25.03.2026, 14:05 ✶
Zaśmiałem się cicho na to „męczennika”, kręcąc lekko głową, jakby naprawdę mnie to bawiło, a nie było tylko kolejną etykietą, którą próbowała mi przypiąć.
- Robię, co mogę. Tragiczna historia, wiem. - Skwitowałem, przekręcając lekko głowę w stronę linii drzew na samym krańcu horyzontu. - Ktoś kiedyś powinien ją spisać. Ku przestrodze. - Nie było w tym przesadnego przejęcia, jak we wszystkim, co przezornie bagatelizowałem już na samym początku, ale kiedy mówiła dalej, nie przerywałem jej, słuchałem, naprawdę, co w moim przypadku było już podejrzane samo w sobie.
- Czyli jednak liczysz na show. Dobrze wiedzieć. - Brzmiało to lekko, niemal beztrosko, ale moje spojrzenie zatrzymało się na niej uważniej, kiedy na moment odpłynęła - znałem to - to krótkie zawieszenie, ten ułamek sekundy, w którym była gdzieś indziej, kiedyś próbowałem ją zagadywać, rozmawiać z nią o tym, o czym myślała, teraz tylko to zauważyłem… I zapamiętałem. Obserwowałem ją, kiedy mówiła, uważniej niż powinienem, wychwytując te drobne momenty, które zapewne umykały komuś, kto nie znał jej wcześnie - odpłynięcie, cień czegoś w spojrzeniu, zaciśnięta dłoń, paznokcie wbite w skórę - wszystko to było znajome, aż za bardzo. Dawniej wiedziałem, co się za tym kryło, teraz tylko rozpoznawałem wzór, bez prawa do odpowiedzi, więc nie potrzebowałem tego kwitować.
Gdzieś w oddali coś zaszumiało - może drzewa, może woda, jeśli faktycznie tam była - ten dźwięk nie był wyraźny, raczej rozmyty, jak wspomnienie czegoś, co trudno uchwycić, ale nie sposób zignorować.
- Nie chodzi o ograniczanie. - Odezwałem się w końcu, wolniej niż wcześniej, chociaż wciąż bez wahania. - Raczej o to, żeby wiedzieć, kiedy nie warto się rozpieprzyć dla czegoś, co i tak nie zostanie. - Wzruszyłem ramionami, szczęście bywało przewrotne, nie zwykło trzymać się człowieka tak kurczowo, jak on pragnął trzymać się tych wszystkich radosnych chwil, życie tak naprawdę polegało na nieustannej kalkulacji zysków i strat, dlatego warto było wiedzieć, na co naprawdę można sobie pozwolić…
Kolejne słowa przyjąłem bez uśmiechu, były zbyt konkretne, zbyt… Skierowane w bardzo określoną stronę, przesunąłem spojrzenie gdzieś obok niej, na linię trawy falującą lekko pod naporem powietrza, jakbym dawał sobie sekundę więcej, niż potrzebowałem.
- Wreszcie coś, w czym się zgadzamy. - Przesunąłem palcami po źdźbłach trawy obok kolana, zgarniając je bezmyślnie, jak wcześniej. Przeciągnąłem językiem po wnętrzu policzka, jakbym chciał coś jeszcze dodać, ale ostatecznie tylko odetchnąłem i oparłem się wygodniej na trawie, pozwalając, żeby cisza między nami na moment zrobiła się cięższa, ale nie nieprzyjemna. Nie od razu zareagowałem na to, że usiadła, chociaż zwróciłem uwagę na decyzję, jaką podjęła, nie spieszyłem się z komentarzem.
- Wygląda na to, że jednak nie było ci aż tak pilno. - Zauważyłem lakonicznie, zerkając na nią z boku. Nie było w tym triumfu, nie było w tym żartu, ale nie było też ciężaru, raczej coś pomiędzy, bliżej cichego „wiedziałem”, co równie dobrze mogło zostać zignorowane. Oparłem się z powrotem na łokciu, odchylając głowę, żeby spojrzeć w niebo, ale tylko na chwilę, zaraz wróciłem wzrokiem do niej.
- Granice są po to, żeby sprawdzać, czy naprawdę istnieją. - Rzuciłem spokojnie, obracając butelkę w dłoni, zanim przechyliłem ją w końcu w jej stronę. - Inaczej są tylko ładną teorią. - Nie ciągnąłem tego dalej, przynajmniej nie sam z siebie, tym razem nie było potrzeby, zamiast tego odchyliłem się trochę bardziej, opierając ciężar ciała na dłoniach, spojrzenie unosząc ku niebu - było jasne, niemal nieruchome, rozlane nad nami, wyglądało jak gigantyczna błękitna płachta, spokojna i nieruchoma, praktycznie pozbawiona jakichkolwiek śladów bieli. Przez moment pozwoliłem, żeby cisza między nami zrobiła się czymś więcej niż tylko przerwą, gdzieś dalej jakiś owad przeciął powietrze krótkim, natarczywym dźwiękiem, a potem znowu wszystko się uspokoiło, było spokojnie, naprawdę spokojnie, tylko od czasu do czasu jakaś gałąź w oddali poruszała się lekko, jakby ktoś ją trącił, a cień liści przesuwał się po trawie w powolnym rytmie.
- Nie jest. - Odpowiedziałem na jej uwagę o temperaturze, puściłem szkło dopiero, kiedy poczułem, że pewnie je złapała. - Nie jestem aż takim barbarzyńcą. Aż tak źle o mnie myślisz? - Kącik ust drgnął mi lekko, ale to nie była ta sama zaczepność co wcześniej, bardziej coś na granicy przyznania, że pewne rzeczy jednak miały dla mnie znaczenie, przez ułamek sekundy nasze palce znalazły się bliżej, niż powinny, ale nie zatrzymałem tego momentu, nie przeciągnąłem go, tym razem nie. Zerknąłem na korek, po czym znów na nią.
- Mam otworzyć, czy radzisz sobie sama, jak zwykle? - W moim głosie pojawiła się lekka nuta rozbawienia, ale bez tej wcześniejszej ostrości, bardziej znajoma niż prowokująca. Powietrze poruszyło się lekko, przynosząc ze sobą zapach nagrzanej ziemi, czegoś zielonego, świeżego i jednocześnie słodkiego, co nie miało w sobie ani śladu Londynu ani murów Hogwartu, a także wilgoci, która mogła być właśnie tym jeziorem, o którym mówiła - przymknąłem oczy na moment, wsłuchując się w tamten odległy szum - teraz, kiedy o nim wspomniała, był bardziej wyraźny, jakby czekał, aż ktoś go nazwie.
- Nie wiem. - Przyznałem po chwili, bez oporu, przesunąłem palcami po trawie, wyrywając jedno źdźbło i obracając je między palcami. - Wygląda jak miejsce, w którym coś powinno być. Ale to nie znaczy, że faktycznie tam jest. - Uniosłem lekko głowę i skinąłem w tamtym kierunku, gdzie wcześniej zmierzała, ale bez przekonania, jakbym równie dobrze mógł wskazać gdziekolwiek indziej. Linia drzew była nierówna, poszarpana światłem i cieniem, a dalej wszystko rozmywało się w jasności, nie było nic, co jednoznacznie wskazywałoby wodę, żadnego błysku, żadnego odbicia. Wiatr, którego wcześniej prawie nie było, poruszył się gdzieś między koronami, przetaczając się dalej, aż dotarł do łąki i rozsunął trawę falą, która przeszła przez nas i zniknęła gdzieś dalej. Westchnąłem cicho, wygodniej opierając drugą rękę z tyłu i ponownie odchylając się lekko, jakbym w końcu naprawdę raz jeszcze pozwolił sobie na to, żeby po prostu tu być.
- Mhm - odezwałem się jeszcze, już ciszej - czasem brak sensu to jedyna rzecz, która ma sens. - Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem, tylko gdzieś przed siebie, na tę lekko falującą od ciepła linię lasu, która wyglądała, jakby kryła więcej, niż pokazywała, a jednak nie ruszyłem się ani o centymetr.
- Nie planuję cię oswajać. - Dodałem po chwili, spokojnie, bez patrzenia na nią. - To by było… Śmieszne. - I to było prawdą.
- Robię, co mogę. Tragiczna historia, wiem. - Skwitowałem, przekręcając lekko głowę w stronę linii drzew na samym krańcu horyzontu. - Ktoś kiedyś powinien ją spisać. Ku przestrodze. - Nie było w tym przesadnego przejęcia, jak we wszystkim, co przezornie bagatelizowałem już na samym początku, ale kiedy mówiła dalej, nie przerywałem jej, słuchałem, naprawdę, co w moim przypadku było już podejrzane samo w sobie.
- Czyli jednak liczysz na show. Dobrze wiedzieć. - Brzmiało to lekko, niemal beztrosko, ale moje spojrzenie zatrzymało się na niej uważniej, kiedy na moment odpłynęła - znałem to - to krótkie zawieszenie, ten ułamek sekundy, w którym była gdzieś indziej, kiedyś próbowałem ją zagadywać, rozmawiać z nią o tym, o czym myślała, teraz tylko to zauważyłem… I zapamiętałem. Obserwowałem ją, kiedy mówiła, uważniej niż powinienem, wychwytując te drobne momenty, które zapewne umykały komuś, kto nie znał jej wcześnie - odpłynięcie, cień czegoś w spojrzeniu, zaciśnięta dłoń, paznokcie wbite w skórę - wszystko to było znajome, aż za bardzo. Dawniej wiedziałem, co się za tym kryło, teraz tylko rozpoznawałem wzór, bez prawa do odpowiedzi, więc nie potrzebowałem tego kwitować.
Gdzieś w oddali coś zaszumiało - może drzewa, może woda, jeśli faktycznie tam była - ten dźwięk nie był wyraźny, raczej rozmyty, jak wspomnienie czegoś, co trudno uchwycić, ale nie sposób zignorować.
- Nie chodzi o ograniczanie. - Odezwałem się w końcu, wolniej niż wcześniej, chociaż wciąż bez wahania. - Raczej o to, żeby wiedzieć, kiedy nie warto się rozpieprzyć dla czegoś, co i tak nie zostanie. - Wzruszyłem ramionami, szczęście bywało przewrotne, nie zwykło trzymać się człowieka tak kurczowo, jak on pragnął trzymać się tych wszystkich radosnych chwil, życie tak naprawdę polegało na nieustannej kalkulacji zysków i strat, dlatego warto było wiedzieć, na co naprawdę można sobie pozwolić…
Kolejne słowa przyjąłem bez uśmiechu, były zbyt konkretne, zbyt… Skierowane w bardzo określoną stronę, przesunąłem spojrzenie gdzieś obok niej, na linię trawy falującą lekko pod naporem powietrza, jakbym dawał sobie sekundę więcej, niż potrzebowałem.
- Wreszcie coś, w czym się zgadzamy. - Przesunąłem palcami po źdźbłach trawy obok kolana, zgarniając je bezmyślnie, jak wcześniej. Przeciągnąłem językiem po wnętrzu policzka, jakbym chciał coś jeszcze dodać, ale ostatecznie tylko odetchnąłem i oparłem się wygodniej na trawie, pozwalając, żeby cisza między nami na moment zrobiła się cięższa, ale nie nieprzyjemna. Nie od razu zareagowałem na to, że usiadła, chociaż zwróciłem uwagę na decyzję, jaką podjęła, nie spieszyłem się z komentarzem.
- Wygląda na to, że jednak nie było ci aż tak pilno. - Zauważyłem lakonicznie, zerkając na nią z boku. Nie było w tym triumfu, nie było w tym żartu, ale nie było też ciężaru, raczej coś pomiędzy, bliżej cichego „wiedziałem”, co równie dobrze mogło zostać zignorowane. Oparłem się z powrotem na łokciu, odchylając głowę, żeby spojrzeć w niebo, ale tylko na chwilę, zaraz wróciłem wzrokiem do niej.
- Granice są po to, żeby sprawdzać, czy naprawdę istnieją. - Rzuciłem spokojnie, obracając butelkę w dłoni, zanim przechyliłem ją w końcu w jej stronę. - Inaczej są tylko ładną teorią. - Nie ciągnąłem tego dalej, przynajmniej nie sam z siebie, tym razem nie było potrzeby, zamiast tego odchyliłem się trochę bardziej, opierając ciężar ciała na dłoniach, spojrzenie unosząc ku niebu - było jasne, niemal nieruchome, rozlane nad nami, wyglądało jak gigantyczna błękitna płachta, spokojna i nieruchoma, praktycznie pozbawiona jakichkolwiek śladów bieli. Przez moment pozwoliłem, żeby cisza między nami zrobiła się czymś więcej niż tylko przerwą, gdzieś dalej jakiś owad przeciął powietrze krótkim, natarczywym dźwiękiem, a potem znowu wszystko się uspokoiło, było spokojnie, naprawdę spokojnie, tylko od czasu do czasu jakaś gałąź w oddali poruszała się lekko, jakby ktoś ją trącił, a cień liści przesuwał się po trawie w powolnym rytmie.
- Nie jest. - Odpowiedziałem na jej uwagę o temperaturze, puściłem szkło dopiero, kiedy poczułem, że pewnie je złapała. - Nie jestem aż takim barbarzyńcą. Aż tak źle o mnie myślisz? - Kącik ust drgnął mi lekko, ale to nie była ta sama zaczepność co wcześniej, bardziej coś na granicy przyznania, że pewne rzeczy jednak miały dla mnie znaczenie, przez ułamek sekundy nasze palce znalazły się bliżej, niż powinny, ale nie zatrzymałem tego momentu, nie przeciągnąłem go, tym razem nie. Zerknąłem na korek, po czym znów na nią.
- Mam otworzyć, czy radzisz sobie sama, jak zwykle? - W moim głosie pojawiła się lekka nuta rozbawienia, ale bez tej wcześniejszej ostrości, bardziej znajoma niż prowokująca. Powietrze poruszyło się lekko, przynosząc ze sobą zapach nagrzanej ziemi, czegoś zielonego, świeżego i jednocześnie słodkiego, co nie miało w sobie ani śladu Londynu ani murów Hogwartu, a także wilgoci, która mogła być właśnie tym jeziorem, o którym mówiła - przymknąłem oczy na moment, wsłuchując się w tamten odległy szum - teraz, kiedy o nim wspomniała, był bardziej wyraźny, jakby czekał, aż ktoś go nazwie.
- Nie wiem. - Przyznałem po chwili, bez oporu, przesunąłem palcami po trawie, wyrywając jedno źdźbło i obracając je między palcami. - Wygląda jak miejsce, w którym coś powinno być. Ale to nie znaczy, że faktycznie tam jest. - Uniosłem lekko głowę i skinąłem w tamtym kierunku, gdzie wcześniej zmierzała, ale bez przekonania, jakbym równie dobrze mógł wskazać gdziekolwiek indziej. Linia drzew była nierówna, poszarpana światłem i cieniem, a dalej wszystko rozmywało się w jasności, nie było nic, co jednoznacznie wskazywałoby wodę, żadnego błysku, żadnego odbicia. Wiatr, którego wcześniej prawie nie było, poruszył się gdzieś między koronami, przetaczając się dalej, aż dotarł do łąki i rozsunął trawę falą, która przeszła przez nas i zniknęła gdzieś dalej. Westchnąłem cicho, wygodniej opierając drugą rękę z tyłu i ponownie odchylając się lekko, jakbym w końcu naprawdę raz jeszcze pozwolił sobie na to, żeby po prostu tu być.
- Mhm - odezwałem się jeszcze, już ciszej - czasem brak sensu to jedyna rzecz, która ma sens. - Nie patrzyłem na nią, kiedy to mówiłem, tylko gdzieś przed siebie, na tę lekko falującą od ciepła linię lasu, która wyglądała, jakby kryła więcej, niż pokazywała, a jednak nie ruszyłem się ani o centymetr.
- Nie planuję cię oswajać. - Dodałem po chwili, spokojnie, bez patrzenia na nią. - To by było… Śmieszne. - I to było prawdą.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)