— Płytkie? Gdzie tam. Wydaje się bardzo na miejscu — uśmiechnął się do niej, chociaż chyba gdzieś w środku nie podzielał aż tak słodkiego entuzjazmu związanego z małżeństwem. Była to dla niego jakaś umowa, dokument, według czego społeczeństwo postrzegało dwójkę ludzi jako jedno, ale nie był przekonany na ile ten drobny akt mógł faktycznie człowieka uskrzydlać. Nie zamierzał jednak przesadnie podważać tego, co czuła Prudence. Bo skoro w jej przypadku faktycznie miało to przysparzać szczęścia, takiego prawdziwego i głębokiego, rozjaśniającego długie mroki życia, to kim on był żeby jej tego zabraniać.
— Cała przyjemność po mojej stronie — uśmiechnął się lekko. Zaufanie, tak, można było powiedzieć, że trzeba było posiadać chociaż odrobinę zaufania przy całej tej inicjatywie. To słowo jednak, mimo wszystko, wydawało mu się niezwykle mocne w całym biurokratycznym krajobrazie.
— Dokładnie tak — kiwnął głową, potwierdzając swoje własne słowa. — Bardzo się cieszę to słysząc. Ostrzegam jednak, ze pewnie jeszcze chwilkę naj zajmie dopięcie wszystkiego na ostatni guzik. Zebranie zespołu to jedno, ale wprawienie wszystkiego w ruch to już zupełnie inna sprawa. Nie wyobrażałem sobie, że może to doprowadzić do tak wielkiej ilości papierkowej roboty — rzucił z jakimś zbolałym rozbawieniem. To było trochę jak śmiech przez łzy, bo oczywiście że musiał doświadczać jednej z najbardziej uciążliwych dla niego rzeczy w całym procesie organizowania jednostki. Oczywiście. Ale w sumie też dobrze, że pierwsze co zrobił to poszedł porozmawiać z Robertem. Dzięki temu nie musiał robić wszystkiego sam. — Ale w takim razie, dam znać naszemu sędziemu. Z biura Roberta Croucha będą szły wszystkie potrzebne dokumenty, żebyś mogła je podpisać. Masz w sumie jeszcze jakieś pytania?