27.04.2026, 18:40 ✶
Nocna pory na Dworze Nocy, była najpiękniejsza, a on sam często dbał, aby upiększać ją jeszcze bardziej. I nie było to znowu aż tak trudne. Wystarczyło na przykład, tak jak dzisiaj, wyciągnąć ładny koc, spakować kilka larytasów od najlepszych kucharzy i wybrać się na urokliwą poranę na piknik z równie urokliwą randką. Malachaila, bo tak nazywała się jego dzisiejsza towarzyszka, siedziała obok niego na kocy, ubrana w wymyślną suknię w gwiezdny wzór. Jonathan nie miał pojęcia, czy nawiąże się z tego wyjścia jakąś głębsza relacja, ale prawdę mówiąc na razie nie myślał o tym szczególnie, ciesząc się chwilą i toczącej uprzejmą pogawędkę ze swoją towarzyszką na temat najlepszych krawców w okolicy i jakości sprowadzanych przez nich tkanin.
– Tak masz rację, że rodzina Rosé ostatnio ma jakieś problemy. Wydaje mi się, że ich konflikty rodzinne niestety wpływają na to jak obecnie pracują nad strojami. Ostatnio zamówiłem u nich szatę, na której miały być leśne zwierzęta i co? I wyszyty przez nich wilk wyglądał jak skrzyżowanie psa z koniem, a nie jak to piękne zwierzę – mówił z ubolewaniem, bo szata o której wspominał miała być na jego własne urodziny. Malachaila roześmiała się na te słowa i już sama miała coś dodać, gdy nagle oboje usłyszeli dziwne odgłosy na prawo od siebie, a potem zza drzew wypadł...
Wilk. I to zdecydowanie nie taki jak z nieudanej scenerii na szacie, a prawdziwa, dzika bestia, toczącą pianę z pyska. Oboje zerwali się na równe nogi, a Jonathan szybko wyciągnął zdobiony sztylet, wolną ręką dając znać swojej towarzyszce, aby schowała się za nim.
– Spokojnie – powiedział, samemu zmuszając się do opanowania. – To chyba jakaś chora bestia. – Jego wzrok pobiegł do rany na ciele zwierzęcia i skrzywił się nieco. Chora, albo ranna i gotowa zaatakować każdego, aby tylko zemścić się na całym świecie za zadanie mu bólu. Strzała. Czy byli tu też jacyś łowcy? Ugh... Najchętniej spróbowałby pomóc rannemu zwierzęciu, ale wątpił, że tak zdziczały okaz da sobie w ogóle pomóc. – Spróbuj się powoli wycofać, a ja spróbuję go wypędzić. Jestem pewny, że to jakiś strachliwy okaz, który zaraz przestanie sprawiać nam problemy.
– Tak masz rację, że rodzina Rosé ostatnio ma jakieś problemy. Wydaje mi się, że ich konflikty rodzinne niestety wpływają na to jak obecnie pracują nad strojami. Ostatnio zamówiłem u nich szatę, na której miały być leśne zwierzęta i co? I wyszyty przez nich wilk wyglądał jak skrzyżowanie psa z koniem, a nie jak to piękne zwierzę – mówił z ubolewaniem, bo szata o której wspominał miała być na jego własne urodziny. Malachaila roześmiała się na te słowa i już sama miała coś dodać, gdy nagle oboje usłyszeli dziwne odgłosy na prawo od siebie, a potem zza drzew wypadł...
Wilk. I to zdecydowanie nie taki jak z nieudanej scenerii na szacie, a prawdziwa, dzika bestia, toczącą pianę z pyska. Oboje zerwali się na równe nogi, a Jonathan szybko wyciągnął zdobiony sztylet, wolną ręką dając znać swojej towarzyszce, aby schowała się za nim.
– Spokojnie – powiedział, samemu zmuszając się do opanowania. – To chyba jakaś chora bestia. – Jego wzrok pobiegł do rany na ciele zwierzęcia i skrzywił się nieco. Chora, albo ranna i gotowa zaatakować każdego, aby tylko zemścić się na całym świecie za zadanie mu bólu. Strzała. Czy byli tu też jacyś łowcy? Ugh... Najchętniej spróbowałby pomóc rannemu zwierzęciu, ale wątpił, że tak zdziczały okaz da sobie w ogóle pomóc. – Spróbuj się powoli wycofać, a ja spróbuję go wypędzić. Jestem pewny, że to jakiś strachliwy okaz, który zaraz przestanie sprawiać nam problemy.