar mieć możliwie żadną interakcję. Skinienie głowy maksymalnie! A gdy koniunkcja dworów się zakończy już nigdy przenigdy… dla jego własnego dobra. Dla dobra jego poczytalności, która nękana była podczas ubierania w strojne szaty zapachem dłoni sunących tak wprawnie pod wilczą brodą, bez lęku, bez zawahania….