• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B.

[1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#19
04.04.2026, 19:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.04.2026, 21:13 przez Benjy Fenwick.)  
Uśmiechnąłem się krótko, bardziej pod nosem niż do niej, kiedy tak lekko zbyła mój „brak talentu”, jakby to była kwestia decyzji, a nie konstrukcji. Przesunąłem palcem po szyjce butelki, zbierając skroploną wodę, po czym pstryknięciem palców posyłając ją jak najdalej w kierunku domniemanego jeziora. Cień między drzewami był gęstszy niż powinien przy takim słońcu, powietrze tam wyglądało ciężej, jakby stało w miejscu, nie ruszane wiatrem, którego tutaj, na łące, i tak prawie nie było.
„Przecież umiesz pisać.”
- To brzmi jak jeden z tych argumentów, które działają tylko wtedy, kiedy nikt się nad nimi nie zastanowi. - Przesunąłem spojrzenie gdzieś w bok, na linię trawy, która falowała lekko pod wpływem ledwo wyczuwalnego powiewu. - Oczywiście, że umiem pisać. Umiem też rysować, jeśli mnie zmusisz. I pewnie byłbym w stanie zagrać coś na pianinie, gdyby ktoś trzymał mi rękę na klawiaturze wystarczająco długo. - Wzruszyłem ramieniem, jakby to wszystko było równie bez znaczenia. - To nie znaczy, że ktokolwiek chciałby to oglądać. - Wzruszyłem ramionami.
Nie chodziło nawet o brak wiary w to, że mógłbym to zrobić dobrze, raczej o to, że nie widziałem powodu, dla którego miałbym cokolwiek z tego wynosić na zewnątrz - nie wszystko musiało być opowiedziane, nie wszystko zyskiwało na tym, że ktoś inny mógł to zobaczyć.
- Bestseller… - Powtórzyłem powoli, z cieniem rozbawienia, który nie próbował się nawet ukryć< obracając butelkę w dłoni. - Brzmi jak coś, co wymagałoby ode mnie udawania, że obchodzi mnie czyjaś opinia. - Krótka pauza. - To byłby dopiero eksperyment. - Kącik ust drgnął mi wyżej, ale nie dociągnąłem tego do pełnego uśmiechu, pozwalając, żeby zostało gdzieś pomiędzy zaczepką a czymś bardziej… Złożonym. To, w jaki sposób to wszystko określiła, brzmiało jak bardzo elegancki sposób na powiedzenie „twoją grupą docelową byliby ludzie, którym nie przeszkadza brak sensu estetycznego”, co jeszcze bardziej wzbudziło we mnie wesołość, nawet jeśli starałem się zachowywać powagę. „Raporty, antyinstrukcje i emocjonalnie puste autobiografie, dział trzeci, między księgowością a nekrologami” - pewnie tak by to należało skatalogować, co znacząco ograniczyłoby grono przypadkowych odbiorców.
- Doceniam wiarę w mój potencjał. Naprawdę. - Dodałem z lekką nutą ironii, która jednak nie była całkiem pusta. - Może faktycznie powinienem spróbować. Zrobić coś dla tej niedoreprezentowanej części społeczeństwa. Mogłabyś napisać przedmowę? Żeby to jednak miało jakąś wartość edukacyjną? - Spojrzałem na nią kątem oka, bez ukrywania zaczepki, ale również bez tego cienia kąśliwego grymasu, który pojawiał się u mnie zawsze wtedy, kiedy balansowaliśmy gdzieś pomiędzy wymianą zdań a czymś, co mogło się w każdej chwili w nią zamienić. Nie poprawiłem się, nie cofnąłem tego, co zasugerowałem, nawet jeśli było to oczywiście przesadzone - nie wydawało mi się, byśmy mogli po szkole współpracować w jakimkolwiek zakresie - nie chodziło o trafność, tylko o reakcję. Nie ciągnąłem tego dalej, nie było sensu rozbierać tego na części, skoro oboje wiedzieliśmy, że nie chodziło o samo pisanie, tylko o to, jak patrzyliśmy na świat - ona z przekonaniem, że wszystko dało się ułożyć, przekształcić, naprawić… Ja raczej z przyzwyczajeniem do tego, że rzeczy po prostu działały tak, jak działają, niezależnie od tego, czy komuś się to podobało.
Zerknąłem na nią kątem oka, sprawdzając, czy w ogóle jeszcze mnie słuchała, czy już zdążyła rozebrać to zdanie na czynniki pierwsze i uznać, że przesadzałem - wbrew pozorom, nie miałbym z tym drugim problemu - zwykle przesadzałem, tylko że rzadko się myliłem, a Prudence z pewnością potrafiła tworzyć bardziej naukowo rzetelne treści literackie.
Nie wszedłem jej w słowo, kiedy mówiła o tej „innej drodze”, o upartości, o tym, że sukces smakuje lepiej, kiedy się na niego pracuje - oparłem się ciężej na dłoni, pozwalając, żeby słońce uderzyło mnie prosto w twarz, oczy przymknęły mi się lekko, ale nie odwróciłem głowy - słuchałem, kręcąc lekko butelką w dłoni, obserwując sposób, w jaki światło rozbijało się na powierzchni, jakby to było coś bardziej zajmującego niż sama rozmowa… A nie było, tylko łatwiej było udawać, że tak jest…
- Jasne. Możliwe. - Przyznałem bez większego oporu, uśmiech, który pojawił się na moich ustach, nie był ani szeroki, ani szczególnie uprzejmy. - Albo tylko dłużej czekasz na coś, co ktoś inny bierze od ręki. - Nie brzmiało to jak podważanie jej wiary, raczej jak sucha obserwacja, której nie miałem potrzeby ozdabiać. - Ludzie bardzo lubią sobie wmawiać, że coś smakuje lepiej, kiedy było trudniejsze. - Przesunąłem dłonią po trawie, czując pod palcami tę różnicę między suchą powierzchnią a chłodem pod spodem. - Czasem to po prostu zmęczenie, które mylisz z satysfakcją. Uczysz się ignorować to, ile naprawdę zapłaciłaś, żeby móc dalej iść. - To była różnica, którą zawsze podkreślałem - wbrew przekonaniom ludzi, wcale nie dlatego, że chciałem się wyróżnić - po prostu nie widziałem sensu w udawaniu, że gra toczyła się na równych zasadach. Nie próbowałem jej tego odbierać, bardziej… Korygowałem, względnie delikatnie, na tyle, na ile w ogóle było to w moim repertuarze. Było w tym zresztą coś dziwnego - w tym, że nie miałem potrzeby podważania wszystkiego, co mówiła - jeszcze jakiś czas temu zrobiłbym to odruchowo, tylko po to, żeby sprawdzić, jak daleko się posunie w obronie własnych założeń. Teraz… Nie wydawało mi się to warte wysiłku. Przesunąłem palcami po trawie obok siebie, zgniatając kilka źdźbeł między opuszkami, czując, jak pękają z cichym trzaskiem. Nie patrzyłem na nią przez moment, tylko przed siebie, na tę samą linię łąki, która zaczynała wyglądać niemal identycznie w każdym kierunku, jakby wszystko wokół było powtarzalne, przewidywalne… I tylko my próbowaliśmy robić z tego coś więcej, niż było. Na jej „furtkę” skinąłem tylko głową, jakby to było coś oczywistego, ale kiedy przeszła do planów, uniosłem lekko brew, a kącik ust drgnął mi wyżej - na jej „zawsze mam plan” uśmiechnąłem się już wyraźniej, bardziej szczerze - to zdanie było czymś znajomym, czymś, co już kiedyś słyszałem, i co zawsze działało na mnie w ten sam sposób - uniosłem obie brwi, tym razem mniej poważnie, a wyraz, który pojawił się na moich ustach, był już zdecydowanie bardziej swobodny.
- Fakt. Jestem prawie pewien, że masz plan nawet na to, że nie masz planu. - Zerknąłem na nią z boku. - Jeśli kiedykolwiek powiesz mi, że coś robisz „po prostu”, bez planu… - Pokręciłem lekko głową. - Uznam to za znak, że coś jest bardzo nie tak. - Nie ciągnąłem dalej, bo to nie był temat, który naprawdę mnie interesował, bardziej pretekst do tego, żeby zobaczyć, jak zareaguje - zawsze była dobra w takich drobnych przepychankach - nie szła wprost, nie szarżowała, raczej rozkładała wszystko na czynniki pierwsze i zostawiała cię z tym, co sam sobie dopowiedziałeś.
-Och, wiem. - Rzuciłem lekko. - To jest właśnie najbardziej niepokojące. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się przez chwilę, próbując ocenić, na ile mówiła poważnie, a na ile tylko podtrzymywała swoją własną narrację. Była uparta, to było oczywiste, i nawet jeśli nie zgadzałem się z połową jej założeń, to nie zamierzałem udawać, że nie widziałem, dokąd ją to mogło zaprowadzić. - Jeśli ktokolwiek miałby to zrobić, to rzeczywiście ty. - Przyznałem. - Stworzyłabyś cały schemat, kilka wariantów, margines błędu… - Zawiesiłem głos na moment. - A potem i tak coś poszłoby nie tak i musiałabyś improwizować. - Uśmiech na mojej twarzy zrobił się odrobinę bardziej wyraźny. - I to byłaby najlepsza część. Świat nie zniesie wersji ciebie, która kontroluje też przypadek. - Nie powiedziałem tego złośliwie.
Cisza, która między nami zapadła, była… Łatwa. Nie wymagała wypełniania, nie ciążyła, nie domagała się komentarza…
Odpowiedź o „polegnięciu” sprawiła, że spojrzałem na nią dłużej, niż planowałem. Coś w tym było… To było coś znajomego, coś, co nie pasowało do tej uporządkowanej wersji Prudence, którą tak konsekwentnie budowała.
- To trochę psuje mój obraz ciebie, wiesz? - Mruknąłem. - Byłaś dużo bardziej przewidywalna pięć minut temu. Musiałbym to zobaczyć na własne oczy, żeby uwierzyć. - To było pół żartem, pół serio, chyba oboje o tym wiedzieliśmy.
A potem powiedziała o szkodzeniu pojęciu spontaniczności… Nie od razu zareagowałem, najpierw zmarszczyłem czoło, patrząc w dal, jakbym próbował zdecydować, czy to była kolejna zaczepka, czy coś, co powiedziała bez zastanowienia - problem polegał na tym, że znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że jedno nie wykluczało drugiego - ostatecznie wzruszyłem ramionami.
- Czasem nie jest. - Przyznałem na tezę o zmienności. - Czasem jest po prostu… Inne i tyle. - Obróciłem butelkę w dłoni jeszcze raz. - I ludzie próbują dorobić do tego sens, żeby nie wyszło, że coś stracili.
Niektórzy tylko bardzo lubili udawać, że to, co inne, jest równie dobre, żeby nie przyznać, że coś nie poszło po ich myśli - to była taka… Wygodna wersja rzeczywistości.
Kiedy powiedziała, że jeśli się postaram, to nic nie popsuję, uniosłem lekko brew i spojrzałem na nią z czymś, co było blisko rozbawienia, ale nie do końca nim było.
- Masz o mnie bardzo selektywną opinię, Bletchley. - Zauważyłem, bez tej ostrości, którą zwykle wkładałem w podobne zdania.
Obserwowałem ją przez moment, kiedy piła, ten sposób, w jaki próbowała przyzwyczaić się do smaku, i nie powstrzymałem lekkiego rozbawienia.
- Wiesz, że możesz po prostu przyznać, że ci nie smakuje? - Rzuciłem. - To nie test charakteru ani obowiązkowe doświadczenie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy wspomniała, że dzień jest „w porządku”.
- „W porządku” to dużo, jak na nasze standardy. - Stwierdziłem, nie oderwałem od niej spojrzenia przez kilka sekund dłużej, niż było to konieczne. - Ja to mam dziś szczęście. - Rzuciłem bez zastanowienia. - Trafiłem na moment, kiedy nie masz ochoty mnie zamordować. Nie przesadzajmy, bo jeszcze ktoś pomyśli, że potrafimy funkcjonować normalnie. - Uniosłem brew, wyraźnie, bez próby ukrycia reakcji, spojrzenie przesunęło mi się po jej twarzy, sprawdzając, czy mówiła poważnie, czy to była tylko kolejna zaczepka, kącik ust drgnął mi minimalnie, ale w moim spojrzeniu pojawiło się coś ostrzejszego, bardziej uważnego.
Nie czekałem na odpowiedź długo, bo zaraz potem rozmowa skręciła w coś, co przyciągnęło moją uwagę znacznie bardziej - jej spojrzenie poczułem zanim na nie odpowiedziałem - wiedziałem, kiedy mnie obserwowała, zawsze wiedziałem, odwróciłem głowę minimalnie, żeby ją złapać na tym wprost, bez tej gry w półspojrzenia. Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, unosząc brwi, kiedy zmrużyła oczy, jakby naprawdę próbowała to rozgryźć - było w tym coś znajomego, coś, co pamiętałem aż za dobrze - to był ten moment, kiedy zaczynała analizować coś do granic sensu, tylko dlatego, że nie lubiła zostawiać rzeczy bez odpowiedzi.
- Wiem dokładnie, jak to działa. - Odparłem, tym razem mierząc ją spojrzeniem. - Dlatego mówię, że jestem fair na tyle, na ile się da. - Podkreśliłem to odrobinę mocniej, mając pewność, iż wiedziała, że różni ludzie mieli różne definicje tego „da”, ale to, co powiedziała chwilę później—
Zatrzymałem się - dosłownie - ruch dłoni, który miał być kolejnym, automatycznym gestem, zatrzymał się w połowie, a spojrzenie wróciło do niej szybciej, niż powinno… Kiedy padło to zdanie - to, że mogłaby pójść ze mną tylko po to, żeby udowodnić mi, że się mylę - coś się we mnie faktycznie zatrzymało…
Na moment…
Naprawdę na moment…
Spojrzałem na nią już nie kątem oka, tylko wprost, uważniej, jakbym próbował ocenić, czy to zaczepka, czy deklaracja.
- Mówisz poważnie. - Stwierdziłem, nie pytając, kącik ust drgnął mi minimalnie, ale w moim spojrzeniu pojawiło się coś innego - coś bliżej zainteresowania niż rozbawienia. - A to ci… Nowość. Pójdziesz ze mną w las tylko dlatego, że powiedziałem, że tego nie zrobisz. - Dodałem i przez chwilę nic nie więcej mówiłem, tylko patrzyłem na tę linię drzew, jakby nagle przestała być tłem, a zaczęła być czymś, co wymagało podjęcia konkretnych decyzji.
- Musi być ciężko być najmądrzejszą osobą w większości rozmów. - Rzuciłem sucho, nie brzmiało to przekonująco, ale rzeczywiście - to by było zbyt proste, gdyby ktoś mógł jej czymś zaimponować bez ryzyka kompromitacji. - Tragiczny los. Naprawdę ci współczuję. - Mruknąłem, ale w moim spojrzeniu pojawiło się coś bardziej skupionego, jakby to, co powiedziała, było ważniejsze, niż chciałem pokazać.
Na wspomnienie Vane’a, które jako pierwsze padło zresztą z moich własnych, parszywych ust - nie lubiłem gnoja kręcącego się w okolicy, jakby sobie na to zasłużył - i na odpowiedź Prue, przewróciłem lekko oczami, ale jej reakcja była wystarczająca, żeby kącik ust znów mi drgnął.
- Przyznaję, to był strzał trochę na oślep. Szokujące. - Uniosłem lekko dłonie w geście kapitulacji. - Ale musisz przyznać, że brzmi jak ktoś, kto powinien cię zachwycać. - Mój ton był lekki, ale coś w nim sugerowało, że nie była to dla mnie aż tak wielka niespodzianka, jak udawałem. - Nie ten, który mówi pełnymi zdaniami nawet wtedy, kiedy nie trzeba, cytuje rzeczy, o które nikt go nie prosił, i wygląda, jakby każdą sekundę swojego życia traktował jak przygotowanie do wystąpienia publicznego? - Parsknąłem cicho, przeciągając spojrzeniem po jej twarzy, jakby właśnie powiedziała coś wyjątkowo zabawnego, a nie tylko przewróciła oczami na mój - wcale nieprzypadkowy - wybór nazwiska. - Liczyłem, że przynajmniej spróbujesz udawać, że to twój typ. Dla konsekwencji. Biedny frajer. - Nie było w tym współczucia, to było raczej coś pomiędzy rozbawieniem a czymś ostrzejszym, co tylko na chwilę przebiło się przez mój ton. - Chociaż może powinienem mu pogratulować odwagi. Niewielu ma ochotę tak świadomie wchodzić pod pociąg...
Przesunąłem spojrzenie po niej, powoli, bez pośpiechu.
- Oświecisz mnie? - Nie było to pytanie zadane niewinnie.
Jej pewność, kiedy mówiła o samowystarczalności, była znajoma, więc przez chwilę tylko patrzyłem na nią w ciszy, jakbym coś w tym porównywał z własnymi wnioskami, zanim wzruszyłem lekko ramionami.
Za to kiedy przeszliśmy do „połowicznego dramatyzmu”, od razu pokręciłem głową.
- Nie. - Powiedziałem bez wahania. - „Połowiczny dramatyzm” to oksymoron. - Uniosłem lekko dłoń, machając nią w powietrzu, wpierw w prawo, potem w lewo. - Albo jesteś dramatyczna, albo nie jesteś. Nie możesz być „połowicznie dramatyczna”. - Spojrzałem na nią, pozwoliłem sobie na krótką pauzę, podczas której mój kącik ust znów drgnął. - Ale mogę być łaskawy, jestem skłonny negocjować. - Dodałem. - Ograniczysz swoje statystyki do minimum, ja ograniczę swoją „większość” do… - Zawahałem się celowo, przeciągając moment. - Trzech czwartych. - Przechyliłem głowę. - To uczciwe. Bierz albo zostaw, ale nie mów, że nie potrafię iść na kompromisy. - Nie było w tym złośliwości, raczej coś bliżej… Przyzwyczajenia… Do niej, do tego, że zawsze miała odpowiedź, zawsze potrafiła obrócić temat tak, żeby brzmiał rozsądnie - nawet jeśli w moim świecie rozsądek wyglądał trochę inaczej. Nie było to ani trochę uczciwe rozwiązanie z mojej strony, oboje o tym wiedzieliśmy, ale właśnie w tym tkwił cały urok tej dyskusji.
Przez chwilę patrzyłem na nią w ciszy, zanim sięgnąłem po kapelusz i założyłem go na jej głowę, po czym jeszcze raz uniosłem rękę i bez większego namysłu poprawiłem lekko rondo kapelusza na głowie Prue, przesuwając je tak, żeby cień lepiej padał na jej twarz. Moje palce na ułamek sekundy zahaczyły o ciemne włosy dziewczyny, ale cofnąłem je od razu.
- Słoneczko… - Odparłem, niemal odruchowo, z tą lekką nutą czegoś, co brzmiało zbyt miękko, by było po prostu zaczepką. - Twój czerwony nos psuje mi estetykę dnia. - Przekrzywiłem głowę. - Więc to jednak trochę mój problem. Nie mam ochoty patrzeć, jak wracasz z czerwoną twarzą i udajesz, że to część twojej strategii. - Cofnąłem się z powrotem, opierając się na dłoniach, jakby to nic nie znaczyło, ale spojrzenie znów uciekło mi w stronę lasu.
- To jak? - Rzuciłem po chwili, bez patrzenia na nią. - Udowadniasz mi to teraz - krótka pauza. - idziesz ze mną w te krzaki, żeby coś udowodnić, czy tylko lubisz rzucać ryzykowne deklaracje bez pokrycia?

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (10932), Prudence Fenwick (7378)




Wiadomości w tym wątku
[1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 18.03.2026, 01:28
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 18.03.2026, 11:26
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 18.03.2026, 13:28
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 19.03.2026, 23:38
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 20.03.2026, 16:24
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 20.03.2026, 22:41
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 21.03.2026, 21:58
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 23.03.2026, 10:59
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 23.03.2026, 18:02
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 23.03.2026, 21:12
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 24.03.2026, 13:59
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 25.03.2026, 11:10
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 25.03.2026, 14:05
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 25.03.2026, 15:28
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 25.03.2026, 17:49
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 25.03.2026, 22:34
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 26.03.2026, 21:05
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 27.03.2026, 19:10
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 04.04.2026, 19:59

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa