26.09.2025, 11:33 ✶
‐ Sukienka, oczywiście. Chyba jeszcze tej nowej nie widziałem – powiedział całkowicie poważnie, zgadzając się z Charlotte na temat tego, że jednak ładne ubrania były jedną z najważniejszych rzeczy do odzyskania po pożarze. – Wybierzemy jej coś ładnego. Dla chłopców również?
Na jej dalsze słowa jedynie machnął ręką, bo chyba nie do końca do niego dotarło, że Lottie mogła mówić jakkolwiek poważnie. Przecież to było bardziej niż oczywiste, że mogli tutaj mieszkać, a Jonathan naprawdę miał gdzieś potencjalne kłopoty z tym związane.
– Myślałem, że ktoś jest w budynku – Musiał się przecież upewnić, że nikomu nic się nie stanie, zwłaszcza gdy chwilę wcześniej nie udało mu się pomóc skaczącej z okna czarownicy. Mocniej zacisnął dłoń na szklance, próbując wypchnąć ten obraz z pamięci szczególnie, że szedł za nim cały kolaż innych, jeszcze mniej przyjemnych scen. Jessie stojący na ulicy, wpatrując się w płonący budynek. Morpheus krzyczący z bólu. Wybuchającą witryna sklepowa i lecące w jego stronę ogniste zaklęcie. Anthony w czerwonej farbie, która równie dobrze mogła nie być farbą. Westchnął cicho, a potem prychnął oburzony.
– Naprawdę Lottie. Straszyć tak biednego człowieka. Bohatera tych pożarów! Skandal! – Niestety miała rację, że przydałoby mu się przyciąć włosy. Obawiał się jednak, że jego ulubiony fryzjer będzie przez chwilę nieco niedostępny. – I bez przesady! Moja fryzura jedynie jest coraz lepsza. Nigdy gorsza. Ale tak, wiem. Miałem umówić się w tym tygodniu.
Cały czas gdzieś z tyłu głowy myślał o jej wcześniejszych słowach i chyba dopiero w tej chwili dotarło do niego, że Lottie mówiła jak najbardziej poważnie. Szybko obrócił się wraz z krzesłem tak aby móc patrzeć przyjaciółce prosto w oczy.
– Lottie, poczekaj chwilę, bo chyba nie wyraziłem się dość jasno. Nigdy nie będziesz dla mnie kłopotem. Ani ty ani dzieciaki. Nie ważne czego by nie powiedzieli. Chcę się pozbyć ze swojego życia Śmierciożerców i ich naczelnego błazna, jak i wszystkich którzy im przyklaskują. Nie was. Nigdy nie was.
Na jej dalsze słowa jedynie machnął ręką, bo chyba nie do końca do niego dotarło, że Lottie mogła mówić jakkolwiek poważnie. Przecież to było bardziej niż oczywiste, że mogli tutaj mieszkać, a Jonathan naprawdę miał gdzieś potencjalne kłopoty z tym związane.
– Myślałem, że ktoś jest w budynku – Musiał się przecież upewnić, że nikomu nic się nie stanie, zwłaszcza gdy chwilę wcześniej nie udało mu się pomóc skaczącej z okna czarownicy. Mocniej zacisnął dłoń na szklance, próbując wypchnąć ten obraz z pamięci szczególnie, że szedł za nim cały kolaż innych, jeszcze mniej przyjemnych scen. Jessie stojący na ulicy, wpatrując się w płonący budynek. Morpheus krzyczący z bólu. Wybuchającą witryna sklepowa i lecące w jego stronę ogniste zaklęcie. Anthony w czerwonej farbie, która równie dobrze mogła nie być farbą. Westchnął cicho, a potem prychnął oburzony.
– Naprawdę Lottie. Straszyć tak biednego człowieka. Bohatera tych pożarów! Skandal! – Niestety miała rację, że przydałoby mu się przyciąć włosy. Obawiał się jednak, że jego ulubiony fryzjer będzie przez chwilę nieco niedostępny. – I bez przesady! Moja fryzura jedynie jest coraz lepsza. Nigdy gorsza. Ale tak, wiem. Miałem umówić się w tym tygodniu.
Cały czas gdzieś z tyłu głowy myślał o jej wcześniejszych słowach i chyba dopiero w tej chwili dotarło do niego, że Lottie mówiła jak najbardziej poważnie. Szybko obrócił się wraz z krzesłem tak aby móc patrzeć przyjaciółce prosto w oczy.
– Lottie, poczekaj chwilę, bo chyba nie wyraziłem się dość jasno. Nigdy nie będziesz dla mnie kłopotem. Ani ty ani dzieciaki. Nie ważne czego by nie powiedzieli. Chcę się pozbyć ze swojego życia Śmierciożerców i ich naczelnego błazna, jak i wszystkich którzy im przyklaskują. Nie was. Nigdy nie was.