02.06.2026, 18:10 ✶
Decyzja powinna być błyskawiczna, w końcu zależało od niej jego życie.
I pewnie gdyby rzeczywiście był wilkiem, ten moment zawahania napotkanego błoniastego a już zdecydowanie pojawienie się kmiotków tego parszywego miejsca sprawiłoby, że w kimś przywarta do metaforycznej ściany bestia zatopiłaby zęby.
On jednak nie był bestią. Wciąż był fae, jego świadomość i zdolność rozumowania czy kalkulacji całkiem miała się dobrze mimo rozprzestrzenionej po ciele boleści i pulsującej w nim adrenalinie nakazującej atak, gdy opcja ucieczki była wyczerpana. Był pewien że gdyby uskoczył w którąkolwiek ze stron kolejna strzała rozdarłaby mu skórę, tym razem być może sięgając życiodajnych rzek. Przez tego nadętego idiotę stracił niezbędne sekundy. Teraz jednak gdy dotarlo do niego wiążące kuzyn księcia, to zastrzygł uszami wyłapując porwane percepcją strzępy rozmowy obcych, całą siłę woli wkładając w to, aby pozostać na czterech łapach i nie potknąć się, nie zwalić na ziemię.
Być może rozumniej byłoby jednak uciec, wykorzystując impas między lokalnymi, zamiast pozostawać w szachu. Być może…
– Ależ Panie musimy przecież Cię chronić! I Twoją towarzyszkę! – padło w końcu, gdy mężczyźni ustalili między sobą, że rzeczywiście rozpoznają w illirze książęcą krew, albo (co bardziej prawdopodobne) że nie chcą ponosić konsekwencji pomyłki w tej materii.
A czas płynął, jak krew, uchodząca z ciała jak siły, które wcześniej podsycane rozpędem teraz rozpływały się fałszywą ułudą zatrzymania. Zachwiał się, cholera jasna, zachwiał co oczywiście nie umknęło uwadze agresorom
– Panie on jest na jeden strzał! My nie kłusownicy chcieliśmy dać go w prezencie Księciu jako dar na Wielką Koniunkcje Siedmiu Księstw. Pozwól biednemu ludowi oddać hołd władcy – momentalnie zmienili śpiewkę, gdy wiatr zawiał w inną stronę. Gdyby tylko… gdyby nie ta pułapka, wróciłby do faeńskiej prezencji i rozwiesił między konarami lasu ich rozszarpane pnączami trzewia. Warkot przeszedł w piśniecie, gdy nie był w stanie utrzymać zadu i opadł na leśne poszycie. Jeśli byłby to rzeczywiście jego koniec to rzeczywiście byłby to nader żałosny los o którym nikt nawet by nie zaśpiewał. Zgnieciony kwiat przed pełnia rozkwitu. Nie żeby nie miał tych 300 lat na karku, ale teraz gdy nadarzyła się w końcu okazja, gdy mógł sięgnąć po swoją szansę…
– Wystarczy jeden strzał, jeśli wolisz zrobić to sam Panie, to damy Ci łuk…
I pewnie gdyby rzeczywiście był wilkiem, ten moment zawahania napotkanego błoniastego a już zdecydowanie pojawienie się kmiotków tego parszywego miejsca sprawiłoby, że w kimś przywarta do metaforycznej ściany bestia zatopiłaby zęby.
On jednak nie był bestią. Wciąż był fae, jego świadomość i zdolność rozumowania czy kalkulacji całkiem miała się dobrze mimo rozprzestrzenionej po ciele boleści i pulsującej w nim adrenalinie nakazującej atak, gdy opcja ucieczki była wyczerpana. Był pewien że gdyby uskoczył w którąkolwiek ze stron kolejna strzała rozdarłaby mu skórę, tym razem być może sięgając życiodajnych rzek. Przez tego nadętego idiotę stracił niezbędne sekundy. Teraz jednak gdy dotarlo do niego wiążące kuzyn księcia, to zastrzygł uszami wyłapując porwane percepcją strzępy rozmowy obcych, całą siłę woli wkładając w to, aby pozostać na czterech łapach i nie potknąć się, nie zwalić na ziemię.
Być może rozumniej byłoby jednak uciec, wykorzystując impas między lokalnymi, zamiast pozostawać w szachu. Być może…
– Ależ Panie musimy przecież Cię chronić! I Twoją towarzyszkę! – padło w końcu, gdy mężczyźni ustalili między sobą, że rzeczywiście rozpoznają w illirze książęcą krew, albo (co bardziej prawdopodobne) że nie chcą ponosić konsekwencji pomyłki w tej materii.
A czas płynął, jak krew, uchodząca z ciała jak siły, które wcześniej podsycane rozpędem teraz rozpływały się fałszywą ułudą zatrzymania. Zachwiał się, cholera jasna, zachwiał co oczywiście nie umknęło uwadze agresorom
– Panie on jest na jeden strzał! My nie kłusownicy chcieliśmy dać go w prezencie Księciu jako dar na Wielką Koniunkcje Siedmiu Księstw. Pozwól biednemu ludowi oddać hołd władcy – momentalnie zmienili śpiewkę, gdy wiatr zawiał w inną stronę. Gdyby tylko… gdyby nie ta pułapka, wróciłby do faeńskiej prezencji i rozwiesił między konarami lasu ich rozszarpane pnączami trzewia. Warkot przeszedł w piśniecie, gdy nie był w stanie utrzymać zadu i opadł na leśne poszycie. Jeśli byłby to rzeczywiście jego koniec to rzeczywiście byłby to nader żałosny los o którym nikt nawet by nie zaśpiewał. Zgnieciony kwiat przed pełnia rozkwitu. Nie żeby nie miał tych 300 lat na karku, ale teraz gdy nadarzyła się w końcu okazja, gdy mógł sięgnąć po swoją szansę…
– Wystarczy jeden strzał, jeśli wolisz zrobić to sam Panie, to damy Ci łuk…