27.10.2025, 09:57 ✶
– Będziesz więc teraz oglądał ją dość często, bo większość innych pewnie spłonęła – westchnęła Charlotte z odrobiną żalu. W teorii nie pora żałować róż, gdy płoną lasy: ale ona zawsze wolała róże w ogródku od lasów. Oczywiście, że irytowały ją zniszczenia i straty w meblach, ale to nie oznaczało, że nie opłakiwała swoich przepięknych sukienek. – Może po jakiejś koszuli. Resztą zajmę się sama. Nie pozwalaj Jasperowi samemu wybrać koloru.
Biorąc pod uwagę jego daltonizm, miewał skłonności do wybierania absolutnie niepasujących mu kombinacji kolorystycznych. Dlatego matka i siostra często wkraczały do akcji.
– Oczywiście, że tak myślałeś – prychnęła, wydymając usta, ale potem wyraz jej twarzy złagodniał i poklepała go lekko po ramieniu, zanim dopiła zawartość swojej szklanki. Jonathan Selwyn był, pechowo, po prosto dobrym człowiekiem. Chociaż to mieszkanie Charlotte wymagało pilnego remontu, a po tym jak zakrztusiła się dymem czuła się wciąż jakoś dziwnie, ilekroć myślała o Voldemorcie, tak naprawdę to na nim te wydarzenia odcisnęły głębokie piętno. Pani Kelly troszczyła się o jednostki: Jonathan miewał tendencje do troszczenia się o cały świat. – Zawsze uważałam bohaterstwo za rodzaj jakiejś wyjątkowo irytującej choroby. Zarażasz nią mojego syna, niestety. I ponieważ jesteś moim najlepszym przyjacielem, muszę to powiedzieć: twoja fryzura gwałtownie domaga się nożyczek i grzebienia – westchnęła, kręcąc głową, jakby z ubolewaniem. Nie żeby sam Jonathan wyglądał źle. Oni zawsze wyglądali wspaniale.
Uśmiechnęła się na jego słowa: to był jeden z tych typowych dla Charlotte uśmiechów, który zdawał się sam już bez słów wyrażać „no przecież cię znam, człowieku.” Wyciągnęła ręce i tym razem na moment ujęła jego twarz w dłonie.
– Johny, skarbie, przecież cię o to nie oskarżam. Musiałabym upaść na głowę, żeby tak o tobie pomyśleć. Po prostu oferuję, że zatrzymamy cię gdzieś indziej, żebyś mógł skupić się bardziej na ratowaniu świata, bez mojej matki wrzeszczącej, że psujesz sobie opinię. To nie jest dla nas żaden problem, mamy dokąd iść, a wtedy będę mogła też niecnie cię wykorzystać do pomocy w znalezieniu kogoś do remontu. Ale nie zamierzam nalegać.
Biorąc pod uwagę jego daltonizm, miewał skłonności do wybierania absolutnie niepasujących mu kombinacji kolorystycznych. Dlatego matka i siostra często wkraczały do akcji.
– Oczywiście, że tak myślałeś – prychnęła, wydymając usta, ale potem wyraz jej twarzy złagodniał i poklepała go lekko po ramieniu, zanim dopiła zawartość swojej szklanki. Jonathan Selwyn był, pechowo, po prosto dobrym człowiekiem. Chociaż to mieszkanie Charlotte wymagało pilnego remontu, a po tym jak zakrztusiła się dymem czuła się wciąż jakoś dziwnie, ilekroć myślała o Voldemorcie, tak naprawdę to na nim te wydarzenia odcisnęły głębokie piętno. Pani Kelly troszczyła się o jednostki: Jonathan miewał tendencje do troszczenia się o cały świat. – Zawsze uważałam bohaterstwo za rodzaj jakiejś wyjątkowo irytującej choroby. Zarażasz nią mojego syna, niestety. I ponieważ jesteś moim najlepszym przyjacielem, muszę to powiedzieć: twoja fryzura gwałtownie domaga się nożyczek i grzebienia – westchnęła, kręcąc głową, jakby z ubolewaniem. Nie żeby sam Jonathan wyglądał źle. Oni zawsze wyglądali wspaniale.
Uśmiechnęła się na jego słowa: to był jeden z tych typowych dla Charlotte uśmiechów, który zdawał się sam już bez słów wyrażać „no przecież cię znam, człowieku.” Wyciągnęła ręce i tym razem na moment ujęła jego twarz w dłonie.
– Johny, skarbie, przecież cię o to nie oskarżam. Musiałabym upaść na głowę, żeby tak o tobie pomyśleć. Po prostu oferuję, że zatrzymamy cię gdzieś indziej, żebyś mógł skupić się bardziej na ratowaniu świata, bez mojej matki wrzeszczącej, że psujesz sobie opinię. To nie jest dla nas żaden problem, mamy dokąd iść, a wtedy będę mogła też niecnie cię wykorzystać do pomocy w znalezieniu kogoś do remontu. Ale nie zamierzam nalegać.