17.09.2025, 10:09 ✶
– Rozejrzyjcie się za moją sukienką. Jest ognioodoporna. Pewnie będzie brudna, ale da się doprać – powiedziała Charlotte, która nie tak dawno temu zamówiła taką u Enzo, i było trochę zabawne, że ot miał być jeden z nielicznych jej ciuchów, które przetrwały. Przez moment spoglądała gdzieś w przestrzeń, z żalem: opłakiwała właśnie w duchu wszystkie swoje piękne ubrania, które pewnie zamieniły się w popioły. Tyle dobrego, że w Ministerstwie zawsze trzymała coś na przebranie i zapasowe buty, na wypadek, gdyby coś wybuchło w Departamencie, co zdarzało się regularnie. I że zostawiła swoją ulubioną marynarkę w pracy, kiedy wybiegała na płonące miasto. Przynajmniej nie została w dosłownie jednej koszuli „na grzbiecie”. – Rita będzie potrzebowała ubrań na zmianę, mam zamiar zabrać dzieci na zakupy, ale możesz kupić jeden, dwa komplety, żeby miała coś, zanim się wybierzemy. Poza tym…
Zamyśliła się na moment, rozglądając po domu. To było miłe miejsce. Zdawało się bezpieczne na tyle, na ile jakieś miejsce mogło być w Anglii bezpieczne. Ale…
– Zdajesz sobie sprawę, że możecie wpaść w kłopoty? Ty przez nas, Tony przez tych Ble Ble coś tam. Jeśli się rozejdzie, że udzielacie nam schronienia. Możemy przenieść się do domu Amelii.
To był objaw naprawdę ogromnej troski ze strony Charlotte. Takiej rozmiarów Mont Everestu, bo zwykle naprawdę miała w nosie, co myślą inni, a z prowokowania swojej rodzinki uczyniła wręcz sztukę. Ba, zdarzyło się jej nawet na złość matce raz czy dwa przedstawić panieńskim nazwiskiem. Ale coś z tych popiołów i ogni dobiło się i do głowy Charlotte Kelly, a jednak żałowałaby, gdyby ktoś zabił Jonathana z jej powodu.
– Och, wyjątkowa. Niech zgadnę, ktoś był w środku i musiałeś go wyciągnąć – zakpiła i lekko pociągnęła go za kosmyk włosów. – Chciałam cię przestraszyć – powiedziała całkiem szczerze. – Nie są spalone. Ale gwałtownie domagają się przycięcia, jeśli mam być szczera. Jonathanie, twoja fryzura nie wyglądała gorzej od tego dnia na szóstym roku, kiedy eliksir elektryzujący wybuchł nam w twarze.
!Strach przed imieniem
Zamyśliła się na moment, rozglądając po domu. To było miłe miejsce. Zdawało się bezpieczne na tyle, na ile jakieś miejsce mogło być w Anglii bezpieczne. Ale…
– Zdajesz sobie sprawę, że możecie wpaść w kłopoty? Ty przez nas, Tony przez tych Ble Ble coś tam. Jeśli się rozejdzie, że udzielacie nam schronienia. Możemy przenieść się do domu Amelii.
To był objaw naprawdę ogromnej troski ze strony Charlotte. Takiej rozmiarów Mont Everestu, bo zwykle naprawdę miała w nosie, co myślą inni, a z prowokowania swojej rodzinki uczyniła wręcz sztukę. Ba, zdarzyło się jej nawet na złość matce raz czy dwa przedstawić panieńskim nazwiskiem. Ale coś z tych popiołów i ogni dobiło się i do głowy Charlotte Kelly, a jednak żałowałaby, gdyby ktoś zabił Jonathana z jej powodu.
– Och, wyjątkowa. Niech zgadnę, ktoś był w środku i musiałeś go wyciągnąć – zakpiła i lekko pociągnęła go za kosmyk włosów. – Chciałam cię przestraszyć – powiedziała całkiem szczerze. – Nie są spalone. Ale gwałtownie domagają się przycięcia, jeśli mam być szczera. Jonathanie, twoja fryzura nie wyglądała gorzej od tego dnia na szóstym roku, kiedy eliksir elektryzujący wybuchł nam w twarze.
!Strach przed imieniem