09.05.2026, 19:29 ✶
Helloise nie miała żadnej mocy w Ministerstwie — nie ulegało wątpliwości. Nieważne, że sama była tego faktu poniekąd świadoma — ludzie tutaj przecież nie słuchali — musiała spróbować. Gdyby nie spróbowała, miałaby poczucie, że nie zrobiła wszystkiego. Musiała odbić się od tej ściany, musiała. Musiała poczuć na własnej skórze, że nieważne jak szybko w ten mur wbiegnie, on nie ustąpi, a ona tylko się obije. Potrzebowała poczuć to odepchnięcie.
Do wyjścia podążała więc za Leviathanem rozczarowana i zła, ale w pewien sposób zaspokojona — wyczerpała tę opcję. Za bramą znienawidzonego Ministerstwa nie czekała na nią żadna przyjazna twarz.
Nie puszczała więc tego, co było jej znajome. Pilnowała się, żeby dotrzymać Leviathanowi kroku i nie zostać ani na moment w tyle, nie dać się połknąć ciemnościom ministerialnego lochu. Jak szybko by w tym więzieniu uschła…
Pierwszy bezowocny szczęk klamki zabił w niej nieco podbudowanej obecnością Rowle’a nadziei. Nie wiedzieć czemu, miała z tyłu głowy jakąś bezkształtną, nie do końca uświadomioną wiarę, że przed nim drzwi urzędów nie zamykają się tak, jak zamykają się przed nią.
Czekała więc w wyczulonym napięciu, gdy Levi pukał i nawoływał.
Tymczasem po drugiej stronie — poza surrealistycznym koszmarem dzikiej wiedźmy zamkniętej w ciemnej klatce — uwijali się pracownicy.
Ach, holender! Który to był klucz? Strażnik przeglądał dłuższą chwilę obfity pęk, zanim dobrał ten do odpowiedniego pomieszczenia.
I przed czarodziejami nastała jasność. Nie agresywna światłość dnia, za którą tak tęskniła czarownica, lecz lichawe lampki oświetlające Biuro Bezpieczeństwa. Dobre i to. Znalazła się przepustka dla Leviathana, znalazły się przeprosiny — ach, te awarie, nie da się przewidzieć. Choć nie pierwszy raz to się ostatnio zdarzyło w tym pomieszczeniu. Gdy Rowle’owie odeszli, jeden z drugim sobie przypomniał, że jak parę dni temu schodziła inna warta, to coś wspominali, że magia siada. A po fachowca i tak nikt nie pośle.
!BINGO B5
Do wyjścia podążała więc za Leviathanem rozczarowana i zła, ale w pewien sposób zaspokojona — wyczerpała tę opcję. Za bramą znienawidzonego Ministerstwa nie czekała na nią żadna przyjazna twarz.
Nie puszczała więc tego, co było jej znajome. Pilnowała się, żeby dotrzymać Leviathanowi kroku i nie zostać ani na moment w tyle, nie dać się połknąć ciemnościom ministerialnego lochu. Jak szybko by w tym więzieniu uschła…
Pierwszy bezowocny szczęk klamki zabił w niej nieco podbudowanej obecnością Rowle’a nadziei. Nie wiedzieć czemu, miała z tyłu głowy jakąś bezkształtną, nie do końca uświadomioną wiarę, że przed nim drzwi urzędów nie zamykają się tak, jak zamykają się przed nią.
Czekała więc w wyczulonym napięciu, gdy Levi pukał i nawoływał.
Tymczasem po drugiej stronie — poza surrealistycznym koszmarem dzikiej wiedźmy zamkniętej w ciemnej klatce — uwijali się pracownicy.
Ach, holender! Który to był klucz? Strażnik przeglądał dłuższą chwilę obfity pęk, zanim dobrał ten do odpowiedniego pomieszczenia.
I przed czarodziejami nastała jasność. Nie agresywna światłość dnia, za którą tak tęskniła czarownica, lecz lichawe lampki oświetlające Biuro Bezpieczeństwa. Dobre i to. Znalazła się przepustka dla Leviathana, znalazły się przeprosiny — ach, te awarie, nie da się przewidzieć. Choć nie pierwszy raz to się ostatnio zdarzyło w tym pomieszczeniu. Gdy Rowle’owie odeszli, jeden z drugim sobie przypomniał, że jak parę dni temu schodziła inna warta, to coś wspominali, że magia siada. A po fachowca i tak nikt nie pośle.
Koniec sesji
!BINGO B5
dotknij trawy