15.08.2025, 09:43 ✶
Charlotte obracała w dłoniach papierosa, ale go nie odpalała.
Bardzo chciało się jej palić, za to coś wewnętrznie wstrząsało się w niej na myśl o zapachu dymu. Zdążyła wykąpać się dwa razy (przeklinając na czym świat stoi, bo jej ulubiony szampon jeśli nawet przetrwał pożar, został w zrujnowanej łazience) i użyć kilku zaklęć, a wciąż miała wrażenie, że woń dymu przesiąkła jej sukienkę i włosy. Wprawiało ją to w irytację – a przecież i tak już była zirytowana, bo Londyn spłonął, ich mieszkanie było w złym stanie, nawet jeżeli dzięki bohaterskiej postawie Jessiego część rzeczy ocalała, a ona straciła prawie wszystkie swoje piękne ubrania.
Ale dzieci żyły, Jonathan, Anthony i Morpheus żyli, żyły sowy – ta Charlotte trochę osmalona i bardzo oburzona jakimś cudem ich tu nawet odnalazła godzinę temu, i pani Kelly dawno nie ucieszyła się tak na widok jakiegoś żywego stworzenia – i żył ten głupi pies. Nawet Charlotte w takich sytuacjach miała pewne Priorytety.
– W przypadku zemsty mam już kilka scenariuszy, którymi się nie podzielę, abyś w razie potrzeby mógł szczerze zapewniać, że o niczym nie wiesz. Muszę tylko dostać kogoś, na kim mogłabym ją zrealizować – powiedziała, unosząc wzrok na Jonathana, gdy wszedł do kuchni. – Jesteś świadom, że Jasper został w mieszkaniu, żeby je ratować? Jestem pewna, że to twój zły wpływ – oświadczyła, ze zniecierpliwieniem, ale bardziej pozornym niż prawdziwym.
Odłożyła papierosa na blat i rozsiadła się wygodniej na krześle, wyciągając przed siebie nogi. Była zmęczona. Była cholernie zmęczona, ale nie zamierzała iść spać, na wypadek, gdyby śmierciożercy postanowili złożyć im wizytę, i rozmyślała o tym, co powinna zrobić, żeby nauczyć się rzucania avady.
– Ale chętnie się napiję, Johny. Siadaj i pokaż, czy nie przypaliłeś sobie włosów, robiąc coś bardzo głupiego i bardzo bohaterskiego. Bo nawet nie pytam, czy robiłeś dzisiaj takie rzeczy.
Świetnie przecież wiedziała. Jonathan Selwyn nie byłby Jonathanem Selwynem, gdyby nie rzucił się w ogień, mając ku temu okazję. Oczywiście, nie byłby też Jonathanem Selwynem, gdyby potem nie był oburzony na cały świat, że ten ogień śmiał go poparzyć.
Bardzo chciało się jej palić, za to coś wewnętrznie wstrząsało się w niej na myśl o zapachu dymu. Zdążyła wykąpać się dwa razy (przeklinając na czym świat stoi, bo jej ulubiony szampon jeśli nawet przetrwał pożar, został w zrujnowanej łazience) i użyć kilku zaklęć, a wciąż miała wrażenie, że woń dymu przesiąkła jej sukienkę i włosy. Wprawiało ją to w irytację – a przecież i tak już była zirytowana, bo Londyn spłonął, ich mieszkanie było w złym stanie, nawet jeżeli dzięki bohaterskiej postawie Jessiego część rzeczy ocalała, a ona straciła prawie wszystkie swoje piękne ubrania.
Ale dzieci żyły, Jonathan, Anthony i Morpheus żyli, żyły sowy – ta Charlotte trochę osmalona i bardzo oburzona jakimś cudem ich tu nawet odnalazła godzinę temu, i pani Kelly dawno nie ucieszyła się tak na widok jakiegoś żywego stworzenia – i żył ten głupi pies. Nawet Charlotte w takich sytuacjach miała pewne Priorytety.
– W przypadku zemsty mam już kilka scenariuszy, którymi się nie podzielę, abyś w razie potrzeby mógł szczerze zapewniać, że o niczym nie wiesz. Muszę tylko dostać kogoś, na kim mogłabym ją zrealizować – powiedziała, unosząc wzrok na Jonathana, gdy wszedł do kuchni. – Jesteś świadom, że Jasper został w mieszkaniu, żeby je ratować? Jestem pewna, że to twój zły wpływ – oświadczyła, ze zniecierpliwieniem, ale bardziej pozornym niż prawdziwym.
Odłożyła papierosa na blat i rozsiadła się wygodniej na krześle, wyciągając przed siebie nogi. Była zmęczona. Była cholernie zmęczona, ale nie zamierzała iść spać, na wypadek, gdyby śmierciożercy postanowili złożyć im wizytę, i rozmyślała o tym, co powinna zrobić, żeby nauczyć się rzucania avady.
– Ale chętnie się napiję, Johny. Siadaj i pokaż, czy nie przypaliłeś sobie włosów, robiąc coś bardzo głupiego i bardzo bohaterskiego. Bo nawet nie pytam, czy robiłeś dzisiaj takie rzeczy.
Świetnie przecież wiedziała. Jonathan Selwyn nie byłby Jonathanem Selwynem, gdyby nie rzucił się w ogień, mając ku temu okazję. Oczywiście, nie byłby też Jonathanem Selwynem, gdyby potem nie był oburzony na cały świat, że ten ogień śmiał go poparzyć.