![]() |
|
[03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha (/showthread.php?tid=5725) |
[03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Helloise Rowle - 14.02.2026 Przychodzi baba do Ministerstwa Magii, a tam ochronaImię tego demona jest Moloch. Zły bóg, któremu ślepi czarodzieje składają ofiarę ze swoich żyć — a on wchłania ich dni, ich siłę, ich radość. Kto wejdzie w paszczę Molocha i zostanie tam, ten stracony jest dla świata i już żyje wyłącznie ułudą jego — fikcją sztucznego systemu w oderwaniu od Prawdy. Ten daje się wiązać umowom silniejszym niż klątwy, mimo że nieniosącym faktycznej mocy. Helloise stawała naprzeciw tej kamiennej bestii skrytej w podziemiu Londynu z wysoko uniesioną głową. Nie lękała się jej. Szła między ich urzędnicze szaty i formuły druczków z dumą kogoś, kto wie, na czym polega życie. Niosła im, niewolnikom Molocha, odświeżający podmuch wiatru znad łąk wpleciony we włosy i żywiczną woń świeżego drewna. W protokole z kontroli odnotowano również ostre przedmioty (scyzoryk, cztery szpilki), paczkę zapałek oraz trzy buteleczki eliksirów zwąchane przez ministerialne psy (nie zawierały substancji nielegalnych bądź niebezpiecznych). Szła między nich dumnie, bo to, że Helloise czegoś nie wiedziała, nigdy jej przed niczym nie powstrzymywało. Poza dostaniem się do Ministerstwa Magii. Czarownica do budki przed urzędem weszła z przypadkową kobietą, która spieszyła się za bardzo, żeby przejmować się tym, że ktoś jedzie z nią. To rozwiązywało sprawę. Tak sądziła wiedźma. Rzeczywistość zweryfikowała ją, gdy utknęła przy dwóch czarodziejach z plakietkami Biura Bezpieczeństwa. Ludzie wokół nich płynnie pokonywali bramkę, otrzymywali plakietkę i biegli dalej, zajmować się swoimi sprawami. Helloise z jakiegoś powodu nie wpuścili. — Przyszłam mówić z tymi, którzy zawinili apokalipsie i grzeszą swoim zaniedbaniem każdego dnia — obwieściła, gdy ten umundurowany starszy pan z wąsem (bez grupy inwalidzkiej) zapytał o cel wizyty. Nie wyglądała, jakby żartowała. Nie wyczuł od niej alkoholu. Kobieta stała przed nim i patrzyła mu niewygodnie nieruchomo prosto w oczy. Jakkolwiek by nie próbował jej dopytywać, nie potrafiła podać nazwiska urzędnika, do którego ma sprawę. Zdawało się, że niekoniecznie zna nazwę chociaż jednego Departametnu. Nie było powodu, aby Helloise znała hierarchię i struktury biurokratyczne, ponieważ sprawa kryzysu w Kniei była sprawą wszystkich czarodziejów, nie jednego Departamentu. Każdy zaś czarodziej, który miał możliwość w tej sprawie czynić, a nie czynił, był winnym. Jaka była godność pani? — Jestem lasem i w imieniu całego lasu mówię. Partner starszego strażnika spojrzał niezręcznie na bok, jakby sprawdzał, czy może któryś z kolegów rusza im z odsieczą. A może nie wiedział, co z tą panią zrobić i próbował zrzucić całą robotę na starszego oficera. Helloise się jego nieporadności nie dziwiła. Niewolnicy Molocha zatracili umiejętność komunikacji i nie znali prawdy, nie znali języka. Posługiwali się jedynie ograniczonym zasobem formuł, które demon ognistym znamieniem wypalił w ich umysłach. — Proszę złożyć różdżkę na czas kontroli i poczekać w pokoju obok. Zanim zdążyła się zorientować, wyjęto jej różdżkę z ręki. Zbyt szybko się to stało, aby ją wyszarpać z powrotem, lecz czarownica złożyła zdecydowane protesty, gdy na polecenie wąsatego młody funkcjonariusz złapał ją lekko za łokieć i pokierował za jedne z drzwi. — To tchórzostwo. Nie masz odwagi ze mną mówić, bo wiesz, że jesteś winny — wyniośle oskarżyła młodego strażnika Helloise, zachowując spokój w głosie, którym opowiadała mu te bzdury. Miała przecież godność. — Proszę pani, to zajmie tylko chwilę. Proszę poczekać. I zamknęły się za nią drzwi. Rozgniewana czarownica zrobiła odruchowo kilka kroków w głąb pokoju, gdzie przygotowano dla kontrolowanych siedziska i ławy, lecz nie zdążyła rozejrzeć się, nim zgasło światło i przestała widzieć cokolwiek. Wiedźma wciągnęła ze świstem powietrze w płuca. Odwróciła się w stronę, z której przyszła. — Co ma znaczyć to zamknięcie? — zawołała oskarżycielsko tam, gdzie zdawało jej się, że znajdują się drzwi. RE: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Leviathan Rowle - 21.03.2026 Nigdy nie przepadał za konstrukcją Ministerstwa Magii, które wydawało mu się jakąś okropną norą, ciągnącą się na zbyt dużą ilość pięter w dół. Najgorsze jednak było chyba to, że całość mieściła bliżej Niemagicznego Londynu, niż ktokolwiek by sobie tego chciał życzyć, a sposoby dostania się do niego to już w ogóle była największa porażka architektonicznej myśli. Leviathan nigdy nie patrzył przychylnie na spuszczanie w kiblu, ani też na dostawanie się do środka czerwoną, mugoską budką stojącą na skrzyżowaniu ulic. To było zwyczajnie żałosne i poniżej godności każdego szanującego się czarodzieja. Kiedy musiał znaleźć się w rzeczonej instytucji, czasem wydawało mu się że rozumiał, dlaczego w ogóle Mulciberowie ostatecznie zdecydowali się by porzucić urzędniczą świątynię. Wyparli się rządu i stanowisk, a pewnie gdyby wciąż przy swoim obstawali to i więcej osób czułoby do nich jakieś resztki szacunku. Zamiast tego wracali niczym zbite psy, chcąc na nowo wkupić się w łaski biurokracji, merdając ogonkami. Nie przeszkadzało Leviathanowi by przepuszczać przez swoją głowę takie myśli, nawet jeśli za największe przykłady miał Alexandra, który w Departamencie Tajemnic pracował wcale nie tak długo, a na dokładkę Lorien, która samo nazwisko też długo nie nosiła. Szkoda tylko że ten pierwszy był podobno głową swojej rodziny i tym samym dawał przykład tego, co sądził o decyzji swoich krewniaków. Moloch więc połknął i Leviathana. Z przyjemnych, gęstych i oblanych cieniem lasów, musiał przenieść się do pomnika wylanego z betonu i ciągnącego się pod ziemią niczym lew piaskowy. Jego problemy nie były tak wielkie z jakimi borykała się Helloise, bo potrzebował parę parafek do składanych wniosków o bezpieczny transport okazów do innego rezerwatu. Szkoda tylko, że tego dnia komuś zanadto nadęło się ego w Biurze Bezpieczeństwa i postanowił skontrolować także jego. Różdżka została zabrana, teczka z dokumentami również i na nic zdało się tłumaczenie kim jest i z jakich powodów się tutaj pojawił. Drzwi skrzypnęły, ale Rowle się nie poruszył, z jakąś rezygnacją czekając aż jego nazwisko zostanie wywołane. Nie padło. Zamiast tego nastąpiło szuranie stóp, do którego dołączyły oskarżycielskie słowa wypowiedziane kobiecym głosem, które szły do pary z tłumaczeniem strażnika. Westchnął, a światła zgasły, oblepiając ich ciemnością. Znał tego ten głos. Znał aż za dobrze i pewnie mógłby go rozpoznać o każdej porze dnia i nocy. - Proszę, nie krzycz - odpowiedział łagodnie wręcz, bo nikt inny nie mógł jej tutaj odpowiedzieć. Nie z drzwiami zamkniętymi na cztery spusty i kiedy nie mieli przy sobie różdżek. RE: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Helloise Rowle - 21.03.2026 Czy Helloise często bywała w Ministerstwie Magii? Skądże. Częstość wizyt nie mogła być zbyt duża. Ona Ministerstwem się nie interesowała, Ministerstwo nią... trochę częściej, lecz ten okazjonalny mandat, gdy ją z raz do roku ktoś przyuważył na nielegalnej teleportacji, dało się opłacić korespondencyjnie. Jej wizyta tutaj była wyjątkiem, rzadkością, gestem wynikającym ze skrajnej bezradności i braku lepszych pomysłów. Nikt nie mógł przewidzieć, że tego dnia się tu pojawi — ona sama zdecydowała dopiero rano, spontanicznie. Jakie więc były szanse, że trafi do Ministerstwa Magii tego samego dnia i o tej samej porze, co Leviathan? Mało tego: trafi z nim do tej samej celi (bo dokładnie tym było dla niej owo pomieszczenie techniczne). Gdy niespodziewanie usłyszała więc w ciemnościach, jak znajomy głos zwraca się do niej łagodnie… przestraszyła się. Dreszcz przeszedł po jej plecach. Stała dłuższy moment niema i nieruchoma, jak zamurowana. Helloise nie była przecież głupia — umiała dostrzec, jak nieprawdopodobna była ta sytuacja. Niemożliwe. Uwzięli się na nią, uwzięli. Stres i nierealność tych okoliczności zagłuszyły zdrowy rozsądek. Nie potrafiła uwierzyć w zbieg okoliczności. Czy to jakiś okrutny poltergeist miał zabawić się jej kosztem ku uciesze pracowników Ministerstwa? — Nie krzyczę — odpowiedziała głucho, wysilając wzrok, aby spojrzeć przez ciemności. Na próżno. Pozbawiona różdżki czuła się obrzydliwie bezbronna. Zdenerwowała ją domniemana zniewaga. Była pełna niepokoju i podejrzliwości wobec przyjaznego głosu, który miał namieszać jej w głowie — głosu perfidnie dobranego idealnie tak, aby ją najskuteczniej zmanipulować i zmiękczyć. Przejrzała to. Zrobiła krok przed siebie, kolejny. Próbowała stawiać stopy możliwie cicho, aby trudniej było ją zlokalizować. Szła ostrożnie, więc gdy trafiła na swojej drodze na jakąś ławkę, nie zderzyła się z nią boleśnie, a jedynie poczuła przeszkodę. Czarownica przesunęła dłonią po deskach ławy, próbując ją obejść. — Jesteś…? — zaczęła, lecz nie wiedziała, jak skończyć. Jesteś prawdziwy? Jesteś Leviathanem? Oczywiście, że odpowie tak. Najważniejsze było jednak, że odpowie, co uświadomiła sobie po krótkiej chwili ciszy. Jeśli diabeł się odezwie, czarownica będzie wiedziała, gdzie się on znajduje, i nie będzie mógł jej zaskoczyć. — Jesteś tutaj, bo przyszedłeś do ojca? — skończyła w końcu głosem zdradzającym podejrzane napięcie. RE: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Leviathan Rowle - 17.04.2026 Nie krzyczała, ale głos jej zdradzał coś nieco innego. Znając ją, mógł orientować się dlaczego była ż taka wzburzona aktualnym zamknięciem. Pewnie nawet poczułby ukłucie współczucia, może jakąś opiekuńcza potrzebą by czym prędzej ich stąd wypuścili, ale niestety, zanadto gotował się w swoim własnych zniechęceniu. Poczuł więc niewiele. Jej odpowiedź spotkała się z głębokim westchnięciem człowieka, który bardzo nie chciał by zaraz po tym nastąpiła jakaś seria uwag, wygłoszona oczywiście podniesionym głosem. Całe szczęście jednak, dla nich obojga w sumie, Helloise szukała... czegoś. Czegoś prawdziwego chyba w całej tej sytuacji, może bojąc się że wcale prawdziwy nie był. Nie mógł się jej dziwić, bo prawdopodobieństwo że pojawiliby się w Ministerstwie Magii w tym samym momencie i zostali obydwoje odesłani przez ochronę właśnie tutaj... była tak niewielka że nigdy nawet ten scenariusz nie przeszedł mu wcześniej przez głowę. A mimo tego byli właśnie, uwięzieni w ciemności i jak najbardziej prawdziwi. Był. Był prawdziwy i był Leviathanem. Tym samym Leviathanem, który nawet jeśli wcześniej tego scenariusza nie podejrzewał, to teraz nie wysilał spojrzenia by przejrzeć ciemność. By odszukać w niej jakieś nieprawidłowości lub złamać umysł płatający figle. Mimo wszystko jednak podniósł nieco głowę, jakby ciało reagowało mechanicznie na rozmowę. - Tak - rozgoryczenie na nowo się nasiliło. - Przyszedłem z dokumentami, ale jak widać oglądanie mnie co jakiś czas, nie wystarczy tym chałturnikom. Nawet sobie pomyślałem, że może to czas wrócić do pracy tutaj. Przynajmniej wejście nie wiązałoby się z wizytacjami w Biurze Bezpieczeństwa. Ale dlaczego ty tu jesteś, Helloise? Bo powiedzieć, że się jej nie spodziewał, to mało. Nie miała powodu, by uganiać się po Ministerialnych korytarzach i zajmować czas urzędników. Oni byli jej wrogami. W sumie jego też, ale zawsze uważał, że Hela posiadała o wiele więcej antypatii do tych ludzi, właśnie dlatego że funkcjonowali w urzędzie, który robił całe i okrąglutkie nic, jeśli chodziło o jej ukochaną Knieję. Porzucił ją, zapomniał, a teraz jeszcze dodatkowo więził, jakby była zwierzątkiem które niepotrzebnie porzuciło swoją zieleń i próbowało zainteresować się cywilizacją. RE: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Helloise Rowle - 18.04.2026 Jeśli ów zwodniczy poltergeist ukryty za głosem Leviathana miał ją do czegoś skłonić czy wykorzystać, to należałoby go nazwać jednocześnie wyjątkowo skutecznym i nieskutecznym poltergeistem. To westchnienie, które dotarło do uszu Helloise — zniechęcone i ciężkie — brzmiało… dokładnie jak człowiek, którego znała. Wyrażało jednak wyłącznie niezadowolenie, które ich od siebie oddalało. Cóż to za okropne miejsce, w którym wylądowała — czarna kamienna cela wyciśnięta w ziemi pod ciężarem podziemnego gmachu urzędowego. Twarde i nieprzystępne faktury ścian i siedzisk, które kobieta badała dotykiem, nie kryły niczego przyjaznego, na czym chciałoby się zatrzymać dłoń. Nie miała oczu, na których mogłaby polegać; umysł łatwo czarną pustkę obradzał w fantazyjne kształty i obecności czające się na granicy spojrzenia. Najbardziej rzeczywistym elementem tej sceny był Rowle i jego trzeźwe rozgoryczenie, które skrobało coś nieprzyjemnie w Helloise i obok odrealnionego zdezorientowania wzbudziło w niej bardzo realne niezadowolenie. — Nie wracaj tu — zaprotestowała od razu, gdy wspomniał o pracy w Ministerstwie. Nie chciała czuć na nim zapachu Ministerstwa i nie chciała, aby myślał urzędniczymi schematami, których sama nie rozumiała. Zmarnowaliby go i zabrali jeszcze dalej od niej. Helloise wciąż nieufnie krążyła wokół obecności Leviathana, lecz jego dłuższa wypowiedź nakierowała ją na miejsce, gdzie siedział mężczyzna. Wiedźma przesunęła się powoli wzdłuż rzędu ław i krzeseł, nie odrywając dłoni od pustych mebli, dopóki nie natrafiła czubkami palców na nogę czarodzieja. Westchnęła wówczas, jakby zaskoczona tym, że był materialny. Przebiegła palcami na szczyt uda Leviego, aby mieć pewność, że ma przed sobą człowieka, i dopiero wówczas się wyprostowała. Zaczynała wyczuwać w ciemności pierwsze kontury jego sylwetki — więcej w tym, gdzie słyszała oddech i czuła ciepło ciała, niż samym wzrokiem. — Przyszłam, żeby przypomnieć… Wszystkim im przypomnieć — syknęła zajadle, schylając głowę. — Lecz nikt tu nie rozumie. Dlaczego ja tu jestem? — domagała się odpowiedzi, wciąż przekonana, że kontrola miała na celu pognębienie jej konkretnie, nie zaś że była elementem rutynowego odsiewu, w którym dziwaczne zachowania Helloise zwróciły słusznie uwagę strażników. RE: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Leviathan Rowle - 01.05.2026 Zawsze miał problemy z tym, jak funkcjonowała instytucja jaką było Ministerstwo Magii. W ogóle większość schematów stworzonych przez społeczeństwo zdawała się sprawiać, że czuł się bardziej niedopasowany niż chciałby to przyznać. Kiedy dawno temu podejmował staż w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, papierkowa robota powoli zdawała się go zabijać i pożerać całą chęć do życia. Czuł się jak zwierzę zamknięte w klatce i to takiej, przez której kraty nie było widać niczego. W ogóle to więzienie nie miało krat, a było betonowym pudłem, w którym każdy kręcił się w kółko i powoli ale nieuchronnie wariował. - Jak sobie życzysz - nie wracaj tu brzmiało tak prosto. Tak ładnie, że nawet przez moment był gotowy jej posłuchać i zapewnić, ze faktycznie będzie się trzymał od tego miejsca z daleka. Ale rzeczywistość niestety była przykra i jakaś część Leviathana obracała ten pomysł w głowie już od jakiegoś czasu. Nie miałby jednak tym razem zamiaru siedzieć w biurze, przeglądając papiery. Miał swój rezerwat, o który musiał dbać, jednak ten nie potrzebował też jego uwagi 24/7. Miał na to zbyt dobrych pracowników. Odnalazła go. Pewnie jeszcze chwila i sam wreszcie przestałby się pochylać nad własnym nieszczęściem i zapytał, czy jest w stanie do niego podejść, ale zwykle zadziałała pierwsza. Poczuł jej obecność, dłoń wspinającą się po udzie i westchnięcie, jakby do tej pory nie była do końca pewna, że faktycznie był rzeczywisty. Nie dziwił jej się nawet, bo cała ta sytuacja wyglądała jak nieprzyjemny sen. - Oni nigdy nie słuchają - szczególnie ci z Biura Kontroli, bo ile razy mógł im powtarzać kim jest i po co tutaj przyszedł? Różdżkę i tak mu skonfiskowali i wepchnęli go do tej ciemnicy. Ułożył dłoń na jej ramieniu ostrożnie, wyczuwając moment temu gwałtowniejszy ruch, a potem powoli przesunął palcami wzdłuż ręki, wreszcie chwytając ją za dłoń i zamykając w uścisku. - Ale jeszcze chwila i dadzą nam spokój. A przynajmniej mam taką nadzieję. RE: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Helloise Rowle - 01.05.2026 Jak sobie życzysz… Życzyłaby sobie innego świata dla nich. Oboje doskonale poradziliby sobie w świecie, w którym nie istnieją normy i przepisy Ministerstwa. Nie potrzebowali tego bezpieczeństwa, które biurokraci obiecywali im w legislacjach i kontroli. Umieliby sami zadbać o siebie — tak wierzyła Helloise. Tymczasem społeczeństwo zorganizowało się wokół takich jak oni w opresyjny aparat państwowy, żeby mocnych przydusić i zmusić do grania w swoją grę. Pozwolenia, rejestrowanie transportów — czyż urzędnik lepiej wiedział od Rowle’a, jak Leviathan ma wykonywać swój fach? Chciałaby więc świata, w którym oni oboje mogli zająć się tym, w czym byli dobrzy i nie mieć urzędnika, przed którym musieli się spowiadać ze swoich kroków. Helloise żyła namiastką tego, jak mogłaby wyglądać taka swoboda. Wystarczyło jednak, że wychyliła się o krok za daleko poza swoje królestwo… i wpadała bezradnie w łapy ministerialnych funkcjonariuszy. Ona pierwsza zaczęła szukać w ciemności Leviathana, bo w tych konkretnych okolicznościach potrzebowała go bardziej niż on mógł potrzebować jej — bo w tym miejscu nie potrzebował jej wcale. Helloise z kolei nie znała ministerialnych procedur. Nie odnajdywała się w tym, czego chcieli od niej strażnicy, mimo że wszystko zostało jej wyjaśnione. Miejsce było kobiecie zupełnie wrogie, a Leviathan był pierwszą przyjazną rzeczą, jaką napotkała, odkąd przekroczyła próg. Poddała się więc komfortowi trzymania go za rękę, odrzucając wcześniejsze wątpliwości co do realności jego osoby. Bo czy jakiś poltergeist umiałby mężczyznę tak dokładnie odtworzyć? — Nie słuchają. Co mam robić? Nic mi już nie zostało — powiedziała ciężko, z pełnym ciężarem tej toczącej ją tęsknoty za kojącą pieśnią znajomych drzew i swoim dawnym życiem, która to tęsknota popchnęła ją tego ranka za granicę i kazała tu przyjść. — Nie zostaw mnie tu. — Odwzajemniła uścisk dłoni. Być może nie poprosiłaby, gdyby miała ze sobą różdżkę. W tej sytuacji jednak — uwięziona pod ziemią, bez magii, bez wiedzy o Ministerstwie — nie miała wiele. Mogła pocieszać się wyłącznie chwytaniem myśli, że nie wyjdzie przeciwko tym ludziom sama. RE: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Leviathan Rowle - 09.05.2026 Świat bez stojącej nad nimi instytucji, byłby iście przepiękny. Oddałby im wolność, która teraz systematycznie była im wydzierana, nawet jeśli posiadali jakieś jej namiastki. Rezerwat pozwalał mu oddychać, ale nawet jeśli bardzo dużo rzeczy w nim działo się swoim rytmem, bez udziału ministerialnych problemów, te zawsze majaczyły gdzieś na horyzoncie. Dlatego odszedł z Ministerstwa, w pierwszej kolejności. Bo po pewnym czasie czuł, że nie prowadzi to w żadną sensowną stronę. Jeśli rodzina obsadzająca stołki w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami nie była żadnym problemem, a wręcz z radością przepychała podsuwane jej papierki, to zawsze znalazł się ktoś, kto ostatecznie stawał do pewnym pomysłów okoniem. Może było w nim jakieś przeświadczenie, ze jeśli miałby bezpośredni dostęp do tego, co by się tutaj działo, część spraw toczyłaby się lepiej. Szybciej. - Nie zostawię - zapewnił ją cicho, poprzednie jej słowa nie tyle bezczelnie zbywając, co nie będąc pewnym co miałby jej na nie odpowiedzieć. Nie słuchają, ale nigdy nie słuchali. Było coś fascynującego w uporze, z jakim chciała sprawić, by zimna, kamienna bryła w której właśnie byli pogrzebani, otworzyła uszy na to co miała jej do zakomunikowania. Co prawda mówiono, że kropla drąży skałę, ale obawiał się jakoby postulaty Helloise były jednak zbyt słabą mocą. - Chodź, może wreszcie nas wypuszczą - podniósł się powoli ze swojego siedzenia, nie puszczając jej tak samo dla jej komfortu, jak i swojego własnego. O wiele lepiej było mieć w czymś oparcie w tych ciemnościach, szczególnie że kiedy nie widziało się nic, otaczający świat zdawał się atakować ze wszystkich stron. Minęli rząd krzesełek i póki miał je pod ręką, Leviathan przesuwał palcami po ich oparciach, dla lepszego wyczucia gdzie się znajdują. Potem w stronę ściany, o ile pamiętał, to było tylko parę kroków, ale odległość i tak wydawała się nie pasować do tego co miał w głowie. W końcu jednak dłoń natrafiła na chłodną powierzchnię i wydawało się, że było z górki. Doczłapali się do drzwi i pierwsze co zrobił, to nacisnął klamkę. Nic, odpowiedział im głuchy klekot zamka. - Zapukam - ostrzegł ją, zaraz bardziej uderzając w drzwi, niż faktycznie pukając. Mocno i stanowczo, oczekując jakiejkolwiek reakcji. - Wypuście nas stąd. Nie dość, że zabraliście nasze różdżki, to trzymacie nas tutaj w całkowitych ciemnościach - rzucił głośno. Nie był pewien, ile faktycznie mogło trwać sprawdzanie różdżek, ale jak na jego gust, trwało to zdecydowanie za długo. RE: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Helloise Rowle - 09.05.2026 Helloise nie miała żadnej mocy w Ministerstwie — nie ulegało wątpliwości. Nieważne, że sama była tego faktu poniekąd świadoma — ludzie tutaj przecież nie słuchali — musiała spróbować. Gdyby nie spróbowała, miałaby poczucie, że nie zrobiła wszystkiego. Musiała odbić się od tej ściany, musiała. Musiała poczuć na własnej skórze, że nieważne jak szybko w ten mur wbiegnie, on nie ustąpi, a ona tylko się obije. Potrzebowała poczuć to odepchnięcie. Do wyjścia podążała więc za Leviathanem rozczarowana i zła, ale w pewien sposób zaspokojona — wyczerpała tę opcję. Za bramą znienawidzonego Ministerstwa nie czekała na nią żadna przyjazna twarz. Nie puszczała więc tego, co było jej znajome. Pilnowała się, żeby dotrzymać Leviathanowi kroku i nie zostać ani na moment w tyle, nie dać się połknąć ciemnościom ministerialnego lochu. Jak szybko by w tym więzieniu uschła… Pierwszy bezowocny szczęk klamki zabił w niej nieco podbudowanej obecnością Rowle’a nadziei. Nie wiedzieć czemu, miała z tyłu głowy jakąś bezkształtną, nie do końca uświadomioną wiarę, że przed nim drzwi urzędów nie zamykają się tak, jak zamykają się przed nią. Czekała więc w wyczulonym napięciu, gdy Levi pukał i nawoływał. Tymczasem po drugiej stronie — poza surrealistycznym koszmarem dzikiej wiedźmy zamkniętej w ciemnej klatce — uwijali się pracownicy. Ach, holender! Który to był klucz? Strażnik przeglądał dłuższą chwilę obfity pęk, zanim dobrał ten do odpowiedniego pomieszczenia. I przed czarodziejami nastała jasność. Nie agresywna światłość dnia, za którą tak tęskniła czarownica, lecz lichawe lampki oświetlające Biuro Bezpieczeństwa. Dobre i to. Znalazła się przepustka dla Leviathana, znalazły się przeprosiny — ach, te awarie, nie da się przewidzieć. Choć nie pierwszy raz to się ostatnio zdarzyło w tym pomieszczeniu. Gdy Rowle’owie odeszli, jeden z drugim sobie przypomniał, że jak parę dni temu schodziła inna warta, to coś wspominali, że magia siada. A po fachowca i tak nikt nie pośle. Koniec sesji
!BINGO B5 RE: [03/10/72] Przekleństwo biurokratycznego Molocha - Pan Losu - 09.05.2026 Walentynkowe Bingo adres pola: B5 wariant: 1 typ: zdarzenie Pociąg kołysze się jednostajnie, a ty wpatrujesz się krajobraz przesuwający się za oknem. Rozmowa ucichła już dawno, a jednostajny oddech twojego partnera utwierdzał cię w przekonaniu, że śpi. I nagle poczułeś ciężar – jego głowa opada na twoje ramię. Podobno bycie czyjąś poduszką jest największym zaszczytem. Poruszysz się, kiedy zdrętwieje ci ręka? |