21.03.2026, 21:58 ✶
Poruszyłem brwią, przez chwilę w milczeniu obserwując reakcję mojej ulubionej koleżanki na nasze nieoczekiwane spotkanie, zlustrowawszy ją wzrokiem od góry do dołu, bez tego pośpiechu, który zwykle kazał mi odpowiadać szybciej, ostrzej, celniej.
- Och, nie przesadzaj. - Parsknąłem cicho pod nosem na jej odpowiedź i oparłem potylicę z powrotem na trawę, wpatrując się przez moment w niebo, jakbym rozważał coś naprawdę istotnego, zamiast po prostu przeciągać chwilę. Po chwili obróciłem głowę z powrotem w kierunku Prue, zadowalając się wyłącznie lekkim uniesieniem podbródka i zmrużeniem oczu w jej stronę, nawet nie kryjąc tego, że próbowałem ją odczytać, rozłożyć na czynniki pierwsze, tak jak robiłem to podczas naszych potyczek pośrodku szkolnych korytarzy, zupełnie tak, jakby nic - poza scenerią, oczywiście - się od tamtej pory nie zmieniło.
Podniosłem wreszcie tę samą dłoń, którą prawie zdeptała, obracając nadgarstek demonstracyjnie, jakbym szukał śladów urazu, których oczywiście nie było - bardziej chodziło o sam gest, o zaczepkę, o pretekst - po czym bardzo lekko wzruszyłem ramionami, bardziej do samego siebie niż do niej. S
Gdy to zrobiłem, spojrzenie na moment ponownie uciekło mi z brązowych oczu Prudence do stokrotek wsuniętych za jej ucho - zatrzymałem się na nich odrobinę za długo, niż powinien ktoś, kto jeszcze przed chwilą rzucał uszczypliwości - były małe, białe, wsunięte trochę krzywo, jakby zrobiła to bez lustra, bez większego namysłu, absurdalnie niewinnie w kontraście do wszystkiego, co było między nami. Coś w tym obrazie nie pasowało do niej, albo może właśnie pasowało za dobrze i to było problemem… Podparłem się mocniej na łokciu i podniosłem ciało trochę wyżej, żeby mieć ją w pełnym polu widzenia, ale nadal nie wstawałem, bo przecież nie zamierzałem się do niej dostosowywać i ustępować jej miejsca, nigdy tego nie robiłem. Nawet wtedy, kiedy—
Przerwałem tę myśl, zanim zdążyła się rozwinąć, zmarszczyłem lekko brwi, jakbym chciał to odrzucić, i wróciłem wzrokiem do jej oczu.
- Niezręczność to twoja specjalność, nie moja. Ja się tu całkiem dobrze odnajduję. - Mruknąłem, przeciągając słowa tak, jakbym miał cały czas świata, bo w tym momencie dokładnie tak to wyglądało. Kącik ust uniósł mi się minimalnie, nie było w tym jednak ciepła, raczej coś ostrzejszego, znajomego, coś, co zawsze pojawiało się w mojej postawie, kiedy rozmowa skręcała w stronę, w którą zazwyczaj przynajmniej jedno z nas nie chciało naprawdę iść, ale… I tak tam niechybnie trafialiśmy.
- Ambitne wnioski. - Sięgnąłem obok siebie i złapałem butelkę, którą wcześniej zostawiłem w trawie, obróciwszy ją w dłoni, przyglądając się zawartości pod światło, jakby to była najciekawsza rzecz w tej chwili, chociaż oboje wiedzieliśmy, że nie była. Uniosłem ją lekko w stronę towarzyszki, w geście, który mógł być zarówno zaproszeniem, jak i kpiną - krótki półśmiech, półparsk wyrwał mi się z gardła, niski i suchy, bez prawdziwej wesołości, wskazując raczej na to drugie - po czym zamilkłem na moment, przyglądając się Prue jeszcze raz, uważniej, sprawdzając, czy naprawdę zamierzała odejść tak po prostu, jak zapowiedziała. Zawsze mówiła, że nie chce się zatrzymywać, a jednak stała - zawsze twierdziła, że to bez znaczenia, a jednak reagowała. Zawsze. - Jedna butelka i już masz pełny obraz mojego życia. Powinnaś spróbować wróżbiarstwa. - Poprawiłem kapelusz, zsuwając go jeszcze odrobinę do tyłu. Coś w tym obrazie nie chciało się domknąć… Ona tutaj, ja tutaj, słońce, trawa, ta cała nienaturalna łatwość chwili…
Słońce uderzyło mnie mocniej w oczy, ale zignorowałem to bez mrugnięcia, nie odwróciłem wzroku nawet na moment, naprawdę zależało mi na tym, żeby widzieć ją wyraźniej.
- Och, nie przesadzaj. - Parsknąłem cicho pod nosem na jej odpowiedź i oparłem potylicę z powrotem na trawę, wpatrując się przez moment w niebo, jakbym rozważał coś naprawdę istotnego, zamiast po prostu przeciągać chwilę. Po chwili obróciłem głowę z powrotem w kierunku Prue, zadowalając się wyłącznie lekkim uniesieniem podbródka i zmrużeniem oczu w jej stronę, nawet nie kryjąc tego, że próbowałem ją odczytać, rozłożyć na czynniki pierwsze, tak jak robiłem to podczas naszych potyczek pośrodku szkolnych korytarzy, zupełnie tak, jakby nic - poza scenerią, oczywiście - się od tamtej pory nie zmieniło.
Podniosłem wreszcie tę samą dłoń, którą prawie zdeptała, obracając nadgarstek demonstracyjnie, jakbym szukał śladów urazu, których oczywiście nie było - bardziej chodziło o sam gest, o zaczepkę, o pretekst - po czym bardzo lekko wzruszyłem ramionami, bardziej do samego siebie niż do niej. S
Gdy to zrobiłem, spojrzenie na moment ponownie uciekło mi z brązowych oczu Prudence do stokrotek wsuniętych za jej ucho - zatrzymałem się na nich odrobinę za długo, niż powinien ktoś, kto jeszcze przed chwilą rzucał uszczypliwości - były małe, białe, wsunięte trochę krzywo, jakby zrobiła to bez lustra, bez większego namysłu, absurdalnie niewinnie w kontraście do wszystkiego, co było między nami. Coś w tym obrazie nie pasowało do niej, albo może właśnie pasowało za dobrze i to było problemem… Podparłem się mocniej na łokciu i podniosłem ciało trochę wyżej, żeby mieć ją w pełnym polu widzenia, ale nadal nie wstawałem, bo przecież nie zamierzałem się do niej dostosowywać i ustępować jej miejsca, nigdy tego nie robiłem. Nawet wtedy, kiedy—
Przerwałem tę myśl, zanim zdążyła się rozwinąć, zmarszczyłem lekko brwi, jakbym chciał to odrzucić, i wróciłem wzrokiem do jej oczu.
- Niezręczność to twoja specjalność, nie moja. Ja się tu całkiem dobrze odnajduję. - Mruknąłem, przeciągając słowa tak, jakbym miał cały czas świata, bo w tym momencie dokładnie tak to wyglądało. Kącik ust uniósł mi się minimalnie, nie było w tym jednak ciepła, raczej coś ostrzejszego, znajomego, coś, co zawsze pojawiało się w mojej postawie, kiedy rozmowa skręcała w stronę, w którą zazwyczaj przynajmniej jedno z nas nie chciało naprawdę iść, ale… I tak tam niechybnie trafialiśmy.
- Ambitne wnioski. - Sięgnąłem obok siebie i złapałem butelkę, którą wcześniej zostawiłem w trawie, obróciwszy ją w dłoni, przyglądając się zawartości pod światło, jakby to była najciekawsza rzecz w tej chwili, chociaż oboje wiedzieliśmy, że nie była. Uniosłem ją lekko w stronę towarzyszki, w geście, który mógł być zarówno zaproszeniem, jak i kpiną - krótki półśmiech, półparsk wyrwał mi się z gardła, niski i suchy, bez prawdziwej wesołości, wskazując raczej na to drugie - po czym zamilkłem na moment, przyglądając się Prue jeszcze raz, uważniej, sprawdzając, czy naprawdę zamierzała odejść tak po prostu, jak zapowiedziała. Zawsze mówiła, że nie chce się zatrzymywać, a jednak stała - zawsze twierdziła, że to bez znaczenia, a jednak reagowała. Zawsze. - Jedna butelka i już masz pełny obraz mojego życia. Powinnaś spróbować wróżbiarstwa. - Poprawiłem kapelusz, zsuwając go jeszcze odrobinę do tyłu. Coś w tym obrazie nie chciało się domknąć… Ona tutaj, ja tutaj, słońce, trawa, ta cała nienaturalna łatwość chwili…
Słońce uderzyło mnie mocniej w oczy, ale zignorowałem to bez mrugnięcia, nie odwróciłem wzroku nawet na moment, naprawdę zależało mi na tym, żeby widzieć ją wyraźniej.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)