01.05.2026, 10:36 ✶
Jak sobie życzysz… Życzyłaby sobie innego świata dla nich. Oboje doskonale poradziliby sobie w świecie, w którym nie istnieją normy i przepisy Ministerstwa. Nie potrzebowali tego bezpieczeństwa, które biurokraci obiecywali im w legislacjach i kontroli. Umieliby sami zadbać o siebie — tak wierzyła Helloise. Tymczasem społeczeństwo zorganizowało się wokół takich jak oni w opresyjny aparat państwowy, żeby mocnych przydusić i zmusić do grania w swoją grę. Pozwolenia, rejestrowanie transportów — czyż urzędnik lepiej wiedział od Rowle’a, jak Leviathan ma wykonywać swój fach?
Chciałaby więc świata, w którym oni oboje mogli zająć się tym, w czym byli dobrzy i nie mieć urzędnika, przed którym musieli się spowiadać ze swoich kroków. Helloise żyła namiastką tego, jak mogłaby wyglądać taka swoboda. Wystarczyło jednak, że wychyliła się o krok za daleko poza swoje królestwo… i wpadała bezradnie w łapy ministerialnych funkcjonariuszy.
Ona pierwsza zaczęła szukać w ciemności Leviathana, bo w tych konkretnych okolicznościach potrzebowała go bardziej niż on mógł potrzebować jej — bo w tym miejscu nie potrzebował jej wcale. Helloise z kolei nie znała ministerialnych procedur. Nie odnajdywała się w tym, czego chcieli od niej strażnicy, mimo że wszystko zostało jej wyjaśnione. Miejsce było kobiecie zupełnie wrogie, a Leviathan był pierwszą przyjazną rzeczą, jaką napotkała, odkąd przekroczyła próg.
Poddała się więc komfortowi trzymania go za rękę, odrzucając wcześniejsze wątpliwości co do realności jego osoby. Bo czy jakiś poltergeist umiałby mężczyznę tak dokładnie odtworzyć?
— Nie słuchają. Co mam robić? Nic mi już nie zostało — powiedziała ciężko, z pełnym ciężarem tej toczącej ją tęsknoty za kojącą pieśnią znajomych drzew i swoim dawnym życiem, która to tęsknota popchnęła ją tego ranka za granicę i kazała tu przyjść. — Nie zostaw mnie tu. — Odwzajemniła uścisk dłoni.
Być może nie poprosiłaby, gdyby miała ze sobą różdżkę. W tej sytuacji jednak — uwięziona pod ziemią, bez magii, bez wiedzy o Ministerstwie — nie miała wiele. Mogła pocieszać się wyłącznie chwytaniem myśli, że nie wyjdzie przeciwko tym ludziom sama.
Chciałaby więc świata, w którym oni oboje mogli zająć się tym, w czym byli dobrzy i nie mieć urzędnika, przed którym musieli się spowiadać ze swoich kroków. Helloise żyła namiastką tego, jak mogłaby wyglądać taka swoboda. Wystarczyło jednak, że wychyliła się o krok za daleko poza swoje królestwo… i wpadała bezradnie w łapy ministerialnych funkcjonariuszy.
Ona pierwsza zaczęła szukać w ciemności Leviathana, bo w tych konkretnych okolicznościach potrzebowała go bardziej niż on mógł potrzebować jej — bo w tym miejscu nie potrzebował jej wcale. Helloise z kolei nie znała ministerialnych procedur. Nie odnajdywała się w tym, czego chcieli od niej strażnicy, mimo że wszystko zostało jej wyjaśnione. Miejsce było kobiecie zupełnie wrogie, a Leviathan był pierwszą przyjazną rzeczą, jaką napotkała, odkąd przekroczyła próg.
Poddała się więc komfortowi trzymania go za rękę, odrzucając wcześniejsze wątpliwości co do realności jego osoby. Bo czy jakiś poltergeist umiałby mężczyznę tak dokładnie odtworzyć?
— Nie słuchają. Co mam robić? Nic mi już nie zostało — powiedziała ciężko, z pełnym ciężarem tej toczącej ją tęsknoty za kojącą pieśnią znajomych drzew i swoim dawnym życiem, która to tęsknota popchnęła ją tego ranka za granicę i kazała tu przyjść. — Nie zostaw mnie tu. — Odwzajemniła uścisk dłoni.
Być może nie poprosiłaby, gdyby miała ze sobą różdżkę. W tej sytuacji jednak — uwięziona pod ziemią, bez magii, bez wiedzy o Ministerstwie — nie miała wiele. Mogła pocieszać się wyłącznie chwytaniem myśli, że nie wyjdzie przeciwko tym ludziom sama.
dotknij trawy