![]() |
|
[1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116) +---- Wątek: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. (/showthread.php?tid=5866) Strony:
1
2
|
[1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Benjy Fenwick - 18.03.2026 Leżałem na plecach w wysokiej trawie, z rękami założonymi pod głową, i patrzyłem, jak niebo rozlewa się nade mną w odrobinę zbyt czystym odcieniu błękitu, żeby komukolwiek przyszło do głowy nazwać to „typowym angielskim lipcem”, ale może wcale nie byłem w Anglii. Lato miało tu smak ciepłego powietrza i czegoś słodkiego, co osiadało na języku przy każdym wdechu - może kwiatów, może owoców, które dojrzewały gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku. Gdzieś obok musiała być woda, bo okazjonalnie wiejący wiaterek niósł ten specyficzny chłód, który pojawiał się przy jeziorach albo rzekach, czułem go na odsłoniętych przedramionach - delikatny kontrast dla słońca, ulga w skwarze, idealna równowaga. Zapach wilgoci mieszał się z ciepłem ziemi, tworząc coś znajomego, coś, co kojarzyło mi się z wakacjami spędzanymi z dala od domu, od ścian z kamienia, od wiecznego przeciągu w korytarzach posiadłości w Little Hangleton i od naszych typowych letnich rezydencji, w których trawnik był zawsze starannie przystrzyżony. Nie ruszałem się, nie sprawdzałem okolicy, nie skanowałem otoczenia sokolim wzrokiem, nie było, po co - świat, jakimś cudem, nie domagał się ode mnie niczego, nic się nie działo, nikt niczego ode mnie nie chciał, los na chwilę przestał mnie sprawdzać. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio było tak… Spokojnie. Bez planu, bez czyjejś obecności nad głową, bez tej ciągłej gotowości, żeby coś udowodnić, coś odkręcić albo kogoś wyprowadzić z równowagi. Tutaj niczego nie musiałem, nawet myśleć, tu nie było zimnych murów, nie było spojrzeń, nie było zasad, które trzeba było naginać tylko po to, żeby nie zwariować. Przymknąłem oczy tylko na chwilę, bardziej z przyzwyczajenia niż zmęczenia, i przeciągnąłem się leniwie, czując materiał cienkiej, bawełnianej koszuli przyklejający mi się do rozgrzanej skóry. Jedną nogę miałem niedbale zgiętą w kolanie, drugą wyciągniętą, buty porzucone gdzieś obok, bo uznałem, że nie są mi do niczego potrzebne - i tak nigdzie mi się nie spieszyło - było przyjemnie, zbyt przyjemnie, pewnie, za sielsko, ale nie na tyle, żeby zawracać sobie tym myśli. Kapelusz zsunął mi się lekko na oczy, więc poprawiłem go dwoma palcami, nie podnosząc nawet głowy o cal. Cień od ronda przeciął mi twarz na pół, a świat zrobił się przyjemnie przytłumiony, ale nie całkowicie zasłonięty, nadal widziałem jasność pod powiekami. Przesunąłem językiem po źdźble trawy, które wetknąłem sobie między zęby, smakowało świeżo, lekko gorzko, zupełnie jak powinno, nie było w tym miejscu nic szczególnego, gdyby ktoś zapytał - ot, kawałek łąki, kilka drzew, słońce i cisza, a jednak wszystko było dokładnie takie, jak powinno… Gdzieś daleko coś zaszeleściło, może wiatr, może jakieś zwierzę, ale nie otworzyłem oczu, nie było powodu, nic tu nie wymagało mojej uwagi. Gdybym się uparł, pewnie znalazłbym w tym coś podejrzanego, zawsze znajdowałem, ale jeśli coś działało, nie widziałem potrzeby, żeby to analizować - to była jedna z niewielu zasad, których postanowiłem się trzymać bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Przez chwilę, jedną z tych rzadkich, cholernie rzadkich chwil, nie zastanawiałem się nad niczym. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Prudence Fenwick - 18.03.2026 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Powoli szła przed siebie. Nie do końca wiedziała dokąd zmierza i w jakim celu, jednak był to całkiem przyjemny spacer. Być może kilka owadów znalazło się zbyt blisko jej twarzy, ale jeszcze nie zaczęło jej to przeszkadzać - póki co żaden nie podleciał zbyt blisko. Słońce prażyło, był to wyjątkowo ciepły dzień nawet jak na lato, dobrze było jednak czasem poczuć zupełnie inny klimat. Jej ciało było zaczerwienione, ostatnie kilka dni spowodowało, że zaczęła nabierać kolorów, a na skórze pojawiały się drobne piegi. Oby ta sielanka trwała jak najdłużej. Sukienka, którą miała na sobie była trochę zbyt długa, ale lekka, dzięki czemu nie odczuwała, aż tak temperatury, a ta była wyjątkowo wysoka. Drzewa między którymi się znalazła przynosiły przyjemne ochłodzenie, chociaż na chwilę mogła się między nimi schować przed słońcem. Lubiła takie dni, kiedy nie musiała się na niczym skupiać, mogła iść przed siebie bez żadnego planu, po prostu się wyciszyć i skorzystać z tego, co oferował świat. Niezbyt często pozwalała sobie na podobne spacery, w zasadzie to nie była największą fanką pieszych wędrówek, ale to miał być tylko i wyłącznie krótki spacer, nic więcej. Korona drzewa się poruszyła, a w jej kierunku wyskoczyła wiewiórka, to chyba była wiewiórka? Spowodowało to, że postanowiła jak najszybciej się stąd oddalić, kto wie, kto lub co jeszcze mieszkało w okolicy. Dość szybko ruszyła przed siebie, tak właściwie to wybiegła spomiędzy tych kilku drzew, jakby tak naprawdę były wielkim zagajnikiem - po prostu nie chciała się natknąć na coś z czym nie mogłaby sobie poradzić. To miał być miły i spokojny spacer, lepiej zapobiegać, niż radzić sobie z zupełnie niepotrzebnymi interakcjami, to było jej podejście. Wybiegła na polanę, nachyliła się, aby złapać głębszy oddech, nie była szczególnie aktywną osobą, więc ta krótka przebieżka dała jej się we znaki. Chwilę zajęło jej doprowadzenie się do porządku, i uspokojenie swoich płuc, które nie przywykły do wysiłku. Gdy w końcu udało jej się to zrobić uniosła wzrok, rozejrzała się po okolicy, była całkiem malownicza, tylko, że w oddali dostrzegła sylwetkę. Ktoś leżał sobie na trawie, nie miała pojęcia, czy ją usłyszał, czy nie. Oby nie - wolałaby nie zostać przyłapana na obserwacji kogoś obcego, nie wiedziała bowiem z tak daleka, czy to może być ktoś znajomy, raczej nie powinien być znajomy, bo nie miała zbyt wielu znajomych, a znajdowała się... sama nie do końca wiedziała, gdzie się znajdowała. Postanowiła jednak unieść wysoko głowę, jakby wcale nie była intruzem, tylko doskonale znała powód swojej wizyty w tym miejscu, dostrzegła kilka stokrotek, które rosły w trawie i nie mogła powstrzymać się przed tym, aby je zerwać, nachyliła się więc, aby to zrobić. W jej dłoni znalazło się kilka kwiatów, postanowiła kontynuować spacer, jednak trzymając się w odpowiedniej odległości od osobnika, którego zdążyła zauważyć. RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Benjy Fenwick - 18.03.2026 Kącik ust drgnął mi lekko, bardziej z przyzwyczajenia niż z konkretnego powodu. Gdyby ktoś mnie teraz zobaczył, pewnie uznałby, że wyglądam jak idiota - rozwalony w trawie, z kapeluszem na pół twarzy i źdźbłem w ustach, jak jakiś bohater taniej opowieści o beztroskim lecie - nie obchodziło mnie to. Przesunąłem językiem po wnętrzu policzka, pozbywając się resztek smaku taniego sikacza ze szklanej butelki, którego przed chwilą piłem, i poprawiłem kapelusz jeszcze raz, minimalnie, bardziej dla samego ruchu niż potrzeby. Słońce wciąż grzało równo, bez litości, niczym gigantyczny reflektor zawieszony na idealnie bezchmurnym niebie, ale nakrycie głowy robiło swoje, nawet jeśli wyglądało trochę tandetnie, odrobinę za bardzo w stylu dzikiego zachodu, nie angielskiej wsi - odcinało świat do wąskiego pasa ciepła i światła na mojej twarzy, który nie wymagał ode mnie żadnej reakcji, poza okazjonalnym poprawianiem ronda odrobinę wyżej lub niżej. Przesunąłem źdźbło trawy z jednego kącika ust w drugi, przygryzając je lekko, aż puściło więcej tego gorzkawego smaku, westchnąłem cicho i rozciągnąłem się w próbie znalezienia wygodniejszej pozycji, później jeszcze raz, tym razem bardziej leniwie, bez tej zwykłej potrzeby, żeby coś w tym ruchu udowodnić - nie potrzebowałem zaznaczać dominacji nad przestrzenią, skoro byłem tu sam i nie wyglądało na to, by to mogło ulec zmianie, a jak już coś, to przecież byłem tu pierwszy - moje ciało odpowiadało bez oporu, bez sztywności, jakby ktoś wyciągnął ze mnie wszystkie napięcia, które zwykle siedziały gdzieś między łopatkami i pod żebrami. Dziwne… Ale przyjemne. Opuściłem rękę z powrotem na trawę i zacząłem przesuwać palcami po jej powierzchni, zgarniając pojedyncze źdźbła, łamiąc je bez większego zastanowienia, to samo powtarzając z okazjonalnymi, bardziej giętkimi łodygami łąkowych ziół i kwiatów. Robiłem to mechanicznie, z tym samym brakiem celu, który wisiał dziś nad wszystkim, chociaż w pewnym sensie nawet to miało sens - bezsensowność, jako jedyna rzecz, która nie wymagała uzasadnienia, nagle stawała się całkiem bezsensownie sensowna. Nie otworzyłem oczu, kiedy coś zaszeleściło gdzieś dalej, na granicy tego przyjemnego półsnu i zwykłej świadomości, zarejestrowałem to tylko gdzieś z tyłu głowy, jak drobne zakłócenie w idealnym obrazie, które nie było na tyle istotne, żeby się nim przejmować. Słyszałem to w ziemi, w tej ledwo wyczuwalnej wibracji, która przechodziła przez łopatki i rozlewała się gdzieś przy kręgosłupie. Nie podniosłem nawet podbródka, nie zacząłem się rozglądać, nie zrobiłem żadnego gwałtowniejszego ruchu, odnotowałem to wyłącznie gdzieś na obrzeżach uwagi i równie szybko zignorowałem, uznając, że jeśli coś tam było, niech sobie będzie - świat nie kręcił się wokół mnie aż tak bardzo, żeby wszystko musiało się przede mną meldować. Jeżeli to było zwierzę, niech sobie biegnie, nie ruszałem się, więc raczej nie zamierzało mnie zaatakować. Jeśli człowiek… Tym bardziej nie widziałem powodu, żeby się interesować, wolałem pozostać całkowicie niewzruszony - nie przyszedłem tu dla spotkań towarzyskich, nie myślałem o domu, o Hogwarcie, o ludziach, o tym, co było przedtem albo co będzie potem - to było rzadkie i podejrzanie wygodne, ale nie miałem najmniejszego zamiaru tego rozbierać na części, w końcu jeżeli coś działało, nie trzeba było tego psuć analizą. Cokolwiek tam było, nie było pilne, a ja nie miałem zwyczaju reagować na rzeczy, które nie wymagały mojej uwagi natychmiast. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Prudence Fenwick - 19.03.2026 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Nie stała w miejscu. Gdy znalazła się na polanie, łące? Nie do końca umiała to określić, ruszyła przed siebie. To miejsce nie przypominało żadnego z tych, w którychkolwiek się znajdowała. Być może miała szczęście, że tutaj trafiła, mogła podziwiać zupełnie nową okolicę, klimaty wydawał się też być nieco inny od tego brytyjskiego, a może jej się wydawało? Mogło tak być, ostatnie kilka dni rozpieszczało pogodą. Czuła, że dotyk źdźbeł coraz wyższej trawy stawał się mniej przyjemne. Z początku delikatnie ją łaskotały, teraz zaczynały kuć w gołe nogi. Skrzywiła się nieco, ale nadal brnęła przed siebie. Nie, żeby miała jakiś cel, ale czuła, że chce iść dalej. Miała wrażenie, że gdzieś, zupełnie niedaleko znajduje się jakieś jezioro, być może rzeka? Czuła w powietrzu ten specyficzny zapach, który niósł ze sobą wiatr, kiedy jakiś zbiornik wodny znajdował się w pobliżu. Udawała, że nie widzi osoby, którą wcześniej dostrzegła. Tak było prościej, czyż nie? Wcale przecież nie musiała zauważyć kogoś kto leżał gdzieś w trawie, mimo, że miała nie najgorsze miejsce do obserwacji. Nie chciała zostać uznana za intruza, przeszkodzić w wypoczynku, wiedziała, że każdy czasem lubił samotność. To, że wybrał takie miejsce wydawało się mówić samo za siebie. Właśnie dlatego szła dalej, jak gdyby nigdy nic. Niestety, kiedy postawiła kolejny krok, jej stopa nie do końca poprawnie przystanęła na ziemi, powierzchnia była nierówna, niewiele brakowało do tego, aby się wywróciła i wylądowała twarzą na trawie. Udało jej się tego uniknąć, jednak nie do końca ufała tej części łąki, musiała nieco zmienić swój plan. Ścisnęła mocniej w dłoni te kilka stokrotek, jak nic miały bardzo szybko dokonać swojego żywota przez ten bardzo intensywny uścisk, postanowiła mimo wszystko schować je sobie za ucho, były całkiem urocze, a ten dzień był uroczy i lekki, więc idealnie do niego pasowały. Chcąc nie chcąc na jej drodze znalazła się osoba, która wylegiwała się na łące, starała się iść powoli i cicho, jednak trzeba było być głuchym, aby nie zauważyć obecności kolejnej osoby na tej pustej łące, spodziewała się tego, że nie będzie to zignorowane. Jakby nigdy nic przeszła tuż obok typa, bo kiedy znalazła się bliżej miała już pewność, że to był typ, leżał sobie na trawie i nie robił nic. - Ups. - Powiedziała cicho, raczej do siebie, niż do niego, kiedy niemalże stanęła na jego dłoni. Nie trafiła stopą tam gdzie chciała, ta wysoka trawa była cholernie zdradliwa. No nic, nie chciała teraz się odwracać, wygodniej byłoby jej go po prostu minąć, chciała dotrzeć do jeziora, czuła podskórnie, że na końcu jej drogi dzisiaj miało znaleźć się jezioro, jeśli byłoby inaczej na pewno okropnie by się rozczarowała. Nie miała pewności, czy tam dotrze, jak widać poruszanie się po łące nie należało do najprostszych, ale musiała spróbować. RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Benjy Fenwick - 20.03.2026 Najpierw był dźwięk, nie słowa - jeszcze nie - tylko ten specyficzny, nierówny rytm szurania w trawie, który nie pasował do niczego, co słyszałem wcześniej, ani do trzaskania gałęzi w pobliskim lesie, ani do wycia wiatru pomiędzy łodygami roślin albo koronami drzew. Przez chwilę tylko słuchałem tych odgłosów, które próbowały być ciche i przez to stały się jeszcze bardziej wyraźne, ich ciężar był nierówny, ostrożny, jakby ktoś starał się go kontrolować i jednocześnie nie do końca wiedział, gdzie dokładnie stawiać kroki - był za ciężki jak na zwierzę, za ostrożny jak na kogoś, kto w swoim mniemaniu miał pełne prawo się tu panoszyć - słyszane przeze mnie kroki nie brzmiały zbyt pewnie, może dlatego nie poczułem potrzeby natychmiastowej reakcji. Zostawiłem kapelusz tam, gdzie był, by nadal zasłaniał mi oczy, ale teraz już nie chodziło o światło, tylko o to, że powietrze zmieniło się odrobinę, jak zawsze, kiedy ktoś wchodził w przestrzeń, którą wcześniej miałem tylko dla siebie, więc miałem dwa wyjścia - albo od razu skonfrontować się z intruzem, albo udawać, że go nie widziałem i czekać na jakiś ruch z jego strony. Oczywiście, wybrałem drugą opcję, licząc na to, że obejdzie się bez interakcji. Dopiero kiedy cień tej osoby przesunął się gdzieś na granicy światła przebijającego przez rondo kapelusza i moje powieki, drgnąłem minimalnie, bardziej odruchowo niż świadomie, przesunąłem językiem po zębach, pozbywając się resztek źdźbła, i już miałem unieść rękę, żeby poprawić kapelusz, kiedy— Prawie… Powietrze przy mojej dłoni poruszyło się gwałtowniej, a zaraz potem usłyszałem ciche „ups”, tak blisko, że nie miało prawa należeć do kogoś, kto nie znajdował się tuż obok i nie zrobił czegoś, co nie wymuszało naszej niechybnej interakcji. „Ups” - tak, prawie parsknąłem - ten dźwięk był cichy, rzucony gdzieś obok mnie, jakby nie był przeznaczony dla mnie, co samo w sobie było na tyle bezczelne, że aż godne szacunku. Kącik ust drgnął mi lekko, zanim zdążyłem to powstrzymać, dopiero wtedy poruszyłem dłonią, lekko przebierając palcami po ziemi, ale nie cofając ich gwałtownie. - Serio… - Mruknąłem, nie podnosząc głosu, lecz wystarczająco wyraźnie, żeby przeszkadzająca mi osoba nie miała wątpliwości, że jednak została przyłapana na istnieniu. Trawa zaszeleściła ostrzej, wyraźniej, a ja w końcu uniosłem powieki, powoli, bez pośpiechu, jakbym robił komuś łaskę samym faktem, że postanowiłem sprawdzić, co się dzieje. Uniosłem się na łokciu, powoli, przeciągając ten ruch bardziej niż było to konieczne, kapelusz zsunął się odrobinę, więc poprawiłem go jednym palcem, zanim spojrzałem w jej stronę już bez żadnych przeszkód. Mój wzrok zatrzymał się na niej, przesuwając się od stóp w górę, z tą samą bezczelną dokładnością, z jaką zawsze patrzyłem na rzeczy, które znałem aż za dobrze, żeby udawać, że są mi obojętne. Nogi, sukienka, końce włosów, czubek nosa, oczy… Brązowe oczy… Prue… Oczywiście, że to była ona, Prudence Bletchley, nawet nie chodziło o sylwetkę, chociaż tę też bym rozpoznał bez problemu, tylko o całą resztę - o to absurdalne połączenie ostrożności i braku koordynacji, o to, jak próbowała wtopić się w tło, będąc jednocześnie najbardziej rzucającym się w oczy elementem tej całej sielanki… - Serio? - Powtórzyłem ciszej, tym razem autentycznie, z lekkim niedowierzaniem, które wdarło się do głosu, zanim zdążyłem je zatrzymać. - Ze wszystkich miejsc… - Nie dokończyłem, nie było sensu, i tak wiedziała. Przesunąłem spojrzeniem po jej sylwetce jeszcze raz, ponownie bez pośpiechu, z tą bezczelną swobodą, na którą zwykle sobie pozwalałem w chwilach wewnętrznego dyskomfortu, zatrzymałem się na moment na stokrotkach, które zdążyły znaleźć swoje miejsce, i uśmiechnąłem się pod nosem, kręcąc głową. Źdźbło przesunęło mi się między zębami, kiedy uniosłem lekko brodę i przekręciłem się bardziej na bok, opierając ciężar ciała na przedramieniu, drugą rękę zostawiając niedbale w trawie, dokładnie tam, gdzie przed chwilą prawie została rozdeptana. Nie wyglądałem, jakbym zamierzał ją zatrzymywać, ale też nie wyglądałem, jakbym miał zamiar to po prostu odpuścić - przekrzywiłem głowę minimalnie, obserwując ją spod przymrużonych powiek, bez cienia pośpiechu, bez cienia skrępowania. - Ignorowanie mnie nigdy nie było twoją najmocniejszą stroną. - Rzuciłem już swobodniej. - Co, liczysz, że tym razem zadziała? - Głos miałem lekko zachrypnięty od milczenia i gorącego słońca suszącego mi gardło, ale stabilny, nie było w tym rzeczywistej pretensji, to było raczej coś na granicy zaczepki, tej starej, znajomej nuty, która pojawiała się automatycznie, kiedy chodziło o nią. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Prudence Fenwick - 20.03.2026 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Naprawdę starała się jak najmniej rzucać w oczy. Oczywiście jej się to nie udało. Im bardziej się starała, tym jej ruchy były bardziej koślawe, jakby coś chciało jej udowodnić, że nie musi być łatwo. To miał być tylko krótki spacer, nic więcej. Nie miało podczas niego dojść do żadnych interakcji z ludźmi, miała nacieszyć się swoim własnym towarzystwem, czasem lubiła zatracać się w swoich myślach i to miał być jeden z takich dni, gdy zamierzała pozwolić im być bardzo głośnym. Chcąc nie chcąc jednak znalazła się blisko osobnika, który tak jak ona najwyraźniej postanowił spędzić czas w samotności. Nie miała zamiaru zwracać na siebie uwagi, nie chciała niepokoić kogoś, kogo nie znała, jak zawsze wolała trzymać się z boku, tylko nie do końca jej się to udało. Znalazła się zbyt blisko, niemalże nadepnęła na jego dłoń, to nie był do końca jej dzień, chociaż jeszcze chwilę wcześniej myślała zupełnie inaczej. Wszystko zaczęło się sypać w momencie, w którym spotkała tę wyrośniętą wiewiórkę... Skomentowała pod nosem, to, że prawie nadepnęła na dłoń nieznajomego, nie trzymała języka za zębami, zresztą mogła być już przecież pewna, że zarejestrował jej obecność. Nie dało się tak po prostu zignorować tego, że ktoś zaburzył twoją przestrzeń osobistą. Liczyła jednak na to, że uda jej się przemknąć obok nie doprowadzając do interakcji, gdyby tylko wiedziała, jak bardzo się myliła to pewnie wróciłaby między te drzewa i jednak wybrała spotkanie z nieokrzesaną wiewiórką, czasem jednak nie dało się przewidzieć, że można doprowadzić do nieco gorszych sytuacji, to był właśnie jeden z takich momentów. Usłyszała to serio, co spowodowało, że zatrzymała się, przystanęła w miejscu. Przeniosła wzrok na nieznajomego, który okazał się być jednak znajomym. Czy naprawdę mogła mieć, aż takiego pecha? Los chciał jej coś udowodnić, pokazać, że nigdy nie może przewidzieć niczego. Westchnęła ciężko, ten dzień jednak miał nie zapisać się do tych najlepszych, jakoś sobie z tym poradzi, zawsze przecież sobie radziła. Na jej twarzy pojawił się grymas, nie zamierzała udawać, że jest zadowolona z tego spotkania, chociaż wcale nie tak łatwo było jej tak po prostu przeskoczyć do tej obojętności. Jeszcze przed chwilą miała całkiem nie najgorszy humor, pogoda była zachwycająca, tak samo jak miejsce w którym się znalazła... towarzystwo, towarzystwo jednak mniej. Aloysius Rookwood, jej nemezis. Musiała go spotkać podczas tego pięknego dnia? Naprawdę? Jakie były właściwie szanse na to, że wpadłaby właśnie na niego? Bardzo małe, okropnie małe, a jednak do tego doszło. Najwyraźniej nawet podczas wakacji nie była bezpieczna, jasne bywał w jej domu, pojawiał się u Eliasa, tam mogła się go spodziewać, ale tutaj? Pośrodku niczego? No nie była gotowa na takie spotkanie, a nie znosiła znajdować się w sytuacjach nieprzewidzianych. Miał na głowie ten śmieszny kapelusz, wyglądał dobrze, on zawsze dobrze wyglądał, tego nie mogła mu odmówić, chociaż nie powinna zwracać na to uwagi, nie umiała jednak zupełnie ignorować jego obecności, nigdy, nawet jeśli bardzo tego chciała, było tak od zawsze, szczególnie, że kiedyś miała szansę być blisko i pamiętała jak to jest, a teraz musiała pogodzić się z tym, że zupełnie inaczej to wyglądało. - Zadaje sobie to samo pytanie. - Naprawdę nie spodziewała się, że będzie musiała stanąć z nim w oko w oko w swoim czasie wolnym, los jednak lubił płatać figle, pokazywać, że nie zawsze powinno się czuć swobodnie i pewnie. Dlaczego trafiła właśnie do tego miejsca? Nie wiedziała, nie miała pojęcia, może następnym razem powinna pomyśleć o swojej destynacji i wybrać jakieś mało atrakcyjne miejsce do którego nikt nie będzie się zapuszczał, albo, albo po prostu zostać w swoim pokoju, to byłoby chyba najbardziej bezpieczną opcją. - Zacząłeś do mnie mówić, wiesz, że nie jestem głucha, niby mogłabym udawać, że Cię nie widzę, ale to mogłoby być bardziej niezręczne od tego. - Doskonale zdawał sobie sprawę, że nie mogła tak po prostu przejść obok, nie kiedy wiedziała, kto leży na tej trawie, nie gdy znalazła się tak blisko i omal nie zdeptała jego dłoni. - Myślę, że zadziała, bo nie zamierzam się tutaj zatrzymywać, więc baw się dobrze, widzę, że robisz to, co potrafisz najlepiej. - Przeniosła wzrok na butelkę, która leżała na trawie. Czy powinno ją dziwić, że w ten sposób spędzał wolny czas? Wcale. Dokładnie tego się mogła po nim spodziewać. Nie sądziła, że zajmuje się czymś ambitnym w czasie wolnym. RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Benjy Fenwick - 21.03.2026 Poruszyłem brwią, przez chwilę w milczeniu obserwując reakcję mojej ulubionej koleżanki na nasze nieoczekiwane spotkanie, zlustrowawszy ją wzrokiem od góry do dołu, bez tego pośpiechu, który zwykle kazał mi odpowiadać szybciej, ostrzej, celniej. - Och, nie przesadzaj. - Parsknąłem cicho pod nosem na jej odpowiedź i oparłem potylicę z powrotem na trawę, wpatrując się przez moment w niebo, jakbym rozważał coś naprawdę istotnego, zamiast po prostu przeciągać chwilę. Po chwili obróciłem głowę z powrotem w kierunku Prue, zadowalając się wyłącznie lekkim uniesieniem podbródka i zmrużeniem oczu w jej stronę, nawet nie kryjąc tego, że próbowałem ją odczytać, rozłożyć na czynniki pierwsze, tak jak robiłem to podczas naszych potyczek pośrodku szkolnych korytarzy, zupełnie tak, jakby nic - poza scenerią, oczywiście - się od tamtej pory nie zmieniło. Podniosłem wreszcie tę samą dłoń, którą prawie zdeptała, obracając nadgarstek demonstracyjnie, jakbym szukał śladów urazu, których oczywiście nie było - bardziej chodziło o sam gest, o zaczepkę, o pretekst - po czym bardzo lekko wzruszyłem ramionami, bardziej do samego siebie niż do niej. S Gdy to zrobiłem, spojrzenie na moment ponownie uciekło mi z brązowych oczu Prudence do stokrotek wsuniętych za jej ucho - zatrzymałem się na nich odrobinę za długo, niż powinien ktoś, kto jeszcze przed chwilą rzucał uszczypliwości - były małe, białe, wsunięte trochę krzywo, jakby zrobiła to bez lustra, bez większego namysłu, absurdalnie niewinnie w kontraście do wszystkiego, co było między nami. Coś w tym obrazie nie pasowało do niej, albo może właśnie pasowało za dobrze i to było problemem… Podparłem się mocniej na łokciu i podniosłem ciało trochę wyżej, żeby mieć ją w pełnym polu widzenia, ale nadal nie wstawałem, bo przecież nie zamierzałem się do niej dostosowywać i ustępować jej miejsca, nigdy tego nie robiłem. Nawet wtedy, kiedy— Przerwałem tę myśl, zanim zdążyła się rozwinąć, zmarszczyłem lekko brwi, jakbym chciał to odrzucić, i wróciłem wzrokiem do jej oczu. - Niezręczność to twoja specjalność, nie moja. Ja się tu całkiem dobrze odnajduję. - Mruknąłem, przeciągając słowa tak, jakbym miał cały czas świata, bo w tym momencie dokładnie tak to wyglądało. Kącik ust uniósł mi się minimalnie, nie było w tym jednak ciepła, raczej coś ostrzejszego, znajomego, coś, co zawsze pojawiało się w mojej postawie, kiedy rozmowa skręcała w stronę, w którą zazwyczaj przynajmniej jedno z nas nie chciało naprawdę iść, ale… I tak tam niechybnie trafialiśmy. - Ambitne wnioski. - Sięgnąłem obok siebie i złapałem butelkę, którą wcześniej zostawiłem w trawie, obróciwszy ją w dłoni, przyglądając się zawartości pod światło, jakby to była najciekawsza rzecz w tej chwili, chociaż oboje wiedzieliśmy, że nie była. Uniosłem ją lekko w stronę towarzyszki, w geście, który mógł być zarówno zaproszeniem, jak i kpiną - krótki półśmiech, półparsk wyrwał mi się z gardła, niski i suchy, bez prawdziwej wesołości, wskazując raczej na to drugie - po czym zamilkłem na moment, przyglądając się Prue jeszcze raz, uważniej, sprawdzając, czy naprawdę zamierzała odejść tak po prostu, jak zapowiedziała. Zawsze mówiła, że nie chce się zatrzymywać, a jednak stała - zawsze twierdziła, że to bez znaczenia, a jednak reagowała. Zawsze. - Jedna butelka i już masz pełny obraz mojego życia. Powinnaś spróbować wróżbiarstwa. - Poprawiłem kapelusz, zsuwając go jeszcze odrobinę do tyłu. Coś w tym obrazie nie chciało się domknąć… Ona tutaj, ja tutaj, słońce, trawa, ta cała nienaturalna łatwość chwili… Słońce uderzyło mnie mocniej w oczy, ale zignorowałem to bez mrugnięcia, nie odwróciłem wzroku nawet na moment, naprawdę zależało mi na tym, żeby widzieć ją wyraźniej. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Prudence Fenwick - 23.03.2026 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Nie było niczego nowego w tym, jak na nią spoglądał. Mierzył ją wzrokiem, jakby szukał właśnie miejsca, w które mógłby uderzyć. To było typowe, nie zmieniał tego fakt, że znajdowali się daleko od szkolnych murów, tak właściwie to łapała się na tym, że sama nie do końca wie, gdzie nogi ją poniosły, co w tej chwili zaczynało ją martwić, bo jeszcze kilka minut temu zupełnie się tym nie przejmowała. Teraz jednak, kiedy jej wróg znalazł się tuż obok zaczynało to być zastanawiające. - Oczywiście, Ty się doskonale, wszędzie odnajdujesz. - Nie od dzisiaj przecież wiedzieli, że to ona miała problem z dopasowywaniem się, tak właściwie to po prostu trzymała się z boku, nie zwracała na siebie uwagi, aby nie dopuszczać do niepotrzebnych interakcji, no z większością ludzi, z nim zawsze było inaczej. Dzisiaj jednak nie zakładała, że przyjdzie jej się spotkać z kimkolwiek, nie była więc gotowa na to, że w takim miejscu spotka akurat jego. Nie lubiła takich niespodzianek, tak właściwie to nie przepadała za żadnymi niespodziankami, wolała być gotowa na wszystko, co miało się wydarzyć. - Nikt nie ma co do tego żadnych wątpliwości, w końcu jesteś złotym chłopcem. - A przynajmniej tak go większość widziała. Potrafił utrzymywać te pozory, chociaż ona wiedziała swoje, nie do końca wierzyła w ten obraz, który demonstrował światu, potrafiła dostrzegać więcej, niż się mogło wydawać. Nie było jednak sensu teraz się na tym skupiać, nie chciała sobie psuć tego przyjemnego, letniego dnia, chociaż powoli wszystko ku temu zmierzało. - Niezbyt ambitne, ale niektóre rzeczy mówią same za siebie, nie ma po co szukać tam czegoś głębszego. - Uniósł wyżej butelkę, przeniosła na nią swój wzrok. Nie było jej sprawą to, w jaki sposób spędzał wolny czas, jeśli wlewanie w siebie alkoholu sprawiało mu frajdę, to niech bawi się w ten sposób. Nie było to coś, co jakoś szczególnie ją interesowało. - Nieszczególnie mnie ono interesuje, ale dzięki za radę. - Przyszłość nie była czymś, co by ją fascynowało. Tutaj nie mogła po prostu darować sobie komentarza, bo sam jeszcze specjalnie wyciągnął tę butelkę, demonstrował z dumą to, czym się zajmował. Prue uważała, że istniało milion ciekawszych zajęć od picia, które mogły przynieść sporo profitów. Nie do końca rozumiała więc marnowanie czasu na coś takiego, szczególnie, kiedy dzień był wyjątkowo piękny. Nie był to jednak jej problem, tak samo jak on nie był jej problemem. Kiedyś pewnie zastanawiałaby się dlaczego to robił, co spowodowało, że postanowił sięgnąć po butelkę o tej porze, ale to już nie był ten moment, teraz nie powinno jej to obchodzić. - Jedna butelka, później następna, kto wie na ilu się skończy. - Nie odwracała wzroku, nadal na niego spoglądała, być może powinna się już odwrócić na pięcie i ruszyć przed siebie, ale nie potrafiła tego zrobić. Trudno było jej się przyznać do tego, że naprawdę lubiła te ich konfrontacje, bo wzbudzały w niej emocje, które pojawiały się naprawdę bardzo rzadko. Skoro więc nadarzyła się kolejna okazja do chociażby chwilowej przepychanki słownej, nie mogła jej sobie odpuścić, nie od razu. Wiedziała, że on był tutaj pierwszy, ona była intruzem, znalazła się tu po nim, jednak aktualnie wcale nie czuła, że powinna być gdzieś indziej. Mierzyła go wzrokiem, nawet na krótką chwilę nie uciekała spojrzeniem, nigdy tego nie robiła, chociaż może powinna, bo sama wystawiała się na kolejne niezbyt przyjemne komentarze, czy słowa, jednak jeśli o to chodzi była wyjątkowo nierozsądna, zawsze. RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Benjy Fenwick - 23.03.2026 Uniosłem brew jeszcze zanim skończyła mówić, jakbym już w połowie jej zdania wiedział, dokąd to zmierzało - „złoty chłopiec” - to określenie wracało jak bumerang, zawsze z ust ludzi, którzy albo chcieli w to wierzyć, albo potrzebowali sobie coś uprościć, i chociaż ona nigdy nie należała do żadnej z tych grup, to tylko czyniło podobne wyrażenie jeszcze zabawniejszym, praktycznie za każdym razem, gdy po nie sięgała. Oparłem się wygodniej na łokciu, przechylając lekko głowę, przyglądając jej się z tą samą bezczelną swobodą, którą znała aż za dobrze. Uśmiechnąłem się pod nosem, krótko, bez większego wysiłku i cienia skrępowania, kiedy tylko skończyła odbijać piłeczkę… Jak gdyby naprawdę wierzyła, że to mnie w jakikolwiek sposób ruszy, a przecież gdzieś w głębi duszy na pewno wiedziała, iż ten jej ton - chłodny, rzeczowy, podszyty czymś ostrzejszym - działał na mnie zawsze w dokładnie ten sam sposób, jak zaproszenie, którego niby nie było, a jednak aż prosiło się, żeby je przyjąć. Nie zaprzeczyłem, nigdy nie zaprzeczałem rzeczom, które i tak pracowały na moją korzyść. Słyszałem to już tyle razy, w innych słowach, innym głosem, z innymi intencjami, że zdążyło się to stać czymś na kształt tła, czymś, co po prostu było. - Oczywiście. - Podchwyciłem lekko, unosząc brew. - Ktoś musi utrzymywać poziom, skoro reszta uparcie go zaniża. - Uniosłem lekko butelkę, obracając ją w palcach, tak żeby szkło złapało światło. Sekundę później przesunąłem językiem po wnętrzu policzka, marszcząc lekko brwi, coś mi nie pasowało, chociaż nie potrafiłem tego nazwać, gdzieś w tle wciąż brzęczały owady, trawa poruszała się lekko, słońce niezmiennie grzało, jak gdyby natura uparcie ignorowała to, co działo się dokładnie tutaj, ale… Zawiesiłem na Prue spojrzenie na moment dłużej, niż powinienem, jakbym sprawdzał, czy jeszcze reagowała tak samo, czy coś w niej pękło, zmieniło się, przesunęło o milimetr - nie wyglądało na to. - Jedna, druga, trzecia… Kto by to liczył. - Wzruszyłem ramieniem, lekko, z tą obojętną pewnością swojej pozycji w naszym świecie, którą tak bardzo lubiła wyszydzać, „złoty chłopiec”, to było coś między obelgą a etykietą, którą sama kiedyś pomogła mi przykleić, wraz z innymi osobami, którym zależało na tym, aby wszystko koniecznie zhierarchizować. Nie było sensu odbierać ludziom ich wygodnych narracji, skoro i tak rzadko chcieli widzieć coś więcej. - Mam zapas. Nie musisz się martwić o logistykę mojego upadku. - Dodałem po chwili, niemal niedbale, przeciągając słowa leniwie, jakby to była rozmowa o pogodzie, a nie o czymkolwiek, co mogłoby mieć znaczenie, tłumaczenie się było ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę. - Niektórzy potrafią robić kilka rzeczy naraz. Relaksować się, niczym się nie przejmować i jeszcze wyglądać przy tym dobrze. Spróbuj kiedyś. - Brzmiało to jak żart i dokładnie tak miało zabrzmieć, ale spojrzenie miałem uważniejsze, bardziej skupione, niż pozwalał na to ton, zatrzymałem je na niej na moment dłużej, jakbym sprawdzał, czy dalej grała swoją rolę tak samo konsekwentnie, jak zawsze. Mrugając, gdy kapelusz zsunął mi się odrobinę bardziej a promienie wyraźniej uderzyły mnie w oczy, wzruszyłem ramionami - wolno, bez skrępowania, z tą samą lekkodusznością, która zawsze działała jej na nerwy - wiedziałem, że nasze spotkanie nie przeszło bez echa, zawsze wiedziałem dokładnie, gdzie patrzeć i jak długo, żeby nie było to przypadkowe. To nigdy nie była jednostronna gra, nawet jeśli oboje lubiliśmy udawać, że jest inaczej. Przez chwilę nic nie mówiłem, tylko spoglądałem na Prudence, na to, jak stała uparcie w jednym miejscu, jak nie odwracała wzroku, jak wchodziła w to wszystko równie świadomie, co ja… - Trochę cię rozczaruję. - Sięgnąłem w bok, nie odrywając od niej wzroku, i faktycznie - moje palce natrafiły na drugą butelkę, ukrytą w trawie, jako część wspomnianego zapasu - wyciągnąłem ją bez pośpiechu, strzepując z niej kilka źdźbeł i unosząc lekko w jej stronę, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. - Chcesz? - Padło to niemal odruchowo, bez nacisku, bez tej typowej zaczepki, którą jeszcze chwilę wcześniej bym tam wcisnął, bardziej jak propozycja rzucona komuś, kto i tak zaraz odmówi, ale mimo to warto było ją złożyć. - Nie musisz wszystkiego od razu rozkładać na części pierwsze. - Przez sekundę utrzymałem ten gest, butelkę zawieszoną między nami, jak jakąś absurdalnie prostą formę tymczasowego zawieszenia broni. - To tylko dzień. Łąka. Słońce. Możesz zluzować. - Stwierdziłem lekkim tonem, błaho, ale jednocześnie prawie łagodnie, co w moim wykonaniu brzmiało niemal obco. - Serio. - Zawiesiłem spojrzenie na jej oczach, już bez tej wcześniejszej prowokacji, bez potrzeby wygrania czegokolwiek, i tym razem nie uśmiechnąłem się wcale. Westchnąłem cicho, opuszczając rękę z butelką, ale nie odkładając jej jeszcze na trawę, tylko opierając ją sobie o udo. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=XOaYUjq.jpeg[/inny avek] RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - Prudence Fenwick - 23.03.2026 [inny avek]https://2img.net/i.imgur.com/f4UY50P.png[/inny avek] Nie miała pojęcia po co właściwie wdawała się w te słowne potyczki. To znaczy próbowała sobie wmawiać, że nie wie dlaczego to robi, z czasem zaczęła to traktować jako wyjątkowo przyjemny sport dla swojego umysłu. Czekała, które z nich tym razem trafi celniej, które wymierzy ostateczny cios, to było naprawdę nie najgorszą zabawą, zwłaszcza, że trudno było znaleźć kogoś na odpowiednim poziomie. Mało kto był w stanie za nią nadążyć, dlatego często nawet nie zaczynała próbować doprowadzać do konfrontacji, bo nie były one niczego warte. W jego przypadku było zupełnie inaczej, w jego przypadku zawsze wszystko było zupełnie inne, czy jej się to podobało, czy nie. Na pewno się tego domyślał, nie wątpiła w to, że czuł się podobnie, inaczej nie traciłby na nią swojego cennego czasu. Wiadomo przecież, że był zbyt ważny, aby robić coś takiego. - Na pewno niełatwo jest udźwignąć taką odpowiedzialność, dobrze, że trafiło na Ciebie, jak nikt inny znasz swoją wartość. - Dodała, a nieco fałszywy uśmiech pojawił się na jej twarzy. Wiedziała, że spora część z tego, co robił to była gra. Nie miała jednak pojęcia z kim grał i po co to robił. Miała szansę go poznać i doskonale pamiętała, jaki był kiedyś, znała go przed tym, gdy zaczął ciągle nosić tę maskę, która aktualnie wydawała się być prawdziwa, przynajmniej dla większości otoczenia. Niby zdawała sobie sprawę, że pewnie z czasem dotarło do niego, kim musi być, jak powinien się zachowywać, aby utrzymać swoja pozycję w tym niesprawiedliwym świecie, ale trudno było jej przywyknąć do tego, że stał się taki, a nie inny. Miała nadzieję, że w jego przypadku będzie inaczej, jak widać bardzo mocno się pomyliła. Źle oceniła sytuację, co spowodowało, że nie zamierzała już nigdy więcej popełnić podobnego błędu, zbyt mocno się poparzyła. - Szczęśliwi butelek nie liczą, czyż nie? - Czuła na sobie jego wzrok, nie peszyło jej to jednak wcale, wręcz przeciwnie - odwzajemniała się tym samym, przyjęła wyzwanie, jak zawsze, chociaż jeszcze nie do końca wiedziała na co się pisze. Powinna była już dawno odwrócić się na pięcie i stąd odejść, ale tego nie zrobiła. Przy nim brakowało jej racjonalności, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. - Nie śmiałabym się o Ciebie martwić, to nie leży w zakresie moich zainteresowań. - Nawet jeśli chodziło o logistykę jego ewentualnego upadku. Tak naprawdę wiedziała, że kontrolował wszystko co robił, tutaj nie było miejsca na żadne nieprzemyślane decyzje, doskonale zdawał sobie sprawę na ile może sobie pozwolić. - Dzięki za radę, może kiedyś nadejdzie taki moment, że postanowię spróbować, póki co nie wydaje mi się, aby było to na mojej liście rzeczy do zrobienia. - Łatwo było mówić o nieprzejmowaniu się niczym kiedy nie miało się świadomości tego, że niektóre umysły działały zupełnie inaczej. Ten jej był nieco popsuty, zawsze coś nie dawało jej spokoju, w jej głowie zawsze było głośniej niż by chciała. Nie miała pojęcia, co musiałaby zrobić, żeby to zmienić, wyciszyć głosy w głowie chociaż na chwilę, ciągle jednak uderzały w nią obrazy, wspomnienia, i wiele innych rzeczy. Zauważyła ten gest, widziała, że sięga ręką za siebie. Faktycznie miał w trawie schowaną kolejną butelkę, nie okłamał jej. Zamierzał dzisiaj wlać w siebie ten cały alkohol. Nieco zmarszczyła się kiedy ją wyciągnął, tak naprawdę chyba spodziewała się po nim czegoś więcej, a jednak pojawił się tu po to, żeby leżeć na łące i pić, cóż - był to jakiś sposób na spędzenie dnia. - Wiem, niczego nie muszę, ale lubię to robić. - Nie potrzebowała tego, żeby mówił jej co musi, a czego nie musi, podkreśliła to, bo nie mogła sobie odpuścić komentarza. - Jaki jest haczyk? Dzisiaj jest jakiś dzień dobroci dla zwierząt, coś innego? - Wolała o to zapytać, bo wyczuwała podstęp w tej butelce wyciągniętej w jej kierunku. Nie sądziła, żeby robił coś bez przyczyny, na pewno kryło się w tym coś więcej. Zbyt dobrze go znała, żeby tak po prostu na to przystać. Póki co nie zamierzała tak po prostu zgodzić się na wspólne picie, chociaż to co mówił o odpuszczeniu wydawało jej się być nie najgorszą propozycją. Całkiem miło byłoby tak po prostu usiąść w tej trawie i przestać analizować wszystko, co działo się wokół niej, nie przestawała myśleć o tym zaproszeniu. Był gotowy podzielić się z nią swoim zapasem na ten dzień? To też było dziwne i nietypowe, widać było po wyrazie jej twarzy, że bardzo mocno wszystko analizuje, nie byłaby sobą gdyby tego nie robiła. |