14.12.2025, 09:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.12.2025, 15:14 przez Charlotte Kelly.)
– Bogowie niech nas ustrzegą, bohaterujesz wystarczająco za samego siebie – zaprotestowała Charlotte stanowczo. Bała się, co Jonathan postanowi zrobić, jeżeli uzna, że musi jeszcze wyrobić limity za swoją przyjaciółkę.
Nawet jeśli chciałaby o tym z Jonathanem porozmawiać, byłoby to niesamowicie trudne, bo nie wiedziała, co się dzieje, to po pierwsze, a po drugie, dosłownie nie była w stanie wydobyć z siebie imienia Voldemorta. I „nie mogę wymówić imienia, no wiesz, tego jednego”, sprawiłoby, że komunikacja byłaby mocno utrudniona. Poza tym chociaż nie chciała przed Jonathanem niczego kryć, to gardło niemal fizycznie bolało ją, kiedy w ogóle chciała zacząć o Voldemorcie mówić. Miała złapać za kartkę i zacząć pisać? To byłoby absolutnie idiotyczne, a poza tym nie miała tej strasznej nocy cierpliwości do takich rzeczy.
Odetchnęła więc i napiła się jeszcze, kiedy Selwyn poszedł po nożyczki i olejek, usiłując się uspokoić. Z typowym dla siebie chłodem uznała, że zbada to po prostu później, bo teraz mogło wynikać z ogólnego zmęczenia albo jakiegoś zatrucia dymem.
Wstała i wyjrzała na moment za okno, na wybrzeże: niby jeszcze lato, a wydawało się, że już nadeszła wczesna jesień. Spokojnie. Żadnych dymów. Żadnych ogni. Tutaj ten koszmar nie dotarł. Było tak spokojnie. Zaraz, jak to mówiła babka? Gdy łagodna jesień trzyma, będzie krótka, ostra zima?
– Myślałam, że byłbyś przystojny nawet łysy? – powiedziała, obracając się do Jonathana, gdy jego słowa wyrwały ją z zamyślenia. – Johny, skarbie, obrażasz mnie. Przecież doskonale wiem, jak ważne są włosy i odpowiednia fryzura. Nie żebym sama nie wyglądała szałowo absolutnie w każdej, ale w takiej idealnej każdy czuje się lepiej – zapewniła, ustawiając lusterko i zabierając się do pracy. I trzeba było przyznać, że faktycznie starała się bardzo, pilnując, by broń Merlinie nie przyciąć nigdzie za dużo. Jonathan musiałby ją naprawdę straszliwie wkurzyć, żeby źle potraktowała jego włosy, bo zdaniem Charlotte to włosy w ogóle były pewną świętością, zaś ich pielęgnację można było porównać wręcz do rytuałów.
Nawet jeśli chciałaby o tym z Jonathanem porozmawiać, byłoby to niesamowicie trudne, bo nie wiedziała, co się dzieje, to po pierwsze, a po drugie, dosłownie nie była w stanie wydobyć z siebie imienia Voldemorta. I „nie mogę wymówić imienia, no wiesz, tego jednego”, sprawiłoby, że komunikacja byłaby mocno utrudniona. Poza tym chociaż nie chciała przed Jonathanem niczego kryć, to gardło niemal fizycznie bolało ją, kiedy w ogóle chciała zacząć o Voldemorcie mówić. Miała złapać za kartkę i zacząć pisać? To byłoby absolutnie idiotyczne, a poza tym nie miała tej strasznej nocy cierpliwości do takich rzeczy.
Odetchnęła więc i napiła się jeszcze, kiedy Selwyn poszedł po nożyczki i olejek, usiłując się uspokoić. Z typowym dla siebie chłodem uznała, że zbada to po prostu później, bo teraz mogło wynikać z ogólnego zmęczenia albo jakiegoś zatrucia dymem.
Wstała i wyjrzała na moment za okno, na wybrzeże: niby jeszcze lato, a wydawało się, że już nadeszła wczesna jesień. Spokojnie. Żadnych dymów. Żadnych ogni. Tutaj ten koszmar nie dotarł. Było tak spokojnie. Zaraz, jak to mówiła babka? Gdy łagodna jesień trzyma, będzie krótka, ostra zima?
– Myślałam, że byłbyś przystojny nawet łysy? – powiedziała, obracając się do Jonathana, gdy jego słowa wyrwały ją z zamyślenia. – Johny, skarbie, obrażasz mnie. Przecież doskonale wiem, jak ważne są włosy i odpowiednia fryzura. Nie żebym sama nie wyglądała szałowo absolutnie w każdej, ale w takiej idealnej każdy czuje się lepiej – zapewniła, ustawiając lusterko i zabierając się do pracy. I trzeba było przyznać, że faktycznie starała się bardzo, pilnując, by broń Merlinie nie przyciąć nigdzie za dużo. Jonathan musiałby ją naprawdę straszliwie wkurzyć, żeby źle potraktowała jego włosy, bo zdaniem Charlotte to włosy w ogóle były pewną świętością, zaś ich pielęgnację można było porównać wręcz do rytuałów.