Zauważony Morpheus wyglądał jakby gdzieś się spieszył. Jego oczy rozbłysły na widok przyjaciółki, radością, że widzi Jej Morderczą Wysokość. Za chwilę na jej pytanie padła niewerbalna odpowiedź, bowiem tuż za Morpheusem wlókł się na dyniowych pnączach zamiast nóg jakiś Niewymowny. Nie dało się stwierdzić, kto to był dokładnie, bo jego głowa zmieniła się w ogromną dynię. Zataczał się w nierównej walce z klątwą, która pochłaniała powoli jego ciało.
— Nie, skądże. Tak sobie biegam dla relaksu — rzucił żartobliwe. Chociaż z ich czwórki to Antoniusz najbardziej stronił od jakiejkolwiek aktywności fizycznej, a bieganie uznawał za dogłębnie uwłaczające, to Morpheus raczej nie należał do tych, którzy używają swoich nóg do rekreacyjnego biegu, a jeśli gdzieś się spieszył, zmieniał czas, aby nigdy, przenigdy, nikt nie zobaczył go z zadyszką.
— Ktoś przywiózł jakieś przeklęte dynie z domu jakiegoś świra, który świętował Samhain cały rok i teraz chyba zatruwają nam departament. To już drugi dzisiaj, wcześniej była Stephanie z Komanty Miłości, ale ona od razu zmieniła się w dynię, nie w… to coś.
Czarodziej odwrócił się i ruchem przypominającym atak szpadą, rzucił zaklęcie spowalniające na dynio-wymownego.
Sukces!
Dynia spowolniła, poruszając się jak w kisielu. Morpheus stanął obok Charlotte, przypatrując się jej dokładnie. Nie zwracał uwagę na dyniowe kształty, tylko to, co pozostało z magicznej szaty, próbując zidentyfikować, kto został przemieniony i czy warto go ratować, bo jeżeli to była osoba, która podkradała mu jego lunch, zrobiony przez Malwę, to chętnie odda dynię do jakiejś jadłodzielni na zupę.